a w marcu było...
Młodość Młodego i Mła
Obiecałam tu jeden wątek, ale ciągle przypominają mi się inne…Wrócę więc troszkę do wątku patologicznej młodzieży…Stary Młody (o którym już w wątku świątecznym napisałam, był kiedyś, tak jak my wszyscy, malutki. Jednakowoż, swój krytyczny stosunek do otaczającego go świata wyrażał w głośnym proteście…Bardzo głośnym. Po prostu reagował wściekłym rykiem na wszelkie niedogodności świata tego. Już jako noworodek był rozpoznawany przeze mnie na pół korytarza szpitalnego wcześniej, przez inne mamy też,…bo zagłuszał ich pociechy. Ale wyrósł oczywiście z tego reagowania, no kiedyś tam, zdążył się jednak dosłużyć rodzinno-patologicznej ksywki „ryczący bawół". W zasadzie nie można mu się dziwić, że czuł się zagrożony, nigdy nie wiadomo było, co mu się przytrafić w patologicznej rodzinie może. Kiedyś np. mój Sister próbował go utopić w Bałtyku, no w zasadzie w zatoce, ale morze to morze. Może tkwiło w Sisterze poczucie krzywdy za te noce nieprzespane (to te protesty nocne)? Zadawnione poczucie, bo już wtedy nie mieszkałam w rodzinnym domku, tylko nad morzem. No w każdym razie, pod pozorem tańca na plaży i tzw. kręciołów wykopyrtnęli się do wody. Trochę też sama ucierpiała, no ale, jak to mówią, było-minęło. Natomiast Mamuśka próbowała zrzucić go z kanapy (sam chciał spaść! Akurat!) jednak rozmyśliła się i nad samą ziemią złapała go za piętę. No to musiał sobie jakoś chłopak radzić coby od takiej patologii umykać i zaczął chodzić w wieku 9 miesięcy. Nie raczkował, nie pełzał, on po prostu leciał przez życie jak burza. Oprócz tego, że chodził i ryczał to nie chciał spać. Po prostu lubił udzielać się towarzysko i jak się go siłą nie zdusiło w objęciach sycząc do uszka jakąś kołysankę mógł egzystować do późnej nocy. Zasypiał czasami, a i owszem, ale nigdy normalnie…zawsze w biegu. Zdarzyło mu się zasnąć, na siedząco w charakterze woźnicy – no tak wyglądał, bo nóżki wywiesił za łóżeczko, łapkami ściskał szczebelki, a utrudzoną głowę o te szczebelki wsparł. Zasnął tez kiedyś na stojąco, w autobusie, walcząc z moją chęcią usadzenia go sobie na kolanach. W zasadzie ufał tylko dziadziowi. A wyrażało się to min (a jakże !) głośnym wrzaskiem : siusiunocnik!!!! A jak nie było reakcji to dokładał adresata: dziadziojóziosiusiunocnik!!!! Zawsze skutkowało, mimo, ze to właśnie dzidziojóziowe krawaty były najczęściej przyozdobione ulewającą się treścią żołądka Młodego. Młody w wieku 3 lat wyspokojniał troszkę, a najważniejsze, że można było spokojnie odwrócić jego uwagę od tego, co w danym momencie wywoływało jego ryk. Pewnie moje koleżanki a i rodzina pamiętają tamten okres w naszym życiu, bo często, podczas rozmowy telefonicznej zbliżało się do mnie i telefonu cos na kształt narastającej syreny, to był właśnie stary Młody, jeszcze wtedy jedyny Młody. Młody miał niezły park maszynowy, lego i resoraki, był wtedy jedynym młodym w całej rodzinie. Dostał tez kiedyś żelowe miśki, takie gumisie, no i zaprzyjaźnił się z nimi. Woził je ciężarówką, opowiadał im jakieś glindy, zabawa trwała tak ze trzy dni. Czwartego dnia obudził mnie rano jego płacz. Cóż się okazało? Zjadł misie i nie mógł sobie tego darować. Moje przyjaciele, chlipał, moje przyjaciele….... Coś mi się wydaje, że Piwniczna odpłynęła do kolejnego bloga, ale ja taka nieodporna jestem na wątki poboczne.No i jeszcze tradycyjnie Sister, a raczej wspomnienie, z dzieciństwa głębokiego jego. Sister, jako młodociany patyczak (no była cienkiej budowy)- w przeciwieństwie do mnie., albowiem ja byłam bułą, bo pokorne cielątko ze mnie było i dawałam się przekarmiać (wg tłumaczeń naszej mamuśki wyglądałam tak, jak bym była ciągle głodna ). Sister głupi nie był i nie dawał, ale znowu mi watek umknął na pobocze. Więc mała Mła jako młodociany patyczak uwielbiała występy artystyczne. Ale nie takie, że cos tam sobie zamruczała pod nosem, o nie! Darła się potężnie, a o takich ludziach zwykło się mówić, że nie umieją śpiewać, chociaż bardzo lubią. To że śpiewała to był pikuś, to że miała własną wizję artystyczno-słowną piosenki (słynny przebój ZARUSZĘ ŚWIAT i nie dała sobie wytłumaczyć, ze to „staruszek świat”, eeech już nawet nie wspomnę piosenek w wersji inglisz pinglisz, dobrze, że po tych początkach włada angielskim przebiegle) to też nic, najważniejsza, proszę państwa, była oprawa. Otóż Mła wywlekała jakieś przedziwne szmatki skądś, jakieś ręczniki w chińskie znaki, jakieś sznurki, jakieś wyjściowe rękawiczki Mamy, które sięgały jej głęboko pod pachy, buty na obcasach pięć numerów za duże, korale do pasa i inne biżuty, a do tego zawsze miała mikrofon ( ileż to roboty: skakanka, przedłużacz jakiś inny łotewer)…A …..zapomniałabym, mając krótkie kędziory marzyła o długich splotach, więc jej postać zawsze była wieńczona pończochą na głowie, która udawała warkocz. Na szczęście wyrosła z tego i nawet wie, na jaką część ciała zakłada się pończochy. Ale zdjęcia zostały, a i zawodowo zajmuje się zupełnie czymś innym niż śpiewaniem. Myślę, że nawet dobrze się stało… I nie wiem, czy następny odcinek bloga będzie o Piwnicznej, bo mi się inne watki oplątane wokół Mła pchają namolnie. A teraz jeszcze scenka z dnia dzisiejszego. Wiozłam Młodego do pracy (zaczynał dziś tak przed siódmą) i zaplatał się przed nami jakiś nieszczęśnik ogacony w czapeczkę. No i poleciał komentarz Młodego "gdzie się pchasz jebaku leśny" - dostałam ataku śmiechu i pomyślałam, że role się odwracają, teraz ja moge od Młodego nauczyć się wielu pozytecznych rzeczy:-)
2004-03-02 07:05:15
Latający Holender
A teraz o kolejnym byłym Sistera. Bo Sister tak jakoś gustował w obcokrajowcach. Wspomniałam ostatnio, że w angielskim przebiegły? No to nie wszystko, bo obcując z Demokratycznym trochi niemczyzny zna, a z czasów pobywania z takim jednym Latajacym (to od Holendra, nie od maszyny) biegle włada holenderskim. Ten jej ex z Holandii to chyba najcudniejszy był. I proszę nie zapominać, że w przez ten internacjonalny fyrtelek przewinął się także niejaki Jarzębowski (proszę czytać komentarze do bloga, to będzie wiadomo o co , albo o kogo chodzi) Amerykanin. Ale dziś słów parę o Latającym. Cudnej urody był, wielki, czarna, kędzierzawa czupryna, ślepia niebieściutkie. Na dodatek uzdolniony artystycznie był, min rysował fajne karykatury. Co tam jeszcze, to nie wiem, podobno ciągle spał, ale musiał mieć walory jakoweś, skoro Siostra parę dobrych lat z nim wytrzymała. Najpierw w Holandii wytrzymała, potem w Polsce wytrzymała, ale już nie bardzo długo. Otóż Latający bardzo, ale to bardzo pragnął nauczyć się polskiego. Kazał więc do siebie mówić po polski, co wyglądało mniej więcej tak: Mówiło się coś dużymi literami (skup się człowieku- d o m e t a l u) i widziało się tę nić porozumienia w błękitnych ślepiach, więc ciągnęło się wątek, używając prostych słów w prostej konstrukcji. Nić porozumienia snuła się przez cały ten spicz, mało tego, widać było nawet przebłyski inteligencji w holenderskich oczkach. Jak się już wreszcie kończyło i zawieszało głos, to najczęściej można było zaobserwować delikatne, przeczące ruchy głową i usłyszeć „nie rozumię”. Ale myślę, że na samochodach to się lepiej znał niż Demokratyczny, któremu pewnego dnia zginęło cos z auta. No ukradli mu, nie uwierzycie, turbodopalanie. A było to tak. Pewnego razu Sister z Demokratycznym chcieli gdzieś jechać, ale auto odmówiło współpracy. Jeden rzut oka pod maskę i wszystko było jasne: pod maską czegoś brakowało! Tkwiła tam porządna nicość samochodowa! A ponieważ tam ciągle coś kradli, a to kołpaki, a to halogeny, wniosek nasunął się sam: ukradli turbodopalanie. Tę wersję przyjęła policja, a i owszem, taka sama ona rozsądna jak i Demokratyczny, jak również turbodopalacz został zamówiony w serwisie niemieckim, wszczęte postępowanie w ubezpieczalni, no i co? Okazało się, że żadnego turbodopalacza tam nigdy nie było, a wysiadł akumulator po prostu. No i jeszcze wspomnienie, które może być klamerką do Piwnicznej. W ulotce z tejże właśnie Piwnicznej, była zachęta do spędzania czasu w sposób rozmaity…Demokratyczny (który raz w Piwnicznej był mentalnie, raz cieleśnie) zagłębiał się z upodobaniem wielkim w treść ulotki. W końcu zadał siostrze pytanie : a co to jest bobranie? A to było po prostu grzybobranie, tylko słowo grzy nie wydało się Demokratycznemu jakieś specjalnie interesujące, za to bobranie…a i owszem. Coś tam jeszcze było śmiesznego, ale może Sister pamięta? Coś w tym folderku… No i nieuchronnie zbliżamy się do wątku Piwnicznej.
2004-03-02 14:36:30
Piwniczna story
Nadszedł wreszcie TEN moment. Na specjalne życzenie publiczności …………Piwniczna story. Moment, najpierw to musi być dygresja. Otóż pierwsza moja próba wyjazdu do Piwnicznej była nieudana. Siostra namawiała mnie bardzo, opowiadając różne ciekawe i pikantne szczegóły pobytu tamże, niestety usłyszał je mój ex. Niestety, bo nie chcąc powodować rozstroju w rodzinie postanowiłam nie jechać. Ale zacisnęłam wtedy zęby i obiecałam sobie solennie, że to ostatni raz ustępuję exowi. Mój ex miał przedziwną obsesje pilnowania mnie na każdym kroku. Nawet po ziemniaki do piwnicy musieliśmy schodzić razem. Bez sensu i bez żadnej wyraźnej przyczyny. Dbał siłą niejako o stałość i trwałość naszej podstawowej komórki społecznej. Gdyby wtedy wiedział, że będzie to jedna z poważniejszych przyczyn rozwodu…no nie, nie Piwniczna oczywiście i nie Sister, ale sam sposób na życie rodzinne…Więc, gdyby wiedział, wywiózł by mnie tam i jeszcze dopłacił, żebym się dobrze bawiła. Po jakimś czasie wywalczyłam sobie ten wyjazd, ale wtedy, to już byłam na prostej drodze do wolności. Był to czas Żonatego, namiętnych rozmów przez telefon, maili wymienianych przynajmniej raz dziennie i czas wielkiej nadziei na wielkie uczucie. Wbiegałam na każdą górę bez najmniejszego wysiłku i robiłam wszystko, co tam w planie było, ale myślami byłam zupełnie gdzie indziej. No i po dygresji, a ciekawych odsyłam do tekstu o Walentynach. Zastanawiam się, jak opisać Piwniczną, ale chyba się nie da. Bo to miejsce magiczne. Niby obóz zagłady, z 1000 kalorii dziennie, z morderczymi wręcz wspinaczkami po okolicznych górkach, z ciągłym ruchem i ćwiczeniami, a to na rozruchu porannym (barbarzyństwo- toż to pora do udoju krów a nie do wymachiwania różnymi członkami ciała), a to na gimnastyce w basenie, na sali w piwnicy, na sali na piętrze, na drągu, w przeciągu, w pociągu...oupsss, to inna historia. No i nocne balety do rana. Ruchu do wypęku, czasu ani minuty, żeby się zastanowić, po co to wszystko. Ale jest tam jakaś magia, ludzie życzliwi i serdeczni, a po paru wyjazdach dobrze znajomi, wspaniałe powietrze, widoki, zapachy (to taka mieszanka świeżego, górskiego powietrza i preparatów czyszczących), ta czystość wszędzie, no coś takiego, co trudno opisać, a bardzo się do tego tęskni. Ale miejsce nie pozbawione wad. To jakaś taka przestrzeń, w której zanikają korkociągi. A Siostra i ja miałyśmy potrzebę używania korkociągu co najmniej raz dziennie, a w zasadzie wieczornie. Ale korkociągu tam się nie zanabędzie, za żadne pieniądze…w całej okolicy, we wszystkich okolicznych mieścinach brak. Jeden jest, korkociąg, a i owszem, ale tego nie wypuszcza z rąk Barmanka…no i konsternacja. Ale potrzeba matką wynalazku i my, tzn Siostra i ja wymyśliłyśmy genialna metodę schładzania wina w umywalce i zastępowania wyżej wymienionego narzędzia zakrętką od lakieru do paznokci. Bardzo prosto; się wpychało korek przy pomocy lakieru do paznokci i się odcedzało między ząbkami resztki korka i się podkręcało humorki. A miałyśmy wtedy i bez tego super humorki…obie zakochane (u Sistera to własnie zaczynał się czas Demokratycznego). Hasało się na parkiecie oj hasało, czasem do prześwitów porannych. Z tych porannych to pamiętam taką scenkę, jak Sister wrócił nad ranem do pokoju, czym mnie obudził, już uśpioną i mimo woli stałam się świadkiem rozkosznego dialogu prowadzonego na balkonie. Otóż, w pokoju obok mieszkał jeden taki, co Sistera chciał na seksik namówić…a Sister z uporem maniaka mu tłumaczył… -bo fieszszszsz…ja jestem zakochana…no straszszszsznie …i moooja siosssstra tesz jes zakochana…. - no ale…(to już amator z pokoju obok) co Ci zależy…tak bez zobowiązań…No chodź do mnie… na to Sister: -dopsz, ale wieszszsz , ja jestem zakochana, a moja siostra tesz..bo jest fieeeelka miłoś..no wiesz, siostra tesz jessst zakochana… No i koleś użył argumentu nie do odparcia: -a widzisz ten samochód na parkingu? (no parking rzeczywiście pod oknami) -no…..widzę odparł Sister… Na to koleś gruchnął się pięścią w owłosioną klatę ozdobiona złotym łańcuchem i z dumą zakomunikował: „a to mojego kolegi!” Musiałam tłumić kwiki poduszką…efektem tych nocnych dialogów była zbaboszona bielizna na sznurku (jakby się tam jakiś fetyszysta przewinął) i flaszka po piwie na poręczy balkonu. No cóż, ukrywać nie będę, że panuje tam atmosfera tarła, kto jedzie , żeby sobie bzyknąć bez zobowiązań, na pewno jest usatysfakcjonowany. No comments. Nie wiem, czy nie będę musiała następnego odcinka tez o Piwnicznej złożyć…Będę musiała ! W każdym razie w planie dnia miałyśmy także saunę (to wieczorkiem), po saunie biegłyśmy do Barmanki po szklanki z lodem (odziane w szlafroki i turbany z ręczników) i myk myk po schodach do pokoju, żeby spokojnie schłodzić się przed nocnymi baletami (używając oczywiście w tym celu wina). Czasem w barze siedzieli już pierwsi goście i bardzo ich widok nas-uszlafrokowanych cieszył. Byłyśmy więc pod czujną obserwacją i tylko przytomności i refleksowi Sistera zawdzięczam swój honor. A było tak: po saunie zazwyczaj miałyśmy tylko szlafroki na sobie a desusy w kieszeni…no nikt nie lubi na czyste zakładać używanych. No i mój desus wymknął się z kieszeni szlafroka i już pewien skory do pomocy bywalec podniósł go prawie do góry chcąc zadać pytanie: „a czyje to? Czyje?”, ale nie zdążył, bo Sister rzucił się na niego jak drapieżca i wyrywając mu niewymowne z garści zakrzyknął „to mojej siostry”…czym uratował mój honor i nie tylko. W Piwnicznej zawarłyśmy bardzo solidną przyjaźń damsko-damską, która zacz ęła się nietypowo. Jechałyśmy długo i długo…a sister mi ciągle obiecywał dobre żarełko, a to chłopska chata za Krakowem, a to cos tam w Starym Sączu (a jechałyśmy przez Nowy…albo odwrotnie)…no bo przed takim wywczasem, to trzeba się dobrze najeść…Ja byłam więc lekko rozdrażniona, bo soki mi się już dawno uaktywniły, a tu kicha…No i plątał się w dodatku jakiś samochód przed nami…rejestracja zaczynająca się na WF – wiadomo! Wsiowy Furman! No i znienawidziłyśmy solidarnie obie ten plączący się pojazd, który w końcu zniknął, a nam udało się szczęśliwie dopaść jakiejś budy żywcem wyrwanej z czasów głębokiego socjalizmu (cerata na stołach, aluminiowe widelce, herbata kopularna parzona w szklance ze spodkiem) i zjadłyśmy tam przepysznego pstrąga. Pstrąg zasługiwałby na oddzielną historię. Był boski po prostu. No i humor w związku z tym nam się znacznie poprawił. Nie na długo, bo na parkingu, pod naszym miejscem pobytu zauważyłyśmy samochód ze znana nam już rejestracją. Wchodzimy do pustego jeszcze budynku, ciemno, tylko palacz na posterunku, a tu korytarzem poginają dwie dziewczyny. Popatrzyłyśmy na siebie i wysyczałyśmy komentarz: A co tu robią te dwie CHUDE dupy?????? No bo, jeśli jeszcze ktoś się nie domyślił, to pojechałyśmy się tam odchudzać…a miałyśmy z czego, oj miałyśmy. W ten sposób poznałyśmy naszych pierwszych wrogów. Rano schodzimy na śniadanie i kto siedzi przy naszym stole? No kto? Dwie chude myszy! No nie… Okazywałyśmy im swoja pogardę i niechęć (a z wzajemnością, z wzajemnością). Jak się później okazało, one też miały dietę 1000 kalorii, i z nienawiścią patrzyły na nasze talerze, na których zostawiałyśmy ziemniaki (nie lubimy ich po prostu- ziemniaków oczywiście), a one by chętnie je zjadły…Nienawiść trwała…do pierwszej dyskoteki, kiedy to Sister pod wpływem alkoholu zadzierzgnął serdeczne stosunki z myszami. cdn
2004-03-03 07:34:12
Piwniczna story cd
Tak podejrzewałam, że nie da się tego w jednym odcinku zmieścić. No więc skumplowane już z naszymi nowymi koleżankami spędzałyśmy razem sporo czasu. Razem w góry, razem na basen, i oczywiście balety tez razem. Ważnym momentem w życiu wyjazdowym był pierwszy ubaw sobotni. Nastąpił on po tygodniu pobytu, więc już lekko wyposzczone, zrzuciwszy trochę nadmiaru ciałka postanowiłyśmy przebrać się za kobiety. Trwało to jakieś 2 godziny. Fryzury, makijaże, pazurki, depilacje…No full wypas. Zeszłyśmy takie piękne na dół, a pamiętać należy, że dieta nas już mocno przepędziłą, sauna wyjałowiła, a bezustanny ruch odtłuszczył. Sister zarekomendował nam cud drinka, którego pamiętać będę do końca świata: absolut blak kurwant ze sprajtem. Tyle pamiętam. Podobno jakimś instynktem podróżnika wiedziona dopełzłam do pokoju (swojego na szczęście!) i sobie zasnęłam. Rano, obudziłam się w opakowaniu i z nietkniętym makijażem, za to z solidnym kacem. Pól naszej ekipy na to cierpiało (czyli w sumie dwie), a Sister z okazji dnia wolnego zabrał nas na wycieczkę samochodem (bleeeeeeeeeeee) i wjazd kołyszącą się (łomatko!) kolejką linową na jakąś obrzydliwą górę…Sadystka! Do końca pobytu, wieczorami, spożywałam w barze tylko wodę z lodem i cytryną. Bawiłyśmy się świetnie, nasze koleżanki rozkręciły się i pozbyły się wszelkich oznak skromności. Jedna z nich, laska o długich nogach, wyciągnęła z walizki skórzaną mini i zaczęła eksponować te długie. Oczywiście zasłużyła sobie na ksywe „ździra” no…siłą rozpędu i ta druga tez została ździrką i tak zostało do końca. Nasze ździrki szalały na parkiecie i nie dawały się z niego ściągnąć. A my, z siostrą, czasem chciałyśmy skończyć zabawę na tym etapie, kiedy nie zostaje się samemu z DJem i Barmanką. Z baru wychodzi się przez szklane drzwi, czasem się tam tez tańczy. Kiedy się jest jednak przodem do tych drzwi, to jednocześnie się jest tyłem do sali. I właśnie byłyśmy w odwrocie, już za drzwiami, kiedy naszą ucieczkę zauważyła Długonoga i postanowiła nas zatrzymać. Najpierw zrzuciła buty, co wzbudziło zainteresowanie panów z parkietu i spowodowało, że otoczyli Długonogą wianuszkiem. Ona jednak odtrąciła ich z niesmakiem i zaczęła show tylko dla nas. Wywijała przedziwne figury i eksponowała biust…Panowie tego nie mogli widzieć, bo miała ich za plecami. Show był tylko i wyłącznie dla nas. Takiego pokazu nie powstydziłaby się żadna tancerka erotyczna na rurze. Tyle, ze ździrka była lepsza. A to wszystko w ramach przyjaźni damsko-damskiej, bez żadnych podtekstów, bo nasza koleżanka na co dzień ma męża i dwoje dzieci i prowadzi się nad wyraz przyzwoicie. W sumie, gdyby to nie była Piwniczna, to byśmy nawet pół godziny w tym dyskobarze nie zabawiły. DJ- młody chłopak, ma takie upodobanie do discopolowych kawałków i do powtarzania ich w nieskończoność, że jedynie magia tego miejsca go ratuje. No jeszcze szybciutko na koniec o spiczu początkowym. Wygłasza go zawsze właściciel, zmuszając do udziału całą kadrę , która siedzi ponurym rządkiem na przeciw kurwacjuszy i samych kurwacjuszy. Powiem tylko tyle, ze na trzeźwo się nie da przebrnąć. Pomagałyśmy więc z sisterem, z dobrego serca oczywiście, właścicielowi w snuciu opowieści, wtrącając swoje komentarze. Pamiętam, że jakoś zatkał się przy koniach , z których tez da się tam skorzystać…I przemówił tak: I mamy jeszcze 4 i…4…i …4 konie, no to usłużnie mu podpowiedziałam, że razem ich 12 jest…dobrze, że troszkę za filarkiem się ukryłam, bo mnie chyba bardzo nie lubił w tym momencie. Pewnie jak coś pominęłam w tych relacjach, to Sister komentarzem uzupełni. Bo tyle pamiętam i zamykam temat Piwnicznej. Do maja. Ps. Po powrocie z Piwnicznej część rzeczy przywiózł mi Sister w reklamówce. Stała ta reklamówka spokojnie w przedpokoju czekając na rozpakowanie. Był to czas, kiedy młody Młody namiętnie grywał w gry komputerowe i z trudem można go było od nich oderwać. Zmuszony niemal siłą do wyniesienia śmieci w obłędnym amoku jakimś porwał reklamówkę z przedpokoju i wyrzucił ja do śmietnika. Na co wpadłam 3 dni później, jak chciałam pranie wstawić. I to już naprawdę koniec o Piwnicznej.
2004-03-03 16:17:17
a tym razem...
o Mamuśce, bo mi się coś przypomniało. Otóż została napadnięta kiedyś w lasku osiedlowym. No i po tym wydarzeniu kupiła sobie narzędzie służące obronie, a nabyła je na targach "Woda i Wiatr" czy jakoś tak (zapamiętałam, bo nijak się narzędzie miało ani do wody ani do wiatru). Narzędzie miało opcję na prąd (paralizator) i na gaz. No i dylemat się pojawił...jak sprawdzić działanie tegoż narzędzia? Tatko zdecydowanie odmówił udziału w ekperymencie, a nikogo innego pod ręką nie było. Mamcia wpadła więc na pomysł, zeby pójść do lasku (innego, ale też osiedlowego), w którym podobno grasował zboczeniec. No w każdym razie poczyniła wiele prób znalezienia takowegoż, przemaszerowała wiele kilometrów, ale zaden zboczeniec, którego mogłaby użyć w charakterze królika doświadczalnego, się nie znalazł...Ech ci zboczeńcy, jak ich nie potrzeba to są wszędzie, a jak by się jeden mizerniutki zboczek przydał, to go akurat nie ma. A stary Młody dziś mi uświadomił, że jest z pierwszego tłoczenia:-)no i znów mnie rozśmieszył. Bo per analogiam młody Młody jest z drugiego...A stary Młody nie lubi, jak mu się zdjęcia robi (tu wracam do wątku Mamuśki). No i na jednym ze spotkań rodzinnych postanowiła uwiecznić nas swoim aparatem. A wcześniej próbowała wcisnąć młodym czapkę z daszkiem, która kupiła na ciuchach, a która wg starego Młodego była wyjebana w techno. Z bardzo prostego powodu: była srebrna i błyszcząca...No nie trzeba było znać aż tak dobrze młodych, żeby wiedziec, że żaden sobie głowy tym nie pokala. Ale stary przymierzył, opuścił klapki na uszki, czapka się zdrowo napięła, bo była ciut przyciasna i wtedy właśnie Mamcia próbowała go uwiecznić fotoaparatem. Oczywiście bez jego zgody. Młody próbował jej wyrwać siłą aparat, który nasza rodzicielka wetknęła sobie ....hmmm w krocze, zeby młody tam nie sięgnął. Młody nie siegnął, ale Mamcia zrobiła sobie serię zdjęć....i nie tylko tego fragmentu swojego ciała, bo uwierający ją aparat przełozyła za tzw. pazuchę, między swoje wybujałe dosyć biusta. I znowu udało się zrobic sobie parę zdjęć. Czyli badania okresowe zrobiła sobie sama :-) usg i mammografia za jednym zamachem. Uśmialismy się z tego wszyscy do wypęku. Ale nie do końca. Bo po jakim czasie okazało sie, ze w aparacie nie było filmu...Ale za to ile radości!
2004-03-04 13:36:36
Młodzi....
Dziś jeszcze troszkę o patologicznych młodych. W sumie nie są tacy najgorsi. Wyrośli nad podziw, niegłupi, z poczuciem humoru i sporą dozą inteligencji, o wrażliwości nie wspomnę. Dziś rano przypomniało nam się (mnie i staremu Młodemu) pewne zdarzenie z nie tak odległej przeszłości. Skojarzenie wywołane faktem wyrzucenia torebeczki z zaparzonej herbaty do śmieci. Otóż...młodzi są bardzo kreatywni, czasami aż za bardzo ...jednym z genialniejszych pomysłów było wyjęcie mokrej torebeczki z zaparzonej herbaty (to pomysł młodego Młodego) i robienie nią kręciołów nad głową...cóż efekty tego pomysłu były hmmm tyleż łatwe do przewidzenia co widoczne. Kuchnia, gdzie to zdarzenie miało miejsce, jest malutka i biała. Po akcji młodego nadal była malutka, ale już nie biała...była upstrzona ślicznymi plamkami w kolorze herbaty...równiutko i wszędzie...bo kręcioły odbywały się w wielu płaszczyznach i robione były z różna prędkością.. Powiem tylko, że był to obraz nędzy i rozpaczy. Finałem tej akcji było oczywiście szorowanie ścian przez młodych (bo stary, jako bierny uczestnik tego zdarzenia również szorował) przy pomocy preparatu chlorowego. Udało się uniknąć malowania. Ale nie wszystkie ich wspólne akcje kończyły się tak bezpiecznie. Nie tak dawno temu, kiedy jeszcze mieszkaliśmy pod jednym dachem (chociaż już po rozwodzie) odebrałam w pracy alarmujący telefon z domu. Nie cierpię takich telefonów, a z tego dowiedziałam się, ze młody Młody zamknął starego na balkonie. A stary wydostał się z tego zamknięcia jednym celnym kopem bosą stopą w szybę drzwi balkonowych. Ucierpiały na tym i szyba i stopa. Byłam oczywiście przerażona i wściekła jednocześnie...i zmuszona oczywiście do natychmiastowej interwencji. Natychmiastowa to czysty eufemizm, bo jak się ma 25 km z pracy do domu, to nie tak łatwo szybko dotrzeć. Po drodze jednak wykonałam pracę myślową i stwierdziłam, że mam dwóch dosyć energicznych, nastoletnich synów i do tej pory oprócz szkód, które czynili na samych sobie, nie przysporzyli mi większych zmartwień. Nie byłam wzywana ani do szkoły, ani (co gorsza) na policję... nie palą, nie biorą (oj do końca nie wiem, ale myślę, że mam kontakt na tyle dobry, że bym wiedziała...) może troszkę piją (hihihihi) ale w normie, nie powtórzyli żadnej klasy, w domu pod niemal fizycznym przymusem pomagają...więc ...ojejku...jak fajnie....odwalili jakiś numer ! wreszcie! Są normalni ! Więc do domku weszłam już totalnie wyluzowana, aczkolwiek udawałam zagniewaną. Hihihihihi...oni byli tacy skruszeni, tacy przestraszeni. Mieszkanie wysprzątane (przez młodego Młodego – bo stary krwawił), miny przerażone...No oczywiście musiałam walnąć jakiś smrodek dydaktyczny, w końcu matką jestem, potem zapakowałam starego Młodego do samochodu i zawiozłam do chirurga, który ze stopy wyciągnął osiem kawałków szkła...no i było po herbacie. No może nie tak do końca, bo jeszcze dostali zjebkę od Fidela (to ksywka nadana mojemu exowi przez młodych- w pełni uzasadniona ze względu na dyktatorski charakter tatusia) i jeszcze stary Młody musiał zapłacić za szybkę...ale jakieś konsekwencje w końcu być musiały... No i tradycyjnie o moim Sisterze jeszcze ...Najnowsze wieści: wywiozła większą część koctwa na wiochę. Będzie podobno płacić alimenty, ale za to jaka ulga:-))) Moje dla odmiany dziś miały w nocy pęd do czystości. Gdyby to była czystość indywidualna, to niech tam...wprawdzie kocie ablucje dokonywane są zasadniczo na mojej kołdrze, pod którą aktualnie przebywam, ale to się da wytrzymać...Ale nie, przeszkadzało im, że wieczorem wyszorowałam koci wucet, że wsypałam nowiutki żwirek...no czego się spodziewać po śmietnikowcach? Szorowały pazurami po wnętrzu wucetu od godziny 3 rano...Najpierw Fraucia , w końcu skutecznie uciszona celnym rzutem klapka....potem Melka, oczywiście nie od razu...te podstępne bestie czekają aż przysnę i wtedy sruuuu...No miałam na pewno nad ranem mordercze zamiary...ale jakoś je pohamowałam. Rano za to Młody stwierdził, ze są za grube (no są, podobno po sterylizacji tak jest...mimo, że żarcia dostają połowę z tego, co każą w opisie na puszkach dawać) i zaczął się z nimi ganiać po mieszkaniu....nieźle było. Melka się w końcu poddała zlegając na parapecie w kuchni i dysząc cięzko, a Fraucia trwożliwie zerkała zza rogu. No nie umieją się bawić z Młodym, tzn w to akurat się jeszcze nie bawiły...A Młody lubi je pogonić, bo, jak twierdzi, tak fajnie łapkami buksują ...
2004-03-05 08:32:26
troszkę o....
Od pewnego czasu niektóre jednostki czytające bloga domagają się ode mnie zwierzeń bardziej intymnych...No to macie! Piwniczna...i namolny adorator....brrrr Nie bardzo chciałam o tym pisać, bo nie lubię wspominać przykrych zdarzeń, ale niech tam...vox populi vox dei...... Na pierwszym disco przyżeglował do mnie lekko podcięty adorator prosząc mnie do tańca. Dałam się zaprosić a co tam...przebierać w adoratorach nie będę, bo to niegrzecznie. Jednak polecę w dygresję (ale obiecuję, że tylko jedną) Otóż taniec, zwłaszcza bardzo bliski jest dla mnie czynnością nader intymną. Tak mam i nic z tym nie poradzę. Lubię się przytulić, ale do swojego , a nie obcego gacha. Na obcych mobilizuję wszystkie siły aby trzymać ich na odległość wyciągniętego ramienia.. jednego i drugiego zresztą też. Koniec dygresji. Ten cud natury oszywiśśście próbował się przykleić świdrując mnie lubieżnym spojrzeniem spod przymrużonych oczek. Ohida...Jakoś wytrzymałam jeden taniec...co nie było łatwe, bo już pod koniec tancerz tak się rozochocił, że próbował ...wymusić na mnie pocałunek ...brrrr cmokając lubieżnie ustkami. A poszedł mi won na bambus! Wytrzymałam ten jeden taniec i obiecałam sobie : basta!. Jednakowoż adorator wdzięków kobiecych amator nie rezygnował tak łatwo. Mnóstwo tam takich, którzy uważają, że baby są takie napalone na ich pieniądze, że ani wiek, ani wygląd, ani zachowanie nie odgrywają żadnej roli. On też bardzo mocno osadzony jest w tej właśnie grupie. Zrezygnowałam z tańców w ogóle, i przekazałam Namolnemu komunikat, że nie tańczę. Wolnych....Bo szybkie, a i owszem...i tak by za mną nie nadążył...Ale Namolny nie zrezygnował...O nie... Dosiadł się do mnie i postanowił sprawdzić, co tez mieści się pod moim paskiem od dzinsów ...ponizej plecków. O żesz TY W TE I NAZAD!!!! A paszła mi won! I tu musiałam poprosić o pomoc Demokratycznego, który w krótkich męskich słowach zasugerował Namolnemu odwalenie się ode mnie na wieki. Co niniejszym uczynił...aczkolwiek przez cały turnus moje występy taneczne śledziły oczka Namolnego ...smutne i ciągle jednak namolne... To tyle o Piwnicznej. Ale przypomniał mi się ten typek nie tylko ze względu na wspomnienia z Piwnicznej. Poznałam ostatnio via internet pewnego faceta. Że też nie tknęło mnie przeczucie jak zobaczyłam jakim nickiem się posługuje! Ptaszeczek! No to niby od nazwiska, ale może Freud by to jakoś skomentował. No więc, gadaliśmy sobie na gg i dałam się namówić na spotkanie w realu. Obejrzałam sobie najpierw jego zdjęcia (na pewno więcej na randkę w ciemno nie pójdę!) hihihihi....Nie były najgorsze, ale nie dał się sfotografować w turkusowych spodniach , w których przyszedł na spotkanie. Bo gdyby dał, to bym się nie dała namówić za żadne skarby. No ale...jak już tu mówiłam , czujność mnie opuściła...i nawet wymieniliśmy się telefonami. I szlag mnie trafił, bo w sobotę, tak gdzieś kole 7.00 otrzymałam smsa, który swoim zaskakującym jednak o tej porze dźwiękiem zerwał mnie na równe nogi „czy pamiętasz o naszym dzisiejszym spotkaniu?” ( a ja przez cały tydzień wstaję o 5.25 – sobota i niedziela dzień swiety i biada temu, kto mnie zerwie z łózka przez dziewiątą) o żesz TY Ptaszeczku z gniazdka wypadnięty! No od tamtego momentu to ja do końca życia będę pamiętała o tym spotkaniu! Ale przynajmniej tyle z tego wyszło, że przestawiłam odbiór smsów na tryb wibracyjny... Już wtedy mnie coś tknęło...Oj Czaro, pomyślałam sobie, cos mi się zdaje, ze to facet nie dla Ciebie. No ale cóż, mam dobre serce i postanowiłam dać mu szansę...I zmarnowałam godzinę swojego życia, bo facet reprezentował (oprócz ubioru) wszystko to, czego nie cierpię. Wybrał za mnie herbatę (byliśmy w herbaciarni) , bo on najlepiej wie, jaka jest najlepsiejsza, skrytykował wzdłuż i wszerz telewizję publiczną (ja tam po prostu nie oglądam tego, co mi się nie podoba, a nie masochistycznie katuję się tymi głupotami, żeby potem w czambuł je potępiać), potem wyciągnął jakieś papiery z teczki, żeby udowodnić, ze zajmuje się tłumaczeniami i cały czas wgapiał się we mnie spojrzeniem Jamesa Bonda dla ubogich: przymrużone lubieżnie oczka i drgające od czasu do czasu ustka. Miałam szczerą ochotę walnąć go kubkiem z herbatą między te lubieżne oczęta tak, żeby wpadł pod stół i nigdy stamtąd nie wylazł. Zebrałam jednak wszystkie siły i po 50 minutach powiedziałam, że mam pilny międzynarodowy telefon i poszłam sobie. Lubię jednakowoż kontakty zawierane przez net i nie wszystkie kończą się tak jak ten. Zazwyczaj sporo rozmawiam (netowo oczywiście) na tyle, żeby poznać kogoś i ewentualnie sprawdzić w realu, czy rozmowa on life jest równie przyjemna, co ta on line. Ale o tych udanych kontaktach...a przynajmniej o jednym w następnym odcinku....
2004-03-08 08:10:15
i jeszcze troszkę o.....
Miałam zacząć od pozytywnego przykładu ale moja skłonność do dygresji staje się nie do opanowania. Po pierwsze jeszcze historyjka o jednym takim, co to i sympatyczny był nawet może...ale zawstydził mnie swoim zachowaniem i chwalić Boga, że nie udało nam się spotkać powtórnie. A było tak...Ciepłą porą umówiłam się z takim jednym z Sympatii w Łazienkach, a w zasadzie tuż obok. Ponieważ Podmiejski (ano posiada jakowyś dom z ogrodem pod Warszawą) spóźniał się, poprosił, smsowo albo telefonicznie...już nie pamiętam, żebym sobie zaczekała w kafejce ślicznej na powietrzu. A co ja będę czekała o suchym pysku? Wzięłam sobie jakiś koktajl owocowy bezalkoholowy (autko, autko) i wolniutko sączyłam napitek. Podmiejski z kontaktów mailowych prezentował się raczej normalnie, na zdjęciu mu tez niczego nie brakowało...więc spotkanie zapowiadało się ciekawie. Jak się okazało, tylko się zapowiadało. Bo Podmiejski wkroczył z bułą fastfudową w garści i już mniej więcej znałam przyczynę spóźnienia. Troszkę zaszokował kelnerkę, która jednak szybciutko podeszła do nas i spytała konwencjonalnie czym może służyć. „Niszym” wybulgotał Podmiejski, bo zapchany fastfudem był i nie był w stanie wyraźnie się określić. Jak już przełknął ostatnie kęsy, rzucił propozycję: „no to co? Idziemy?” i poleciał truchcikiem, pewnie żeby nie mieć dylematów, czy zapłacić za mój napitek, czy nie....Byłam troszkę zaskoczona, bo nie przeciwdziałam wydatków, korzystam zazwyczaj z karty kredytowej...No i gdybym przewidziała spotkanie w kawiarni choćby z koleżankami pewnie coś bym tam z bankomatu pobrała. A tu nic...No tzn. maszynka do pobierania pieniędzy z konta była...ale mój trunek kosztował 8 złotych......Po intensywnym poszukiwaniu w wysypanych na ladę drobniakach, pod współczującym wzrokiem obsady udało mi się wysupłać tych 8 złociszów, ale już na tipa nie miałam...mimo, że chciałam dać, bo obsługa była nad podziw miła i na poziomie. (Inna to by pogoniła gościa z bułą w garści na cztery wiatry). Udało mi się nawet dogonić Podmiejskiego, który po opuszczeniu terytorium kafejki wyraźnie zwolnił. Jego zachowanie położyłam na karb zdenerwowania spotkaniem on life...Wiem, że czasem robi się głupoty....Ale zdecydowanie ta głupota była najmniej przyjemna. Posiedzieliśmy troszkę w ogrodzie botanicznym, za wstęp do którego był zmuszony zapłacić, ja zresztą sugerowałam spacer w Łazienkach, nie mając już funduszy na płatne oglądanie czegokolwiek, ale wspaniałomyślnie mi wstęp zafundował. I była to jego pierwsza i ostatnia inwestycja w moja skromna osobę. I śmieszne jest chyba to, że nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy, ale pamiętam scenę w kawiarni i moje nią zażenowanie. No i teraz to przyjemne wspomnienie...żeby ktoś nie pomyślał, że szczęście mam wyjątkowe do różnych takich niewydarzonych. Otóż poznałam przez ICQ (jeszcze wtedy korzystałam) nader sympatycznego młodego człowieka. Niech będzie to X, chociaż to ona namówił mnie na zmianę paskudnego dosyć nicka i mój nowy nick był żeńską odmianą jego nicka. W gadaniu przerzuciliśmy się na gg i znajomość rozwijała nam się spokojnie ale raczej nie do końca normalnie, bo najczęściej rozśmieszaliśmy się wzajemnie. Musieliśmy wyglądać jak para cymbałów, bo każdy nasz kontakt kończył się tym, że każde z nas śmiało się ma głos do ekranu komputera. Kiedyś, podczas takiej sesji próbowałam nas opanować i wymyślić cos tragicznie smutnego...co jest smutne? Dzieci są smutne...No to sru...wyobraźnia zadziałała i zobaczyliśmy gromadkę małych smutnych dzieci...ale zaraz potem któreś z nas wymyśliło opadające rajstopki z krokiem w okolicy kolan, i zasmarkane noski...jak zasmarkane noski, to gluty wiszące po brodę...no i paroksyzm śmiechu, który nas opanował przebił dotychczasowe ataki śmiechu. Rozmowy z Xem były czysta przyjemnością, nacechowane dużą swobodą, jako, że wiadomo było, że on tam, gdzieś w Polsce, że ma żonę, ze młodszy ...a ja tu, więc gadanie było oczywiście z mojego punktu widzenia całkiem niewinne. No więc prowadziliśmy te rozmowy uprawiając sztukę dla sztuki i trwało to aż do czasu, kiedy X zaproponował spotkanie. Zawód ma taki, że jeździ to tu to tam (głównie tam) , ale przez Stolicę przejeżdżał dosyć często, więc czemu nie? Znaliśmy się ze zdjęć, z gg, z telefonów (no wyjątkowo tez przez telefon kontakty były udane- co dla mnie raczej nietypowe) więc można sobie kawę wypić razem (jeszcze wtedy pijałam). Już jak ustaliliśmy termin, to się okazało, że kicha, bo jego szef zapragnął popodrózować razem z nim...Trudno. Następna okazja trafiła się niebawem ale ku mojemu rozczarowaniu zmieniła się trasa podróży Xa. Rozczarowanie musiało ze mnie potężnie buchać, bo jednak X zdobył się na wysiłek i pojechał z Częstochowy przez Warszawę do Krakowa (to znany dosyć skrót) i spotkaliśmy się pod Warszawą (ale od mojej strony, więc w sumie miałam blizutko). Spotkanie miała mieć miejsce w motelu i troszkę się przestraszyłam, że X ma jakieś niecne zamiary...ale zagłuszyłam łatwo głos rozsądku i pojechałam do tego motelu. Gadało się świetnie, w restauracji motelowej (a tak!) i spędziliśmy naprawdę ten czas wspaniale. Jeden taki zaprzyjaźniony niejako rodzinnie powiedział mi dziś, że nie czytam sygnałów wysyłanych przez facetów :-) I to chyba prawda....Bo to już nie była niewinna znajomość tylko gonienie króliczka...Które to gonienie uwielbiam bardziej niż samo króliczka złapanie. Ale jeszcze wtedy tego nie wiedziałam....No nie wiedziałam, że nagonka się już zaczęła...a nie, że lubię:-) Powoli w nasze gadugadulcowe rozmowy zaczęła wkradać się ciekawość, jakby to było, gdybyśmy poznali się jednak bliżej. I tak zazwyczaj bywa...że każda znajomość damsko-męska wkracza w ten etap, kiedy ta ciekawość jest nie do opanowania...Nam się też nie udało jej opanować....I często tez bywa, że przez taki brak opanowania coś się zyskuje, ale czasem się tez coś traci....Ja straciłam...Bo poznaliśmy się rzeczywiście baaardzo blisko, ale konsekwencją była niestety odmiana w naszych hmmm stosunkach. Powiem tak...Po jakimś czasie dostałam przepiękny list drogą mailową, w którym X napisał, że nasze spotkanie zmusiło go do potężnej myślówki (on to oczywiście określił ładniej) i że postanowił mocno potargane układy z żoną naprawić (nie muszę chyba wyjaśniać, że płeć męska szuka czegoś poza małżeństwem tylko wtedy, jeśli ono kuleje). I napisał jeszcze dużo ciepłych słów....które mimo ścisku serca dobrze się czytało. Można zaryzykować tezę, że X miał taki plan a nie inny, że tak miało się to od razu skończyć, ale ja w to nie wierzę. I tak naprawdę był on w moim życiu jedynym facetem, który rozstał się ze mną z klasą...I potrafił powiedzieć mi prawdę, zamiast zwodzić i oszukiwać, jak inni w analogicznej sytuacji....
2004-03-08 18:12:50
dzień kobiet
A teraz krótko i w zasadzie tylko po to, żeby uczcić dzień kobiet, który był tak naprawdę wczoraj, ale wczoraj dzień się skończył późno, więc mogę dopiero dziś. Najpierw śmieszna historyjka biurowa. Nasza koleżanka, szefowa działu „ludzkiego” pragnąc uhonorować wszystkie kobiety w firmie wysłała im serdeczne życzenia. W liście mailingowej znalazła się także dyrektorka generalna, osoba miła aczkolwiek czasem ostra i surowa. Odzew przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Chyba nam, babom, potrzeba od czasu do czasu ciepłego słowa no i tęsknimy za starym komunistycznym świętem. Wtedy chociaż w ten jeden dzień spotykało nas coś miłego...a teraz ? No wiadomo.... No więc rozpoczęła się seria odpowiedzi na maila. Ale nasze mądre kolezanki z pracy wymysliły, ze będą odpisywać używając opcji „odpowiedz wszystkim”. Zaczęło się niewinnie...Od serdeczności zwrotnych. Potem jedna z nas przypomniała sobie z sentymentem rajstopki i goździki przydzielane w tym dniu, inna na to odpisała, ze wolałaby zamiast rajstopek czerwone kabaretki, a na to jeszcze inna rozmarzyła się; i stringi i pas do pończoch i pejczyk.... :-))) No i skończyło się na tym, że trzeba było wysłać maila ostrzegawczego, żeby nie odpisywać do wszystkich, bo zapychamy generalnej skrzynkę... Ale ubawiłyśmy się nieźle... A teraz relacja z pewnego występu na żywo pewnego zespołu, którego najbardziej znanym utworem jest piosenka pt Marcello. Sister (o...wracam do starej, dobrej tradycji) wygrał w radiowej trójce wejściówki na mini koncercik na żywo, tegoż właśnie zespołu. A ponieważ ma dobre serce zaprosiła także mnie, jedną swoją kumpelkę i jedną naszą wspólną. A koncert dedykowany był nam czyli KOBIETOM. Zaczęło się niewinnie, aczkolwiek nie do końca... młody taki co stał za chyba ksylofonem miał dwa takie ...no wyglądały jak ciagutki...bo ciągał nimi po tym instrumencie w te i nazad powodując niemiłe wrażenia słuchowe...zwłaszcza działało to na zęby...Czasem brał do rak pałeczki i wtedy już było znacznie lepiej, czyli popukiwanie tak! Ciąganie nie! Muzyczka (poza dźwiękami ciąganymi)początkowo była całkiem miła ...tak w stylu pozytywnych wibracji...aczkolwiek dało się zauważyć pewne braki tekstowe...albowiem słowa nie tylko powtarzały się w kółko i na okrągło, to jeszcze często były zastępowane różnymi nanananana i trututututu i dadadadada....Dało się zaobserwować piosenkę o niewyżytych dzikach (chociaż początkowo wyglądała jak o miłości) może się gdzieś zagubiłam po drodze...bo nagle usłyszałam, ze dziki ryją..i dziki ryją i dziki ryją... .A potem był kawałek po francusku gdzie motywem przewodnim było 5 centymetrów...podejrzewam, ze mogła być to piosenka o maleńkim dziku...takim 5-centymetrowym. Ale wtedy to już wiedziałyśmy, ze jesteśmy w złym miejscu o złej porze. W dodatku wokalista gitarzysta zadedykował kolejną piosenkę dziewczynom z Helu i nasza koleżanka powiedziała „o nie! To ja wychodzę!” bo w końcu i słusznie, jesteśmy warszawiankami...ale moment przepadł...no bo trzeba było skorzystać z okazji, obrazić się i wyjść...a tak ...kicha...No o tym Helu, coś było, że się zagubili i wokalista strasznym głosem domagał się „daj mi mapę!”..na co ja szeptem zakomunikowałam siostrze, że Hel jest cienki jak patyk i ze mapa tam niepotrzebna...A Sister był święcie przekonany, ze solista domagał się nogi...no, że śpiewał „daj mi nogę!”.Tam trudno było zrozumieć o co chodzi i właściwie te wszystkie nananananana i trututututu wychodziły im najlepiej...Potem była cieniuteńka pioseneczka dla odmiany po angielsku, o tym głównie i tylko, że jak się umiera, to trzeba zabrać ze sobą pieniądze...skończone takim uhuhuhuhu.....cieniutkim jak głos Prosiaczka ze Stumilowego Lasu....A potem to już było coraz gorzej...Były teksty o diable z dupy...i o czarnym prezydencie z białymi plecami, który nie był Murzynem...i o tym, ze wokalista nie może mówić, ale skoro tak było, to po co komunikował to tak głośno? I o czymś co kręciło nóżką...albo muszlą (ten motyw nadmorski mnie zmylił)...i to mógł być albo czart albo wiatr...(co kręcił ta nóżką) ale z moich obserwacji ust solisty wynikało, ze to musiał być czaf...cokolwiek to oznacza... a potem to wreszcie była 21 (koncert miał trwać do 21) i klaskałyśmy z zapałem i z radości, że to już koniec... Ale to nie był koniec...Co gorsza wokalista oświadczył, ze na początku do było słabiuteńko...dopiero na koniec to było uhuhu....a nam się wydawało zupełnie na odwrót... I na bis wykonali jeszcze ze trzy kawałki...ale twarde jesteśmy i udało nam się wytrzymać... No i przyznam się, że na koniec to tylko udawałyśmy oklaski, żeby nie chcieli jeszcze raz bisować...I jeśli to był koncert zadedykowany kobietom, to ja nie chcę być kobietą....
2004-03-09 18:12:35
a tak sobie...w sobotę...
Dziś jestem tu wyjątkowo nie służbowo, więc spokojnie parę słówek mogę skrobnąć, coby mnie fanclub (który czasowo odpadł od kompa) nie podganiał. Ostatnio byłam w Selgrosie z Młodym i mogliśmy przy kasie zaobserwować piękną scenkę: Otóż: wózek pełen zakupów, przy nim młode małżeństwo i tzw. nieznośny bachor...piszczący kopiący, skaczący, tupiący i domagający się uwagi. I umęczeni rodzice...W końcu mama dziecięcia rzuciła hasło „to ja z nią wyjdę”- bo jak się okazało bachorek był rodzaju żeńskiego. Kiedy tylko znikły, ojciec zdecydowanym ruchem sięgnął po prezerwatywy wyeksponowane przy kasie... Popatrzyliśmy z Młodym błyskawicznie na siebie, z błyskiem zrozumienia i współczucia w oczach...Cóż.. no comments. A ja się cieszę, że niektóre bachory wyrastają, chociaż upierdliwe pozostają do końca życia. Coniektóre.... Młody, tak jak pisałam zdecydowanie odcina się od porządków domowych posądzając mnie o schizę na tym tle. No jasne, jestem szurnięta, bo chcę przynajmniej raz w tygodniu ogarnąć mieszkanie...Śmieci, poproszony o wyniesienie, wystawia koło drzwi, na zewnątrz...Nie poddaje się sugestii, żeby przynajmniej komuś je pod drzwi podrzucić...musi u nas, wiocha... Wkurzona jego minimalistycznym i raczej śmietnikowym podejściem do życia (sugerował mi nabycie jednorazowych talerzy i sztućców – a mamy zmywarkę!) postanowiłam go ukarać i przestałam prasować jego ciuchy...Ale kara była rzeczywiście straszna, bo nawet tego nie zauważył...Tak samo, jak nie zauważa jedzenia wystawionego mu prosto pod nos. Najlepiej cos schować przed nim, kiedy się to cos kładzie na swoje miejsce...Nigdy nie przyjdzie mu do głowy tam właśnie szukać....Eeeeech mężczyźni... Wczoraj był u exa i wrócił z komunikatem: „Matka, spuściłem wpierdol Młodemu (temu młodszemu)” – „łomatko! Za co?” spytałam . Bo usunął antywira z kompa...(a Młodzi korzystają tam z dostępu do sieci). No to nieładnie...powiedziałam nieśmiało (no jakoś, jako matka muszę reagować)...ale potem ściągnąłem nowego z sieci i jak go już kończyłem instalować, to mi się przypomniało, ze to ja go usunąłem...No nawet się wściekać nie mogłam, bo rozwalił mnie tym oświadczeniem. „Ale” powiedział „za karę idę do fryzjera..” Faktycznie, stwierdziłam, kara to by wtedy była, gdybyś się dał ostrzyc Młodemu...No i poszedł...(do fryzjera oczywiście nie do Młodego).
2004-03-13 11:51:10
kajaki i takie tam...
Moi Młodzi są raczej do mnie przywiązani. Nie do końca mnie to chyba cieszy, ale jest mi raczej miło, że nie mają oporów, żeby ze mną gdzieś wyjeżdżać, albo wychodzić. W ostatnie wakacje była okazja pojechać na spływ Krutynią. W ostatniej chwili wycofała się moja koleżanka (współkajakowiczka) no i namówiłam na wyjazd młodego Młodego. Uwaga będzie dygresja: przed kajakami umawialiśmy się na przejazd samochodem. Mój samochód ma cztery miejscówki, więc pozostały do dyspozycji dwie. Ogłosiłam więc, że samochodem jadę ja i młody Młody. Na to kolega odpisał, że to jedno miejsce…skoro biorę dwóch młodych….I po dygresji. Pogoda była początkowo wyśmienita, spływaliśmy więc leniwie kajakami sącząc piwko i zatrzymywaliśmy się tu i tam, żeby po prostu cieszyć się widokami i pogodą. Dopłynęliśmy pod wieczór na miejsce namiotowania i już wtedy w zasadzie czuć było wodę w powietrzu. Rozbiliśmy więc szybko namiot (chińska dwójka co to mieści może dwóch niedużych Chińczyków) wczołgaliśmy się do niego i usnęliśmy strudzeni całodziennym pobytem na świeżym powietrzu. W nocy przewalały się po nas chyba tabuny miłośników chipsów, więc namiot nam troszkę zwiądł i tak jakoś osiadł. Czując wodę w powietrzu namiot umieściliśmy pod drzewem, ale to, co chlusnęło nad ranem to przerosło nasze przewidywania. Powiem tyle: obudziłam się o szóstej rano, bo mi było mokro…w zasadzie w wielu miejscach. Od spodu mokro i od boku mokro i ciurkało cały czas powiększając to mokro wszędzie. Podłożyłam sobie pod boczek jakieś suche t-shirty, i z utęsknieniem czekałam na jakąś ludzką godzinę, co by się z tego bagna jakoś ewakuować. O siódmej obudziłam Młodego namawiając do wyczołgania z chińskiej psiej budki, jako, że akcja musiała być przeprowadzona symultanicznie, albowiem próba wyczołgania się stamtąd i przeciśnięcia przez otwór dla Chińczyków kończyła się upadkiem chińskiego wynalazku. Przebiegliśmy truchtem do męskich natrysków (była tam sucha krata drewniana na podłodze) mocząc wszystko, co nam wystawało spod sztormiaków i oczekiwaliśmy na zmianę pogody. Chińska dwójka pogrzebała nasze śpiwory. Tobołki mieliśmy szczęśliwie umieszczone u znajomych, bo u nas nic oprócz nas się nie zmieściło. Ośrodek, gdzie nocowaliśmy dawał jeść o 9. Poszłam na zwiady i okazało się, że o 8 rano otwiera się recepcja, gdzie zanabyłam kartonowy domek dwuosobowy, który był nieco wygodniejszy od męskich natrysków, a nawet posiadał pościel. Tam zagrzebaliśmy się w piernaty, szczęśliwie suche i ciepłe i zasnęliśmy. Ja nie na długo, bo zadzwonił ex, żeby mnie poinformować, że pada. No faktycznie, tej informacji nam brakowało… Podjęłam decyzję o odwrocie. Nikomu nic nie zrobiłam, żeby gnić na karimacie w chińskim wynalazku. Okazało się, ze było więcej amatorów powrotu…ale wyszło słonko, niebo zrobiło się cudownie błękitne i otrzymaliśmy sporo propozycji przygarnięcia nas do suchych namiotów. Nasze obozowisko wyglądało jak krajobraz po bitwie. Na siatce do gry w siatkówkę suszyło się mnóstwo różnych elementów, gdzie wyróżniały się nasze dwa śpiwory w charakterze ociekających wodą, smętnie zwisających tobołów. Ruszyliśmy dalej. Nawet się rozgrzałam, bo mój maleńki synek (tak z 194 cm) postanowił zupełnie niechcący wiosłować inaczej niż ja…Ja w prawo, on w lewo ….ja świadomie, on niechcący…bo się zagapiał, więc przemierzaliśmy jezioro w charakterze pijanych zajęcy… Jak już wspomniałam ja i Młody mieliśmy sztormiaki, ale nie wszyscy byli tak przewidujący. Niektórzy płynęli odziani w worki na śmieci, wiec stanowiliśmy piękny widok, bo kajaków było ze 12. Turyści robili nam zdjęcia. A my płynęliśmy, na przemian grzejąc się w słonku i uciekając przed deszczem. Godzina słońca i 5 minut deszczu. Przez dosyć niefachowe ruchy wiosłem miałam lewa rękę do łokcia mokrą i w zasadzie już żadnej perspektywy na poprawę, bo był to ostatni suchy ciuch. Po drodze śluzowaliśmy się (bez przykrych skojarzeń proszę! ) i właśnie tam dopadła nas kolejna nawałnica. Potem już było coraz zimniej…i w końcu wysiedliśmy w charakterze zesztywniałych korpusów. Jakoś nikt już nie rozbijał namiotów, tylko zasiedliliśmy kolejne kartonowe domki no i wiadomo było, że nasza wodniacka przygoda się skończyła, bo nazajutrz zrobiła się jesień. Jednak było warto, przyjaciele poratowali mnie suchymi ciuchami i wódką, no może w odwrotnej kolejności…Bo wódka była najpierw, pierwszy i jedyny raz w życiu wypita bez zagryzki i popitki …ale za to jej cudowny smak pamiętam do dziś. Właściwie, to mogłabym znowu jechać na taki spływ, tylko, ze zabrałabym zdecydowanie większy i solidniejszy namiot i żelazny zapas wódki, w charakterze leczniczym oczywiście. No i kolejny motyw z moim Sisterem. Kupuje on książki w dużej ilości, a ja je czytam. Czasem ja kupuję, a ona pożycza, ale zdecydowanie ona inwestuje więcej. W książki. Poinformowała mnie, że zanabyła „Seks w wielkim mieście”, a ponieważ gdzieś jechaliśmy z Demokratycznym, to wstępnie dogadałyśmy się, że jak będziemy wracać i już ich podrzucę pod dom, to wejdę z nimi po książkę. Ta część naszej rozmowy jakoś chyba umknęła Demokratycznemu, bo zatkało go kompletnie, kiedy po podjechaniu pod dom usłyszał dialog: „To co Sister, wejdziesz po seks?” – na to ja: „Nie, dziś chyba nie…zmęczona już jestem i nie chce mi się” Demokratyczny miał oczy jak 5 złotych, i mocno zbulwersowany dopytywał się, czy my rozmawiamy o tym, o czym on myśli, i dlaczego on nic o tym nie wie? No oczywiście nie mogłyśmy mu nic wytłumaczyć, bo nie mogłyśmy opanować śmiechu…Biedny Demokratyczny…Nie miał z nami łatwego życia… A wczoraj ścigane telefonicznie przez Mamuśkę (zwłaszcza Sister, który bezczelnie nie odbierał telefonu ani domowego ani komórkowego siedząc w kinie) postanowiłyśmy ją znienacka odwiedzić, bo lepsza wizyta niż nerwowy telefon. W końcu byłyśmy dwie i stwierdziłyśmy, że damy radę. Mamcia przywitała nas przyodziana przedziwnie. Miała na sobie biały tiszercik, białe podkolanówki a miedzy tiszercikiem i podkolanówkami miała chyba niebieskie kalesony z dzianiny z wyraźnie wyodrębnionym miejscem na …hmmm narządy męskie. Całość wieńczył sznurek perełek prawdziwych na szyi…Mamuśka próbowała wmusić we mnie (sama ja prosiłam o zakup) spodnie od dresu w podobno czekoladowym kolorze. Ten kolor nawet koło czekoladowego nie leżał, przypominał …no…..Nieważne, ale skojarzenie miałyśmy z Sisterem jedno. W dodatku spodnie zamówiłam proste (to znaczy od góry do dołu proste) a te miały wąskie nogawki (takie zwężające się ku dołowi) i potężnie rozbudowaną okolicę zadka no i dla dopełnienia były dosyć wysokie, tzn po założeniu ich i podciągnięciu, pas miałam w okolicy podbiuścia i przypominałam chyba najbardziej ofiarę żołdackiej swawoli…No sierota z czworaków wyglądałaby chyba bardziej luksusowo ode mnie. Zdecydowanie odmówiłam przyjęcia tych pseudodresów, ale zapewniłam Sisterowi i Mamci niezłą rozrywkę występując w charakterze modelki.
2004-03-15 07:30:22
i malutki aneksik...
do dzisiejszego bloga. To tak a propos kina. Bo byłysmy z Sisterem oczywiscie razem. Zawsze kupujemy popcorn i kolkę lajt - taka nasza tradycja, tylko, że zawsze popcorn (średni) pochłaniamy przed seansem...w zasadzie nawet częsciowo przed wejściem do salki kinowej. Ja tam sobie bez popcornu kina nie wyobrażam. No i ostatnio zrobiłysmy modyfikację, bo nam strasznie szybko popcorn wychodził, więc dokupiłysmy jeszcze do dwóch średnich jeden mały i uzupełniłyśmy przed wejściem na salę. Cóz i tak w trakcie reklam pokazało nam się dno...Musimy spróbować z dużym. Ale kolka średnia, bo i tak powoduje ona nieodpartą chęć pozbycia się nadmiaru płynu w pewnym dosyć newralgicznym punkcie kazdego filmu..Tzn. tak gdzies tuż przed zakończeniem seansu, ale na tyle wczesnie przed zakończeniem, ze mozna byłoby niestety nie wytrzymać. Co niniejszym ostatnio miało miejsce...No nie nietrzymanie, ale konieczność pozbycia się nadmiaru tuż przed końcem seansu. Wierciłam się i kręciłam i zmieniałam pozycje...Na próżno. Pęcherz zdecydowanie nakazywał mi za wszelką cenę znaleźć pewne magiczne a niezwykle użyteczne miejsce. Leciałam z duszą na ramieniu, że nie zdążę wrócić i mi się gdzieś Sister zaplącze (tam, gdzie byłyśmy jest 11 sal!). Pobiegłam więc truchcikiem w jedną stronę (nie było łatwo, bo tam marmury wyglancowane), wywiodło mnie do halu głównego, ale ja pamiętałam, że gdzieś ten przybytek musi być. Wróciłam więc truchcikim spowrotem, gdzie okazało się, że jest koniec kina, więc opcja halu głównego nagle stała się aktualna. Truchtałam powtarzając sobie w myslach "jedenaście, jedenaście" bo to był nr naszej sali. Udało mi się zlokalizować toaletę i w panice potruchtałam spowrotem mamrocząc pod nosem "jedenaście, jedenaście". Znowu hal główny, znowu wyslizgane marmury i....niespodzianka: drzwi do sali kinowej otwieraja się tylko w jedną stronę...gdybym wiedziała, to coś bym tam w tych drzwiach zostawiła...no ale mądry Polak po szkodzie. Po raz kolejny ślizgającym się truchtem przemierzyłam mój ulubiony i dobrze poznany hal główny, wbiegłam na górny poziom i musiałam tłumaczyć się bileterce, że ja muszę do sali 11. Aaaaaa powiedziała domyślnie, dołem Pani wyszła? Chyba dołem, skoro musiałam górą wrócić...I nawet zdążyłam, a Sister dopowiedział mi brakujący kawałek filmu. Jestem więc już bliska podjęcia decyzji o zakupie malutkiej kolki do kompletu z maxi popkornem. A film był świetny. Dziewczyny z kalendarza. Ciepły i pełen humoru i taki....hm...no chyba jednak jest to przykład na to, ze w zyciu nigdy na nic nie jest za późno...nawet na rozbierane zdjęcia do kalendarza:-)
2004-03-15 18:01:35
po hiszpańsku...
Za oknem szaro i jakoś tak pluchowato, a mnie przypomniał się motyw Hiszpanii...I ze względu na to, co się ostatnio dzieje i ze względu na to, ze chciałabym tam jeszcze wrócić. Tam...czyli do Barcelony. Otóż...zaczęło się tak...Moja koleżanka zaproponowała mi wyjazd do Barcelony na 4 dni . A jechać miałam w charakterze walentynkowego partnera/partnerki, bo znabyła bilety w promocji walentynkowej (dwa w cenie jednego) ale jej facet nie mógł jechać... Wyjazd był niesamowity...jechaliśmy w trzy pary: dwa zaprzyjaźnione małżeństwa i my..Po raz pierwszy w życiu leciałam samolotem i miałam troszkę obaw, ale okazało się, ze jest to kolejna czynność, która uwielbiam. Jeden z naszych współwyprawowiczów władał przebiegle hiszpańskim, więc wydawało się , ze wszystko powinno być OK. Jak się okazało, tylko się wydawało... Pokoje zarezerwowane mieliśmy przez internet, czy jakoś tak drogą mailową i okazało się, że mieszkamy w starej kamienicy, tuz niedaleko kościoła Sagrada Familia. Miejsce cudne...Kamienica stara, winda z kutego żelaza....pokoiki przerobione z mieszkania, łazieneczki niemal za przepierzeniem...ale było tanio. Całością zarządzała dość korpulentna dama od razu ochrzczona przez nas stara Consuelą. Miejsce było jednak przedziwne, bo z każdego kawałka wolnej ściany łypał na nas Jezus...albowiem Cosuela była bardzo pobożna...Zostawiliśmy tobołki w pokojach, a paszporty w niby recepcji i to był prawdopodobnie nasz błąd. Już wyjaśniam dlaczego...Otóż...z paszportów nie wynikało, ze nasze pary są związane sakramentem małżeńskim, co musiało zdenerwować starą Consuelę. Po powrocie zastaliśmy nasze rzeczy zwalone na za przeproszeniem kupę i ze słów trajkoczącej seniority wynikało, że pomyłka nastąpiła i nie ma żadnej rezerwacji i mamy spadać w ciemną hiszpańską noc. Spokojnie wzięliśmy się za dzwonienie po hotelach, ale żaden nawet w przybliżeniu nie oferował ceny, którą byliśmy w stanie zapłacić. Może policja? Nasza seniorita wykazała jednakowoż przymioty prawdziwej chrześcijanki i pozwoliła nam przenocować. Wylądowałam w jednym łóżku z moja koleżanką (lepiej tak, niż na ulicy) myślę, ze podejrzewała nas o to, ze także jesteśmy parą. Kupiliśmy sobie trunki na lepszy sen.., do trunków lód na stacji benzynowej, pośmialiśmy się trochę z naszego niełatwego losu i próbowaliśmy spać. U nas (u mnie i koleżanki) były warunki nienajlepsze...nasze okno wychodziło na podwórko, na którym darły się jakieś hiszpańskie pijaki (nieprawda, że tylko w Polsce się drą nocami)..A sam pokój był rozmiaru łózka, na którym spałyśmy...No i ta niepewność jutra nas gryzła. Z samego rana kolega władający hiszpańskim został oddelegowany w celu ugłaskania wąsatej seniority. Udało mu się, i znowu musieliśmy zmienić pokoje. Wyglądało na to, że następne dwie noce uda się spędzić w lepszych warunkach. Ruszyliśmy w miasto, żeby wreszcie spokojnie poudawać turystów. To był chyba kwiecień, więc jeszcze przed sezonem, było ciepło, mieliśmy dach nad głową (a bilety w kieszeni) więc wreszcie nasz pobyt zaczał być przyjemnością. Kupiłyśmy z koleżanką bilety na autobus wycieczkowy, który objeżdżał wszystkie atrakcje turystyczne i usadziłyśmy się na górnym pokładzie. Nie będę nawet próbowała opisać wszystkich atrakcji Barcelony, rzucę tylko parę haseł: Gaudi, Sagrada Familia, Ramblas i Picasso....Autobusem i na piechotę udało nam się obejrzeć całkiem niezły kawałek Barcelony. To co mnie zafascynowało, to oprócz widocznych wszędzie dowodów działalności Gaudiego, stare dzielnice, z wąskimi uliczkami, masa motorów, motorowerów, kafejki i sklepy, do których wchodziło się bezpośrednio z deptaków, i ten rytm niespiesznego życia, pora sjesty, kiedy wszystkie sklepy, bary i kafejki zamykały się na głucho...Nie planowaliśmy posiłków. Wchodziliśmy jeść tam, gdzie akurat byliśmy i było nieźle, oprócz tego, ze ciężko się z Hiszpanami dogadać nie po hiszpańsku. Próbowałyśmy z koleżanką trenować hiszpanizując język polski np...zamiast obiadu był obiados, zamiast łóżka leżados...itd. Okazało się jednak, że nieświadomie przesadziłyśmy pokrzykując dziarsko „ruchados, ruchados” po polsku ruchy, ruchy...bo kolega hiszpańskojęzyczny poinformował nas, ze jest to brzydkie słowo oznaczające... no mniej więcej ruchy określonego rodzaju wykonywane w określonych sytuacjach. Przedostatni nocleg przyniósł nam pewną niespodziankę, bo Consuela przymuszona przez nas do przygotowania nam dwóch łóżek a nie jednego (nie dałyśmy się ! a co!) dała nam tylko jedno prześcieradło...może myślała, ze tworzymy pozory, a i tak śpimy w jednym łóżku? Chciałabym tam wrócić, po to chociażby, żeby kupić sobie fantastyczny likier jabłkowy...no i pozwiedzać jeszcze troszkę oczywiście. A Sister nie był w Hiszpanii. To tyle, coby podtrzymać tradycję :-)
2004-03-16 16:30:21
i jeszcze troszkę o Hiszpanii...
Sister jak zwykle niezawodny w uzupełnianiu moich opowieści przypomniał mi jeszcze coś. Sisterowi łatwiej, bo ogladał zdjęcia i wysłuchał opowieści z pierwszej ręki. A zdjęcia ...udało mi się uchwycić wyjątkowe graffiti (nigdzie takich pięknych nie widziałam) i momenty warte wspomnienia. Na jednym ze zdjęć płaczę ze śmiechu. Głupawki dostaliśmy wszyscy, bo w pewnej knajpce bardzo miłej zamówiłam sałatkę owocową. Zamówienie złożyłam po angielsku (zresztą osoby bieglejsze w tym języku potwierdziły, ze może nie do końca poprawnie, ale na pewno zrozumiale). Najpierw pani kelnerka przyniosła mi miseczkę mieszanych orzechów...ale odmówiłam konsumpcji tychże upierając się przy sałatce owocowej. Skup się człowieku..."do me ta lu" jabłko, pomarańcz, banan...itd. Pani odebrała tłumaczenie/zamówienie i po 5 minutach przyniosła mi na talerzyku jabłko, pomarańczkę i banana...Wiec zrobiłam sobie sałatkę sama, ale w nastroju głupawkowego aż do łez śmiechu. Ten śmiech był spowodowany faktem, że nie tylko mąciła tu bariera językowa...także różna interpretacja wypowiadanych przez nas tych samych zamówień. Np. kiedy czekaliśmy na danios głównados zazwyczaj prosilismy o jakieś przekąseczki...a to kawałek bułeczki z oliwą, a to jakieś inne przegryzki... w rodzaju malutkich kanapeczek z wędliną. Jednak w lokalu od sałatki owocowej zaserwowano nam w charakterze przystawki coś, co odbiegało od normy. Była to kanapeczka w rozmiarze uniemożliwiajacym wsunięcie jej do paszczy ludzkiej...Była to wręcz kanapa, która spokojnie mogła zastapić główny posiłek. Wielka i sycąca...Ale w końcu głodni nie chodziliśmy, a to najważniejsze. Jeszcze tylko przypomniało mi się, że w drodze powrotnej czekaliśmy na samolot do Polski (jakieś miedzylądowanie w Mediolanie), który się opóźniał. Biegaliśmy więc to tu, to tam szukając jak najlepszego zasięgu dla komórki...aż tu nagle wezwano nas przez megafony do samolotu..Śmiesznie brzmiały polskie nazwiska wypowiadane na tym włoskim lotnisku. A musieli na nas czekać, bo już nas odprawili:-) Łaski w końcu nie robili...No i przyjemne zakończenie podróży: na pokładzie samolotu AlItalii pracowali w charakterze stewardów tacy przystojni faceci...eeech...Za przystojni jak na prawdziwych mężczyzn...No ale ci prawdziwi, chyba nie pracowaliby w charakterze stewerdesy? Prawda?
2004-03-17 17:31:49
Lingwistycznie i troszkę zwierzęco....
Przypomniało mi się, jak tak opowiadałam o perypetiach językowych cudzoziemców jedno śmieszne zdarzenie związane z Sisterem (tradycja została podtrzymana:-). Otóż Sisterek zanabywał kiedyś bluzeczkę u Wietnamczyków. Zadał oczywiście pytanie : A ile to kosztuje? I usłyszał w odpowiedzi „siesieści” . Sister jest osoba uprzejmą i potwierdził, no tak, widzę, że się świeci (bo bluzeczka rzeczywiście wyróżniała się błyszczącą nitką) ale ile kosztuje? Sie sieści...usłyszała znowu..i zdaje się, że tylko wrodzona inteligencja mojej Sister pozwoliła jej odgadnąć, że jest to po prostu „czterdzieści”. Pracowałam kiedyś z Anglikiem ożenionym z Polką. Sympatyczny był nad podziw, ale inwencję słowotwórczą miał sporą. Jego światełki hamulcyjne śmieszą mnie do dzisiejszego dnia, a kiedy mówił, że kupił drzwi suwałki nikt nie wiedział, czy to drzwi suwane, czy wyprodukowane w Suwałkach. On też uczestnicząc w negocjacjach z potencjalnym klientem zadał pytanie ważnej pani dyrektor: I jak pani dyrektor? Ma pani na nas jakąś nadzieję? A mój były dyrektor, najukochańszy z szefów, polonus brytyjski miał najcudowniejsze powiedzonka. Kiedyś, tuż po przyjeździe do Polski zwierzył się naszej koleżance, ze jest niewyspany, bo spędził noc na dymaku. Koleżanka się z lekka spłoszyła, bo nie chciała słuchać aż tak intymnych zwierzeń...ale koniec końców okazało się, ze dymak to po prostu materac dmuchany. On tez rozmawiając z moją koleżanka o naszych klientach w regionach zadał pytanie: a czy oni (w domyśle dyrektorzy regionalni) w regionach wiedza ile maja członków? Dyrektorek ma przy tym niesamowite poczucie humoru. Jego żona jest Angielką. Kiedy była w pierwszej ciąży bardzo chciała zakomunikować to rodzinie (polonijnej) męża po polsku. Uczył ją mój kochany dyrektor cierpliwie przez dwa tygodnie, a ona bardzo z siebie dumna, korzystając ze spędu rodzinnego wielkanocnego, wyszła na środek pokoju, zaczerpnęła powietrza i głośno powiedziała: „mam zielony nos”. Słynne są jego inne powiedzonka: takie jak: będziemy wdrążać strategię, albo oszczepiać pacjentów...Szkoda, że wrócił do Londynu. I tu pcha mi się dygresyjnie dowcip pasujący tematycznie: jakiś skośnooki cudzoziemiec zaczepił przechodznia na ulicy: „psieplasiam, dzie tu jeś akademia”? Nagabnięty odpowiedział: ale jaka akademia? Muzyczna? Wychowania Fizycznego? Sztuk Pięknych? Na to skośnooki skłonił się pięknie i powiedział : „dziemkujem” no i jeszcze ten o studencie chyba dla odmiany pochodzenia murzyńskiego, który po wykładzie o osmozie cieczy zakomunikował profesorowi: „ja nie rozumię...woda ścieka i pies ścieka...” I po dygresji...ale może pozostanę przy temacie psa, a raczej suki, albo suni naszej ukochanej najlepszej w świecie sznaucerskiej miniaturce. Jest to najbardziej ugodowy i grzeczny piesek na świecie, szczekajacy jedynie w celu usatysfakcjonowania exa...Co wygląda mniej więcej tak, ze jak ktoś zapuka to drzwi, to sunia nie szczeka pod nimi, tylko biegnie szczekać tuz koło exa, żeby widział jaka grzeczna jest. Sunia umie niesamowicie cieszyć się, jak widzi kogoś z rodziny , no i Sistera też...Powitanie jest bardzo spektakularne, sunia skacze i piszczy, Sister piszczy i nie wiadomo, która głośniej. Stawiam na Sistera.... Kiedyś stary Młody poszedł w sobotę do kiosku, prowadząc sunię ze sobą i wrócił z gazetami, na które żarłocznie rzuciła się cała rodzina... Po 5 minutach ktoś zadzwonił do drzwi. Okazało się, że był to sąsiad, który przyprowadził piesówkę, która sobie siedziała uwiązana pod kioskiem...Oczywiście braku psiny nikt z nas nie zauważył...pochłonięty lekturą. Mamy znajomych, którzy także mają sznaucerską suczkę i potrafią o niej rozprawiać godzinami. Dzieci mamy w podobnym wieku, no i kiedyś tam, dawno temu rozmawiałyśmy z moją koleżanką z naszymi małoletnimi jeszcze wtedy. Padł chyba motyw bajek i bajkopisarzy, tudzież słynnych ilustratorów tychże bajek. No i koleżanka wypaliła, że najsłynniejszym ilustratorem bajek dla dzieci jest niejaki Jan Marcin Sznaucer! Sunia często bywa u nas (u mnie i starego Młodego) i zakolegowana jest z kiciami. Sama w końcu wychowała się z kicią i zazwyczaj widząc kota, chce się z nim bardzo zaprzyjaźnić. Koty nie zawsze rozumieją prawidłowo jej intencje. Ale nasze akurat tak. Tym bardziej, ze Frauci wydaje się, że jest psem. Wołana przybiega kurcgalopkiem, biega w kółko za własnym ogonem i prosi o jedzenie (każde, każde- pasi jej nawet ser pleśniowy i chipsy) stając słupka... No może ostatnio troszkę się utuczyła, więc słupek nie jest już taki stabilny...ale za to i tak kojarzy nam się dosyć silnie ze świstakiem. Mówimy z Młodym, ze Fraucia robi świstaki. A jak był film przyrodniczy, w którym był świstak, jednogłośnie zawołaliśmy z Młodym: O!!!! Fraucia!!
2004-03-18 14:02:56
wizyta na Ślasku....
Byłyśmy z Sisterem i Młodymi u rodziny na Śląsku. No i tu musi być dygresja. Albowiem nasz Tatko, który wziął się przeniósł z powrotem w swoje rodzinne strony tj do Katowic niedawno temu się zinternetyzował. Ma stałe łącze, czyli też skrzynkę mailową , a nasz ślaski kuzyn założył mu tez konto gadulcowe. Tatko dał znać przez maila, ze ma skrzynkę i nr na gg, więc od razu to sprawdziłam, dając mu tez namiary gg na Sistera. W wizytówce Tatka stało, ze jest to Czesław i że mieszka w Katowicach (całkowicie zgodnie z prawdą ). Szybciutko zastukałam do Sisterka, że gdyby na gg odezwał się do niej Czesław z Katowic, to nie jest wcale żaden zboczeniec tylko Tatko. Od tego czasu obdarzony został oczywiście wdzięczną ksywką Czesław z Katowic. No i wprosiłyśmy się do Tatki imieninowo, biorąc ze sobą Młodych. Jechałyśmy każda swoim autkiem, bo Sister jeszcze klejentów musiał na południu obskoczyć. W każdym razie zapowiadało się świetnie. Kiedy już opłotkami wyrwałam się na katowicką, to pierwsza tablica zapowiedziała 273 km do Katowic, co zostało skomentowane przez młodego Młodego : A nie mógł dziadek zamieszkać w Kampinosie? (dla niewtajemniczonych wyjaśniam, ze nie jest to słowo niecenzuralne tylko puszcza koło Warszawy). Wyprawa odbywała się pod hasłem, ze jedziemy do Dziadka i jego panny ( w domyśle przyjaciółki), co tez wzbudziło ogólna wesołość. Jazda była przykra ...jak to w piątek po południu. Co chwila wyścigi krabów (czyli jedna superszybka ciężarówka wyprzedza drugą superszybką ciężarówkę z prędkością 75 km na godz. – blokując oczywiście szybki pas ruchu). Jeszcze tylko końcówka drogi, która pokonałam przy pomocy ściągi przygotowanej przez Czesława, a odczytywanej przez młodego Młodego, który się gubił przy czytaniu i cały czas zaczynał od początku. Co z kolei gubiło mnie, bo przecież niektóre punkty wymienione przez Czesława już minęliśmy (zwłaszcza Siewierz, od którego zaczynała się ściąga). I tu dygresja....miałam trochę żalu do Czesława z Katowic, że trzymał nas w napięciu od Siewierza, bo to 28 km, ale niech tam ...przynajmniej nam się trasa utrwaliła. Na szczęście (wracając do zasadniczego wątku), zatrzymałam się na światłach, gdzie ściągę przejął stary Młody i on już dopilotował nas szczęśliwie do końca. A Sister, który nie miał takiego wsparcia zabłądził...hihihih...bo i ściągę karnie wydrukował i zostawił w biurze. Bardzo rozsądnie. To tak jak ja, zawsze przed dłuższą podróżą w Polskę przygotowuję atlas drogowy, po czym regularnie zostawiam go na stole w kuchni, a potem na Mazury jadę przez wschodnia granicę... Znowu mnie dygresje od zasadniczego wątku odwlokły. W każdym razie droga wykończyła mnie nerwowo i wyczerpałam porcję bluzgów na następny tydzień, albo i dwa. I tu znowu dygresja. Tym razem dla Przedwieczornego, który prawdopodobnie wypisał się z mojego fanclubu ze względów obyczajowo-językowych. Otóż nasze życie nie wygląda tak „O k...a, matka, aleś wyjeb..a żarło w dechę...się nawpier....łem i k...a., ręką ani ch..m ruszyć nie mogę.” Są czasem sytuacje, albo dowcipy sytuacyjne, kiedy się tzw. wyrazów używa i nikogo to nie razi. Wiadomo, ze jak Młody ma otrzymać od babci czapeczkę z daszkiem i klapeczkami na uszy w kolorze srebrnym z błyszczącego plastiku, a czapeczka ta mu się nie podoba, to pasuje bardzo, jak powie, że czapeczka jest wyjebana w kosmos... niż gdyby powiedział : babciu moja droga, dzisiejsza młodzież takich czapeczek nie nosi, bo są nieładne i niemodne. Koniec dygresji. Ale wreszcie dotarliśmy, Sister, ku mojemu zaskoczeniu nawet się trzymał dziarsko, do czasu kiedy oczka mu zaczęły robić klap klap i wyraźnie poddawały się (zwłaszcza powieki) prawu grawitacji...pytam więc: zmęczona jesteś? Na co Sister dziarskim głosem „nie ! nie jestem” czemu przeczyły oczka, które znowu zrobiły klap....klap...Oczka klap, i paluszki klap klap po komórce, która wydawała się nieodłącznym elementem Sistera. Począwszy od wczesnego (jak na sobotę czy niedzielę ) świtu, czyli gdzieś tak od 7.15, aż do późnej nocy cos stukało w klawisze komórki. W związku z tym Sister od Czesława otrzymał dwie ksywki (przepraszam, jeśli słowo ksywka jest brzydkim wyrazem): Dzięcioł i niewolnica Izaura (uzależniona od klapania). Spaliśmy we troje w jednym pokoju (młodzi osobno) i w ciszy poranka słychać było tylko : tyk tyk tyk tyk i bzzzzyt i tyk tyk tyk tyk i bzzzzzyyyt..., co nas zrywało z kanapy (to ja) i z dymaka (to Czesław) o wczesnej porze niestety. Następnym razem Tatko zarządzi rekwirację komórek wieczorem i zwrot ich następnego dnia. Coby od rana cóś nie klapało po klawiszach. No i jeszcze patologiczna propozycja: czego się napijecie? Piwa czy wina? I odzew wódki też.... Picie było, jedzenie było (w ilości niemożliwej do przejedzenia) tylko spacerów nie było, bo padało...No i śmiesznie było, jak zazwyczaj. Przewidywana jest rewizyta Czesława z Katowic i jego panny. Powrót był prawdziwa przyjemnością i okazuje się, że yaris lubi jeździć 160/godz, a nie powinien.... No i jeszcze rodzinna anegdotka z czasów, kiedy stary Młody dopiero zaczynał klecić pierwsze zdania. Spał ze mną i Sisterem w jednym pokoju i powinien w zasadzie spać....ale trudny był (jak już pisałam ) do usypiania i byle co go wytrącało z cyklu zasypiania. Coś stuknęło i można było usłyszeć dziecinny głosik „ciuś śpadniło???” Na to Sister cierpliwie, nie nic...ciiiichutko, spij już. „Ale ciuś śpadniło” upierał się Młody (jeszcze wtedy jedyny), nieee , nic, spij już...Minęło jakieś 5 minut, Młody wyrównał oddech, wydawało się, że zasnął ...zrobiła się całkiem cicho i w ciszy tej zabrzmiało energiczne i wcale nie senne: „A jednak ciuś śpadniło!!!” Weszło to na stałe do języka rodzinnego: a jednak ciuś śpadniło...
2004-03-22 14:30:48
dziś o dzieciach...niekoniecznie własnych...
Przypomniało mi się pewne śmieszne zdarzenie z przeszłości, które nie dotyczy moich dzieci, ale dziecka z rodziny. Rodzina z aspiracjami miejskimi , mieszkająca na wsi chowała sobie dziecko, ściślej chłopca. Chłopiec ten był zupełnie normalny, aczkolwiek jego wizerunek sprzedawany przez jego własną mamusię odbiegał nieco od stanu faktycznego. Kiedyś, będąc tam z wizyta braliśmy udział w dyskusji na temat wpływu rodziców na dzieci i wychowania dzieci. Dowiedzieliśmy się wtedy, ze chłopiec, o którym mowa powyżej ma charakter niemal anielski. Jest to młody geniusz, który wprawki na pianinie ceni sobie bardziej niż jakieś głupie gonitwy z chłopakami na podwórku. Chłopiec domator, grzeczny, cichy i ułożony. Kontakty z tą właśnie rodziną mieliśmy dosyć ograniczone i raczej rzadkie, więc nie mieliśmy powodów, żeby wątpić w prawdziwość przedstawionego wizerunku. Na to wpadł do domu bohater opowieści w charakterze ognipióra. Czerwony na twarzy, spocony, zakurzony i zziajany. Wpadł kurcgalopkiem do mieszkania i przebierając nogami wysapał...gram z chłopakami w nogę... Mogę jeszcze pograć? Mogę? Mogę? Ależ synku...pianino...poćwiczyć miałeś – odpowiedziała zmieszana mamusia. Nie chcę! Nie cierpię pianina! Ja chcę z chłopakami w nogę grać!!!! I młody, zdolny gieniuś poleciał ciąć w piłę z chłopakami ... Zresztą z tym samym chłopcem jest związana jeszcze jedna anegdotka rodzinna. Często opiekowała się nim babcia, która opowiadała mu przedziwne historie i okazywała czasami irracjonalne leki związane z jego osobą. Kiedy miał 3 latka babcia często lamentowała: ojeju mój jeju, co ja zrobię, jak Cię synciu do wojska wezmą? Syncio się chyba tez przejął i kiedy zdarzyła mu się rzadka choroba strasznie się rozpłakał. Babcia zaczęła go wypytywać, czy go brzuszek boli, czy co się dzieje, a syncio wychlipał: i jak mnie teraz ze sracką do wojska wezmą????? No to lecimy po dzieciach. Cudzych oczywiście. Następna historia wiąże się z naszą śląską rodziną. Nasze nieliczne spotkania (kiedyś tak było), niezależnie od powodu dla którego się spotkaliśmy, były zawsze bardzo wesołe. Podczas takiego spotkania nasz wujek opowiedział historię, jak musiał zaopiekować się pewnym małym chłopczykiem, (zresztą jest w końcu dziadkiem tego malucha). Chłopczyk miał z dziadkiem rzadki kontakt, znali się raczej słabo, więc zostawiony sam na sam z dziadkiem chłopczyk ryknął płaczem. Dziadek go wziął na przeczekanie, mając nadzieję, ze chłopczyk zmęczony płaczem zaśnie i będzie święty spokój. Chłopczyk uparcie stał w łóżeczku i zanosił się od płaczu. W pewnym momencie jakby nawet zaczął się uspakajać i przysypiać (na stojąco!!!!), ale wtedy ugięły mu się kolanka i się obudził no i awantura od nowa. Dziadek-wujek wpadł więc na genialny (z punktu widzenia faceta) pomysł. Włożył ręce przez szczebelki do łóżeczka i trzymał małemu kolanka, żeby się nie składały. Pomysł poskutkował i mały zasnął. A propos opieki, to mój własny stary Młody, kiedy był jeszcze jedynym Młodym, podczas wizyty u moich rodziców został im wrzucony na tapczan (wieczorem) pod opiekę, na czas mojej kąpieli. Wszystko było dobrze do momentu, kiedy Młody zażądał kategorycznie: „Komazienki” !!!! Ale co? Dopytywała się moja Mamcia...Chcesz iść do łazienki? Nie! Zabrzmiało jeszcze bardziej zdecydowanie ..KO-MA-ZIEN-KI! Kiedy mały już był bliski płaczu, z powodu niezrozumienia przez dziadków jego podstawowych potrzeb życiowych, udzieliłam szybciutko Mamci instrukcji przez drzwi: macie mu zaśpiewać kołysankę „idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd” – komazienki- to przecież proste? No i jeszcze tradycyjnie cos o Sisterze...może tez jak był mały? Juz wiem, byłam kiedyś zuchem, potem harcerką, a Mamcia podrzucala mi ciagle pod opiekę małą Mła. Co było dosyć uciążliwe. No i Sister podreptał ze mna na zbiórkę, która skończyła się podchodami. Podchody, zwłaszcza w lesie, charakteryzuja się tym, że jedna ekipa drugiej ekipie zostawia ślady. A druga ekipa te ślady rozpoznaje i podąża za nimi. Sister podsumował to tak relacjonujac rodzicom: i chodziliśmy po wskazówkach...
2004-03-23 16:19:57
cicer cum caulae
Dziś trochę o wszystkim...Najpierw zacytuję znanego malarza, Franciszka Starowieyskiego, który w programie Kuby Wojewódzkiego powiedział: Cyc nie chuj stać nie musi...czym zaskarbił sobie moją dozgonna sympatię.. i pewnie jeszcze całej rzeszy kobiet co to im biust nie stoi:-). A inny miłośnik kobiecych wdzięków, ale już nie słynny, powiedział kiedyś, że duży biust to marnotrawstwo...Bo po co ma być go więcej niż się w ustach mieści??? Usłyszałam niezłą historyjkę z życia wziętą, pasuje do tematu już ruszonego, o cudzoziemcach skośnookich. Taki właśnie Wietnamczyk próbował załatwić przelew w banku, ale nie można było tego zrobić (z jakichś względów formalnych), a próbowała mu to wytłumaczyć pracownica banku. Grzecznie przedstawiała i wyjaśniała powody, dla których operacja jest niemożliwa do zrealizowania....Po jej bardzo długich wywodach Wietnamczyk popatrzył na jej identyfikator i powiedział kręcąc z dezaprobatą głową: niedobla Anna Grana, niedobla... (nazwisko i mię oczywiście zmienione). Bardzo rozbawił mnie widok panów policjantów zazwyczaj pilnujących ambasad na Pięknej. Otóż maja na głowach piękne hełmy...W obliczu niespodziewanego i podstępnego ataku terrorystów, na pewno bardzo się przydadzą:-)) (hełmy, a nie policjanci). Wyobraziłam sobie scenkę, jak jedziemy samochodem z Młodym (co rano do pracy) i mamy na głowach hełmy...na pewno w pełni by nas to uchroniło przed atakiem terrorystycznym....Sister to przynajmniej torebkę ma...już jak ją podniesie, to na pewno się nią obroni i niech niebiosa maja w opiece tego, który miałby przekonać się o jej sile rażenia (ostatnio miała tam radio samochodowe) Podobno cały ten szum związany jest z tym, że przy jakichś Pakistańczykach znaleziono adres ambasady (ich) i opisaną drogę na lotnisko... Piszę podobno, bo to wiadomość niesprawdzona. Zresztą nie mam pamięci do faktów...Ale jeśli ktoś jest w obcym sobie kraju, to to są chyba podstawowe informacje, które powinien mieć? Dość w koło rodzimych złoczyńców, żeby jeszcze się zajmować jakimiś terrorystami niedoważonymi....Akurat nas by atakować mieli...A ja widziałam na własne oczy napad i był to fakt tak zaskakujący, ze dopiero jak złodziej uciekał, to zorientowałam się o co chodzi. Jechałam samochodem trzypasmową jezdnią. A w zasadzie stałam na czerwonych światłach, jako trzeci albo czwarty samochód. I zobaczyłam jak do pierwszego samochodu wolnym krokiem podchodzi człowiek, wali cegła w szybę (dwukrotnie) wyciąga torebkę i ucieka.. Dopiero jak zbiegł z jezdni dotarło do mnie, co widziałam....Całkowite zaskoczenie. Wszyscy byliśmy zaskoczeni, nikt nie ruszył się nawet z samochodu. Byłam tez niedoszłą ofiarą kieszonkowca pociągowego i gdyby nie jego głupota pewnie by mu się udało mnie obrobić...A wyglądało to tak: Czekałam na pociąg w Gdańsku-Oliwie chyba. Jechałam z koleżanka, więc oprócz nas nie było na peronie nikogo (pociąg był dalekobieżny). Wsiadałam do wagonu i nagle poczułam, że ktoś mi wisi na plecach. Nienawidzę jak ktoś zupełnie mi obcy zbytnio się do mnie zbliża, więc stanęłam w korytarzu, żeby odwrócić się i obrzucić głupka nachalnego znacząco-karcącym spojrzeniem, a głupek jakoś tak uciekł ze wzrokiem i wysyczał no idź stara k....o dalej! O rzesz ty!!! Ja? Niby dlaczego? Ja? Stara? I wtedy cos mnie tknęło, zobaczyłam, ze mam otwarta torebkę, wiec spokojnie odpowiedziałam, że pójdę, jak mi odda, to, co mi z torebki wyciągnął...i nadal stoję okoniem...facet się spłoszył i zawstydzony wyszeptał, ze nie zdążył nic wyciągnąć, co zaraz oczywiście sprawdziłam. No i rzeczywiście nie zdążył...i gdyby zachował się bardziej kulturalnie (np. nie użył słowa „stara”) na pewno by mu się udało. Jak tylko dotarłam do przedziału i zostawiłam rzeczy pod opieka koleżanki chciałam zawiadomić konduktora o incydencie, ale nie było sensu, bo kieszonkowiec się błyskawicznie stlenił.. I jeszcze historyjka o ignorowaniu nachalnych kierowców. Moja koleżanka zdobyła prawo jazdy. Jej mama dokupiła jej jazdy u kierowcy rajdowego, który uczył ją takich podstawowych działań, jak ignorowanie kogoś, kto jadąc za tobą lewym pasem daje ci znaki świetlne i dźwiękowe żebyś ustąpił. Tego nauczył ją bardzo skutecznie. Pewnego razu jechała sobie moja koleżanka, kiedy za nią ktoś zaczął mrugać światłami, za jakiś czas potrąbywał od czasu do czasu, a moja koleżanka , zgodnie z wpojonymi jej zasadami, ignorowała te zjawiska totalnie. Trochę jednak zaczęła się niepokoić, bo oddalała się od centrum, a zbliżała do swojego osiedla, a facet uparcie trzymał się jej zadka, cały czas święcąc i trąbiąc. Wreszcie zatrzymała się pod domem i z drżącym sercem wysiadła z samochodu. Na to dopadł do niej kierowca z ścigającego ją samochodu i powiedział „ale pani uparta! teczkę z dokumentami pani zgubiła, całą Warszawę za panią przejechałem” No to jeszcze dowcip a propos, żeby jakimś optymistycznym akcentem zakończyć: idzie kobieta ciemna ulicą i słyszy kroki za sobą, idzie szybciej, kroki szybciej, zaczęła biec, kroki za nią, obejrzała się, zobaczyła faceta, przeraziła się i zatrzymała w miejscu. Rzuciła torebkę na ziemię i prosi faceta: weź pieniądze tylko nie gwałć...Na to facet: sama się gwałć głupia babo, ja się na autobus spieszę...
2004-03-25 12:28:08
trochę na poważnie ale na pewno na smutno....
A dziś wyjątkowo będzie na poważnie. Bo i temat poważny. Całkiem niedawno zgłosił się do mnie (na Sympatii) dziennikarz, który chciał zrobić program na temat niebezpieczeństw, które niesie ze sobą internet i uczestnictwo w takich portalach jak Sympatia. Chodziło mu o to, ze w sieci jest wielu facetów, którzy kreują swój wizerunek odmienny od tego w rzeczywistości, że korzystają z naiwności kobiet i ich tęsknoty do wielkiej miłości i pięknego związku, a potem te kobiety oszukują, okradają i to jest strasznie be. Odpisałam mu, zgodnie zresztą z prawdą, że ja mam same dobre doświadczenia, że poznałam masę fajnych ludzi, z którymi przyjaźnię się w realu, że rozmawiając w sieci można się dobrze poznać, że można komunikować się mailowo, gadulcowo, i że to w gruncie rzeczy niczemu nie zagraża. Jestem osobą raczej skrytą i preferuję formę pisemną, żeby ewentualnie przejść do dalszych etapów, wtedy, kiedy dobrze człowieka poznam. Z tych pisemnych treści potrafię naprawdę dużo wyczytać no i krętacza łatwo rozpoznam. Natomiast kobiety są oszukiwane nie tylko w sieci, więc nie jest to miejsce, które stwarzałoby jakieś specjalne ku temu warunki. Jeśli jakaś daje się omotać, to raczej na własne życzenie. A oszustów w końcu wszędzie jest pełno. W takim mniej więcej stylu odpisałam panu dziennikarzowi i byłam wielce z siebie dumna, że tak ładnie obroniłam swoje stanowisko i punkt widzenia w sprawie mojego ulubionego netu. No i wyobraźcie sobie drodzy czytacze tego bloga, że w bardzo krótkim czasie poznałam bardzo miłych facetów, elokwentnych, inteligentnych i oczywiście sympatycznych. Nie w jednym czasie, ale w dosyć krótkim jego odstępie. I w pierwszym i w drugim przypadku doszliśmy do etapu smsowego, prowadzonego całkiem normalnie, interesująco i zapowiadającego ciąg dalszy jakże miłej znajomości. Wypytaliśmy się nawzajem oczywiście o aktualny status, wymagania jakieś co do potencjalnego partnera, o to co lubimy a czego nie... W sumie zupełnie normalne i spokojne kontakty. W pierwszym przypadku po dwóch dniach smsów (a było ich ok 60 w jedna stronę) zapadła nagle cisza. Bez żadnej różnicy zdań, bez niczego, co mogłoby spowodować urazę, czy obrazę...Po prostu nic i koniec. Sprawdziłam tylko telefonicznie, że facet żyje (już nie ujawniając swojej tożsamości) i pomyślałam ...trudno. Cos widocznie było nie tak. Miło spotkać kogoś, z kim dialog smsowy może być tak interesujący, i być może ciąg dalszy byłby jeszcze bardziej fascynujący, ale trudno, w końcu świat się na tym ani nie kończy, ani nie zaczyna. Niedługo potem baaardzo miły, ciepły list na Sympatii, od inteligentnego rozmówcy (to już kolejny przypadek), wyróżniający się in plus wśród innych wiadomości, które dostaję. I w tym przypadku nie ja byłam inicjatorką kontaktu. I obiecujący ciąg dalszy, maile, już nie przez Sympatię, i kolejny etap: smsy. W spokojnym tempie, etap miły, chociaż w pewnym momencie, lekko zeźlona brakiem ciągu dalszego rzuciłam jakąś uszczypliwą uwagę, że możemy wcale nie rozmawiać, ale chyba lepiej się o tym nawzajem uprzedzić. I dostałam odpowiedź uspakajającą, że to nawał tego i owego itd, , na co ja grzecznie przeprosiłam za uszczypliwość , ale wyjaśniłam, że spotkała mnie przykrość ze strony nieSympatycznego faceta. Powinnam wtedy zastanowić się, ze normalnie reagujący człowiek zareagowałby ciekawością, wypytałby, o jaką przykrość chodzi...ale nie zwróciłam na to uwagi, a nasz kontakt zaczął rozwijać się pozytywnie. A powinnam chyba dodać, że raczej nie zasypuję swoich rozmówców smsami, że gadam normalnie czyli raczej przestrzegam porządku jeden na jeden :-). I wczoraj wieczorem dostałam informację, ze smsowanie budzi w moim rozmówcy dyskomfort. Tego właśnie słowa użył...dyskomfort. Nie zrozumiałam czy był to dyskomfort psychiczny, fizyczny czy może uczuciowy...Dokładnie tak tez odpisałam, że nie rozumiem, ale, że nie ma przymusu i już. Zbieżność tych wszystkich przypadków jest dla mnie tyleż widoczna co zastanawiająca. A ponieważ dziś jeszcze moja Sympatyczna koleżanka opisała mi podobną sytuację, tzn. dosyć ładnie rozwijający się kontakt, z umówioną wizytą w realu przerwany nagle absurdalnymi zarzutami i bezsensownym obrażaniem wręcz mojej koleżanki, pomyślałam sobie, że jednak chyba istnieje jakiś wspólny mianownik tych wszystkich sytuacji. Tym bardziej, że opowiedziała mi dokładnie ostatni przypadek, ale wcześniej tez podobne jej się zdarzały. Czyżby ktoś chciał udowodnić, ze jednak można sprawić drugiej osobie przykrość, ze można dostać po łapach za otwartość, szczerość i prawdomówność? Jeśli tak, to dlaczego? Ja nie robię nikomu krzywdy, nie udaję, że jestem kim innym niż jestem, i staram się ograniczać kontakty, jeśli ktoś mi nie pasuje. W jednym z pierwszych blogów napisałam o moich preferencjach co do kontaktów (głównie formy pisemne) i tego w życiu się trzymam. Wiem, że mój blog jest czytany, więc po pierwsze chętnie posłucham komentarzy i opinii na ten temat i poznam podobne przypadki. Po drugie niniejszym informuję, ze jeśli zdarzy mi się taki trzeci przypadek umieszczę go w blogu i podam nicki trzech bohaterów tych akcji do wiadomości czytaczy. Łącznie z kopiami korespondencji, żeby można było ocenić, czy ja sobie cos wymyśliłam, czy nie...
2004-03-26 17:26:56
necik w domu
No i...(zauważyłam, że często tekst zaczynam od no, zwłaszcza w smsach, bo słownik podpowiada on i muszę zmieniać) mam neta w domu. I spokojnie sobie mogę bloga pisać. Chciałam tylko zakomunikować, ze psy szczekaja, karawana idzie dalej, a koty śpia tuz obok. Czekają az pościelę wyreczko, coby mnie obciązyć z obu stron. Idzie im to nieźle, bo nie wiem, czy wiecie, ale kot układający się na człowieku waży tak co najmniej 5 razy więcej. Na razie niby śpią ale kontrolują i pewnie się zastanawiają co ja robię w burowisku Młodego? I jak tylko ruszę w kierunku swojego pokoju, a w dodatku poscielę leże popedzą za mna. A u Młodego centralnym sprzętem (oprócz sprzętu grającego czyli 2 gramofony + mixer) jest komputer. A taki komputer podłaczony do sieci, to już sprzęt z duszą. Fanclub mnie męczy o bloga, ale tak jakoś bez werwy, to i zapału nie mam...nawet tematu mi nie chciały łobuzy podrzucić...a wenę trzeba podlewac, bo uschnie. Uschnie...cos mi się przypomina...z bardzo odległych czasów, kiedy jeszcze nauki pobierałam w szkole średniej i kiedy byłam nazywana przez koleżanki Lucyanem..albo Luckiem, szlag wie dlaczego...Otóż wtedy lubiłysmy z kolezankami z klasy występowac publicznie, chociaż talentów nie miałysmy żadnych. No ale miałaysmy dobre chęci...OOOO jest i dygresja...bardzo proszę. Kiedys ćwiczyłyśmy na boisku szkolnym i pojawił się tuz za ogrodzeniem zboczeniec exhibicjonista...Juz miałysmy zareagować klasycznie, co by sprawiło wielka radość obnazonemu, kiedy jedna z nas (nie ja!!!) złamała konwencję. Zaczęła wysmiewać pacana, który miał nadzieję na jakies przyjemności strasząc nie wiadomo czym niepełnoletnie jeszcze wtedy papienki. Wystarczył sygnał do ataku i w stronę biednego (a jak!) zboczeńca poelciały stare trampki, i inne tam zalegajace nikomu niepotrzebne przedmioty, a także głośne komentarze na temat tego, co światu okazał. Długo to nie trwało, galoty podciagnął i spieprzał ile sił w nogach. Chyba się biedaczek nie spodziewał takiej reakcji po grzecznych z pozoru panienkach. Eeech...no i proszę...dygresja nr 2. Tyma razem jeszcze z czasów szkoły podstawowej, gdzie pozornie byłam grzeczną panienieczką, a tak naprawdę pomysły miałam iście diabelskie. Jednym z nich była wyprawa ławką (siedziałyśmy z kolezanką w pierwszej) pod tablicę, plucie na tęże tablicę i odwrót...a wszystko podczas lekcji. Ale to był pikuś...Udało nam się ( z ta samą kolezanką) rozbić głowę koledze...Bo nas wkurzył, podniósł się z ławki, przechylił do przodu, żeby bliżej cos tam widzieć, a na nas wystawił zadek...Decyzja była natychmiastowa...Jedna z nas pociagnęła go za pasek, druga odsunęła krzesło...Dżizus...chyba nawet obiżony stopień ze sprawowania był...a koledze przybyło na głowie 10 nowych elementów w postaci szwów. Najlepsza była reakcja wychowawczyni, która wezwana wpadła do klasy. Jeden z naszych łobuzujących kolegów postanowił szybciutko poinformowac panią, co zbroiłyśmy i nie zdążył się nawet rozkrecić, kiedy usłyszał: "ty to zawsze Kowalski, na moment Cię z oka spuścic nie mozna...zawsze się wyrywasz do niewiadomo czego...." A nam jakoś odpuściła.... Ale wracam do LO..I do naszych ciagot artystycznych. Szukałyśmy publiki tyleż wdzięcznej co mało wymagającej i znalazłysmy. Co roku, tradycyjnie wystawiałyśmy przedstawienie w domu dziecka. My miałayśmy radochę, a dzieciom i tak się podobało. Jedno przedtawienie było wybitne. Była to bajka o latającym młynie i jedynym zywym, normalnym człowiekiem wystawionym przed publikę byłam ja w charakterze narratora. Resztę stanowiły kukiełki obsługiwane przez moje kolezanki i dekoracja przygotowana z ogromnym zacięciem. Niestety nie miałysmy zadnego męskiego głosu (szkoła koedukacyjna, ale klasa żeńska... tak wyszło, więc męskie kewstie puszczałam z magnetofonu ZK cos tam coś tam. (szpulowy, jakby kto nie wiedział). Szło nam nawet nieźle, do momentu, kiedy na męską kwestię puszczoną z magnetofonu usłyszałam zduszony chichot...który zapoczatkował totalną głupawkę. Moje madre kolezanki były schowane za dekoracjami, a ja musiałam świecić oczami przed publiką. Cóz się okazało? Moja psiapsiuła (twórczynu dekoracji), miotając się za kulisami zgasiła światło...Miałyśmy w końcu jednak tremę...było nie było występ publiczny...i chcichotu nie dało się opanować. Nie pozostało mi nic innego, jak przepuścic parę męskich kwestii, które pozostały bez odpowiedzi, troszke tam coś pościemniałam i koleżanki w końcu się opanowały. Kiedy już wydawało się, że sytuacja jest opanowana, podniosła się kurtyna odsłaniając ostatnią scenę...A była to uczta weselna. Dekoracja była prosta i niewyszukana. Cały suto zastawiony stół był sporzadzony z brystolu, wycięte tam były talerze z owocami, torty, butelki i kieliszki. Pod wpływem ciepła wszystkie te piękne elementy zwiesiły się do przodu, cały stół jakby zwiądł. Buteli smetnie wisiały, zresztą nie tylko butelki, one akurat najbardziej wystawały....Nie wiem, jak wytrwałysmy do końca...ale do dnia dzisiejszego pamietam tę totalną głupawkę....A teraz muszę kończyć, bo Młody wkroczył do pokoju i próbuje przegnać mnie hałasem, więc kończę zanim postawi na nogi pół osiedla...Już czuję, że będzie bitwa o dostęp do netu...Dziś się wycofuję...
2004-03-29 22:29:34
festina lente... aaa...nie wiem...może lentae..?
Hm...walka o dostęp do netu w pełnym rozkwicie. Tzn., ja udaję obojętność, czekałam tylko 3 godziny, a po głowie plącze mi się kolejny odcinek bloga. W dodatku gra mi tu cos głośno, czego nie umiem wyłaczyć...i nie jest to Abba. Ha..poleciał mi kolejny link do przeszłości. Mamcia, która chciała być zawsze młodzieżówą, na wszelkie występujące w tv duety, tercety , chóry i inne...niezaleznie od gatunku muzyki, ilości i płci wystepujacych wokalistów zawsze nas pytała: czy to Abba??? Trzeba przyznać uczciwie, że czasem jej się udawało trafić, jako, że Abba w tamtych czasach była niezmiernie popularna. No ale do ad remu.. Tytuł dzisiejszego bloga dedykuję dobremu znajomemu, który czyta bloga i wie o kogo chodzi (o co też). Mam przemyślenia po opowiesci koleżanki, która jechała samochodem z mężem, w ostatni weekend. Jeżdżą sobie niezłym samochodem, parę razy jeździłam z nimi, mąż koleżanki szaleńcem nie jest. Tytułem wstępu. Wyprzedzali jakieś truchło na obwodnicy chyba i truchło korzystając z okazji wyprzedziło ich także...blokując kompletnie. Jechali cierpliwie, ale ile mozna za ciężarówką i truchłem? Jednakowoż truchło zdecydowało się wyprzedzić ciężarówkę, więc mąż koleżanki postanowił manewr przeprowadzić w ślad za truchłem. Ale kierowca okazał się wyjątkowo złośliwy i wyprzedzał ciężarówkę 60/h, kiedy wreszcie zgrabnie manewr zakończył (nagłym zrywem i susem przed ciężarówkę) okazało sie, ze moi znajomi zostali wystawieni...tzn znaleźli się naprzeciwko dość szybko jadącego tira. Mąż okazał dużą przytomność umysłu i zjechał na lewą stronę (na szczęście się dało), ale moja koleżanka twierdziła, że nie zdążyła się nawet pomodlić...I pytanie dlaczego? jak można z premedytacja robić takie rzeczy? A wiem, że mozna. Sama byłam w nieco innej sytuacji, zresztą na pewno każdy z nas kiedyś to przerabiał. Jechałam sobie gdzies tam przez Polskę i niszczęśliwie się złozyło, że przede mną były dwie ciężarówki (nieszczęśliwie, bo nie lubię wyprzedzać), a droga była kręta i przez 20 minut, mimo wielu usilnych prób nie udało mi się wyprzedzić nawet kawałka samochodu. Wreszcie widząc spory kawałek pustej drogi zdecydowałam się na manewr. Mój samochód miał wtedy silnik 1,3 i kiepskie przyspiesznie, więc kiedy na wysokości przodu drugiej ciężarówki zobaczyłam pędzące z naprzeciwka cóś postanowiłam wjechać między ciężarówki. I co zrobił pan kierowca? Przyśpieszył zgrabnie zmniejszając odległość między sobą i poprzednikiem do (nie przesadzam ) metra. Nie wiem jakim cudem (anioły opiekuńcze) udało mi się wyhamować i wrócć za ciężarówkę. I poczułam wtedy nie złość, nie wściekłość, tylko ogromny żal, że ktoś, nawet mnie nie widząc, nie znając postanowił sobie taki dowcip zrobić. Baba jestem, to się popłakałam, ze stresu, z rozczarowania, z niedowierzania.... Nie komentuję tego, dodam tylko tyle, ze trafł mi się już też kierowca ciężarówki debil, który wręcz mnie wystawił. Dał znać kierunkowskazem (wiadomo- droga wolna), że mogę wyprzedzać i jak się wychyliłam zza niego okazało się, że była to tylko podpucha, bo z naprzeciwka coś jechało i nie pojawiło się znienacka jak ufo...Świetna zabawa, doprawdy świetna. Nic tak nie wyzwala we mnie negatywnych emocji jak jazda samochodem...Na szczęście rano, kiedy jadę do pracy, ruch jest niewielki, a komentarze Młodego rozładowują atmosferkę: hasło z dnia dziejszego : "idź na frytki fuju brzydki", albo tak juz nie a propos "fuj wielki i szelki". nie wiem skąd on to bierze ale nieodmiennie mnie to śmieszy. Wracając do wątku samochodowego, to jechałam kiedyś wieczorem z przyjaciółmi od pubu do pubu, było nas chyba 5 w moim nie za dużym autku, i kiedy staliśmy na rondzie przy rotundzie okazało się, że samochodem tuż obok jedzie artysta Wodecki. Korzystając z czerownego światła rzucilismy się wszyscy na jedną stronę popodziwiać artystę, który...akurat dłubał w nosie. Zauważył akurat ruch jakiś i zaczął odwracać głowe w naszym kierunku, a my jak na komendę usiedlismy wszysycy na bacznośc z głowami skierowanymi do przodu. Dostaliśmy wszyscy ataku śmiechu, artysta nas obejrzał, nie przerywając własnie dokonywanego zabiegu higienicznego i swiatła się zmieniły i skończył się nasz krótki acz tresciwy kontakt prawie bezpośredni ze sławnym człowiekiem. No i jeszcze coś o samochodzie i Sisterze jednoczesnie...co tam, jak ją znam, to skomentuje i coś dołozy, więc o jej wyczynach i dachowaniu i prawie czołowym pisac nie będę... Byłyśmy u Mamci, ja wtedy miałam samochód chyba słuzbowy do dyspozycji. Opla. Oprócz własnego, taki luksus... A park maszynowy własny miałyśmy z Sisterem identyczny, czyli było to Renault...No i przeszła siakaś burza z piorunami i wyszłysmy do samochodów, coby się do domów rozjechac, a mój samochód nic...0 reakcji...Ściagnęłysmy Czesława z Katowic (który jeszcze wtedy był z Warszawy) jako autorytet. I Czesław tez nie pomógł...no szlag trafił i czarna magia. Sister zewezwał zaprzyjaźnionego asistansa i asistans poprosił o kluczyki do samochodu. Popatrzył na nie i powiedział: "ale te są do opla"...No i juz ...wielkie mi co, kazdemu się mogło zdażyc...Kazał mi tylko naściemniać (bo musiał uzasadnienie wezwania napisać), że coś tam z powodu burzy się przestawiło i już...
2004-03-31 00:33:36


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home