Maju...Maju... cóż zobaczymy dziś
lost highway (nie mylić z lost poppy)...2004-05-05 10:08:10
Wyjazd do Piwnicznej wreszcie doszedł do skutku (mój i Sistera) chociaż wydało się, że nie wyjedziemy. W ostatniej chwili okazało się, że ja mam wolne w piątek, ale Sister musiał pracować, a na dokładkę pan od przeglądu technicznego samochodu nakazał kategorycznie naprawę hamulców. Cóż hamulce to priorytet....więc samochód stanął w warsztacie. Organizacyjne kłopoty miałyśmy, bo Sister pracuje na Mokotowie, a ja na północy mieszkam, wymyśliłyśmy, że nie ma sensu , żeby powracać z Mokotowa do mnie i stamtąd przebijać się znowu na południe (piątek! piątek!), i że tobołki dowiozę w czwartek, a w piątek dojadę sama komunikacją miejską. ...Dlatego też spakowałam się już w czwartek, wzięłam młodego Młodego do pomocy i pojechałam ze swoimi tobołami do Sistera i już koło godziny 23 byłam u niej. Pakowanie tobołów do bagażnika przebiegło sprawnie pominąwszy fakt, że Sister wyszedł z domu w szlafroku i że młody zatrzasnął walizkę, którą wydobyliśmy z bagażnika , i w która Sister się miał zapakować. Stanowiliśmy wdzięczną grupkę malowniczo usytuowaną na środku chodnika, pod latarnią: ja w fioletowych spodniach od dresu (wszystko spakowałam, a dżinsy na wyjazd schły na balkonie), Sister w szlafroku, a młody w miarę normalnie wyglądał, tylko podejrzanie.....bo walczył z zamkniętą walizką. Tu musi nastąpić dygresja....Parę dobrych lat temu, stary Młody zaintrygowany mechanizmem kodującym walizę Sistera (to była inna waliza), przestawił ten kod, ale nie wiedział na jaki, po czym walizę zamknął. No i czarna rozpacz ...trzycyfrowy kod, x kombinacji...Wściekły Sister....Zmotywowana chęcią poprawienia psoty Młodego wytężyłam cała intuicję i udało mi się jakimś cudem trafić w kod i walizę otworzyć....Koniec dygresji...Tym razem okazało się, że waliza wróciła z naprawy i kodu nie miała...a raczej miała: 000.
W dzień wyjazdu udało się samochód naprawiony odebrać i ruszyłyśmy z kopyta...do pierwszego korka, który ciągnął się aż do Janek. Możliwością szybkiej jazdy cieszyłyśmy się aż przez 30 km...albowiem okazało się, że katowicką pogina konwój samochodów policyjnych...z prędkością 80 km na godzinę,. Wszystkich, którzy martwili się o nasze bezpieczeństwo uprzejmie informuję, ze z bezpieczną prędkością jechałyśmy jakieś 180 km. Nie było łatwo...perspektywa szybszej jazdy była na wyciagnięcie ręki... dzieliła nas od niej jedna niewielka furgonetka policyjna....nie do przekroczenia. Wspomagając się mapą (ja) postanowiłyśmy wyprzedzić (Sister) konwój boczna drogą, która okazała się pusta acz wyboista...a raczej dziurawa...co spowodowało, że wróciłyśmy na katowicką na pozycję dużo dalszą za konwojem, niż miałyśmy wcześniej. Na szczęście policja też musi czasem siku...i w którymś momencie konwój zjechał na jakąś stację, i dobrze, bo wydawało nam się, że pociągną aż do Częstochowy a może nawet i do Katowic. Przyznam się tu szczerze, że zgrzeszyłyśmy po raz przedostatni w McDonaldsie w Częstochowie wysokokalorycznym fastfwódem, który częściowo (kolka lajt) rozpełzł się pod moimi stopami, co spowodowało, że nieźle się przytwierdziłam do gumowego chodniczka pod stopami. Potem już właściwie poszło nam z górki, wyłączywszy jebaka leśnego w kangurze (renault kangoo), którego Sister wyprzedził elegancko prawym pasem (bo kangur snuł się lewym w sposób raczej nieskoordynowany, a na pewno zbyt wolny jak na lewy pas) za co Sisterka została nagrodzona najazdem na nasz lewy bok , bo w tym właśnie momencie debil drogowy postanowił zmienić pas na ten, którym go w tym momencie wyprzedzałyśmy...Okazało się, że debil odporny był na trąbienie i nie zmienił raz podjętej decyzji plasując nam się niemalże w lewym boku. Na szczęście Sister szkolił się w bezpiecznej jeździe, więc przez moment łapał rozpaczliwe pobocze piaszczyste i kamieniste i ignorował mój uścisk swojego prawego ramienia (ja już się zaparłam obiema rękami szykując się na najgorsze) i wyprowadził cudownie samochód na szerokie wody. Debil w kangurze wyglądał, jakby nie wiedział, co się stało. Cóż...z naszych obserwacji wynikało, że ludzie niezbyt chętnie obserwują to, co się wokół nich dzieje zwłaszcza za nimi. A nasz debil nie był w tych obserwacjach wyjątkiem .Zwalczyłyśmy sugerowana nam przez Podwieczorka chęć nauczania debila od podstaw i w dodatku konsekwentnego wymagania tych nauk i udałyśmy się dalej. I już do końca było fajnie i fajnie, aczkolwiek zgubiłyśmy wjazd na autostradę płatną do Krakowa i pojechałyśmy jakoś tak przez Olkusz. Pomógł nam jeden mój znajomy z Krakowa, który podpowiedział jak uniknąć pułapek i w miarę spokojnie i już przez przygód dotarłyśmy do ukochanej Piwnicznej, do Europy wchodząc już właśnie tu.
Wino biało-czerwone (ja-Sister) pomogło nam uczcić ten moment i odgonić sztresy nagromadzone w czasie jazdy.
A potem był już ranek i początek kolejnego odcinka bloga.
Piwniczna odcinek 1 2004-05-05 10:08:52
No i pierwszy dzień w Piwnicznej nastał. Oczywiście musiałyśmy wstać o świcie (7.30) co by się zarejestrować i wpisać na zajęcia i zabiegi. Wziąwszy pod uwagę fakt, że poszłyśmy spać o godz. 2, przyznać trzeba, że było to duże poświęcenie z naszej strony. Tym bardziej, że Mamuśka (która tu jest z nami - helas!- czytaj ela! To z francuskiego a oznacza niestety...) postanowiła nas uhonorować swoim towarzystwem i telefonami. Opanowawszy Mamuni ciagoty wybrałyśmy się do samej Piwnicznej city żeby zanabyć bardzo ważne rzeczy takie jak wieszaki dodatkowe, klamerki do bielizny, wodę i wino. Przy okazji odwiedziłyśmy second hand i zostawiłyśmy nieduże pieniążki za całkiem fajne ubranka. Dzień upłynął nam na słonecznej kąpieli i spaniu (aklimatyzacja). Wieczór na słynnej piwnicznej dyskotece. Okazało się, ze sporo znajomych się zjechało...znajomych zwłaszcza płci żeńskiej...no cóż...niektórzy zaprzyjaźnieni Misterowie pewnie będą się z tego cieszyć...ja nie. No i dzień drugi, który rozpoczęłyśmy maleńkim incydentem (nie może być w końcu inaczej, kiedy MY tu jesteśmy). Wracałyśmy sobie (moja Siostra i ja i grupa) z porannego rozruchu (7.15 wymarsz! 8.00 powrót) przez mosteczek nad potokiem, kiedy Sister powiedział: napiłabym się wody, a ja szybko dodałam, ze przydałaby się tez kąpiel w potoczku...na co jedna z dwóch desek w mosteczku zrobiła chrups i załamała się tuz nad wodą....Wdzięcznym, symultanicznym ruchem przykucnęłyśmy na lewych nóżkach (prawe podążyły za deską do potoczka) i równie wdzięcznie wróciłyśmy na jedyną niezłamana deskę i pokonałyśmy mostek. Naszej grupie złożyłyśmy solenna obietnicę, ze będziemy łamać tylko jeden mostek dziennie. Przed pierwszą wyprawą w góry grupa dokonała autoprezentacji i Sister przyjął wdzięczne miano Wandy (zwanej Łondą) z powodów niechcenia Niemca. Tak też wszyscy do niej mówią, mimo, że ona nie zawsze reaguje na to imię.
Sister zapisał się na masaże jakies bio albo hawajskie, w każdym razie magiczne. Pierwszy zakończył się niefortunnie, albowiem Sister pochorował się po nim paskudnie na siekieś dolegliwości żołądkowe. Wprawdzie ja sugerowałam kaca (Sister po masażu udał się do baru, gdzie używał min krwawej Mary), ale Siostra z oburzeniem oprotestowała moją teorię, twierdząc, że swojego kaca to ona zna i że to na pewno nie był on. Na dzisiejszej wyprawie w góry, którą Sister pominął (zostawiłam ja w pokoju w pozycji starej Indianki kiwającej się na siedząco pod pledem na wyrku) cała grupa współczuła Wandzie, aczkolwiek jedna z naszych koleżanek sugerowała, że być może Sister złapał kaca cudzego dla odmiany (skoro to nie był swój). Łotewer...wieczór już jest, ognisko z powodu szalejącej burzy nam nie wyszło (a było planowane) no i zagłębiłyśmy się w zajęciach własnych: ja sobie bloguję, Sister pracuje. Znów cały dzień napastowane byłyśmy przez Mamuśkę, co spowodowało konieczność odłączenia telefonu i zamkniecie drzwi od wewnątrz...co z kolei spowodowało to, że odcięłyśmy się od ważnych informacji pochodzących niekoniecznie od Mamuśki.
Uprzejmie donoszę, że owego pierwszego dnia zajęciowego (niedziela!!!!!!!!!!!!) Sister klepał w komórę o godz. 5.50 rano, czego próbował się bezczelnie wypierać (wstajemy o 6.45), ale ja znam dobrze ten dźwięk towarzyszący nam przez cały dzień i nie dałam wiary żadnym ściemom...jak również dziś na zajęciach calleneticsu nie mógł się odczepić od komóry...uzależniony jest jak byk...od smsów...Jutro może być fajnie i fajnie, albowiem koleżanka nasza w grupie ma imieniny (Monika) i zamierzamy godnie uczcić ten fakt...
No i cdn.
Piwniczna odcinek 2...2004-05-07 16:03:01
Czas na ciąg dalszy. Ale zrobiło się ciężko i każdą wolna chwilę wykorzystywałam na spanie. Sister się boi chodzić na disco, od pamiętnego dnia polinezyjskiego masażu, kiedy to magik od masazu jej nie uprzedził o możliwych konsekwencjach i okazało się, że sensacje żołądkowe wywołane były przez tegoż właśnie magika. A jak się pani czuła? - spytał, kiedy Sister pojawił się na drugim masazu. Niedobrze- powiedziała Sisterka, żygałam - skwitowała jednym słowem A to dobrze- wyraźnie ucieszył się magik, ale czemu dobrze, już nie powiedział. Więc teraz po kazdym masażu Sister pobiera instrukcje, co ma robić, a magik każe iść spać, a ja jestem karna dosyć i też chodzę spać, bo mnie te komendy z powodu wiecznej chęci na spanie nawet cieszą. Stała się jednak rzecz straszna. Dzis rano Sister zwierzył mi się, ze nie ma ochoty na alkohol....no może i dobrze, bo zapasy winka cosmy je sobie zrobiły pierwszego dnia prawie stopniały. Tylko, żeby jej ta świętość w nałóg nie weszła, bo to już by nie była moja Siostra. Dziś dowiedziałyśmy się jednakowoż, ze w tańcu (4 godziny intensywnego) można starciś 2000 kalorii...my spróbujemy dzis zgubić 1000, a co tam.
Zaliczylismy słynną wyprawę pod Niemcową, która zawsze kończy się lekkim zamroczeniem alkoholowym. Albowiem tamże zamieszkuje taki Jeden Jurek, co porzucil uciechy świata doczesnego, które mial w Krakowie chyba i żyje teraz jak pustelnik w chalupce bez wygód. Jego wybór, nie komentuje tego, ale cieszy mnie jego obecnośc pod Niemcową bo facet pedzi genialny alkohol na zioach i miodzie i wiadomo, ze o trzeźwym pysku się od niego nie wyjdzie. Niestety...ostatnio popelnil pomylkę, dolewajac do sagana alkoholu wyciagu z sosny zamiast slynnego wyciagu z ziól...i caly zapas szlag trafil, bo mikstura się spienila i nikt z sosny raczej by nie pil (niektorzy podobno z brzozy mogą....). Musimy więc wnosić na górę nasz ulubiony trunek: żoądkowa gorzka, która wcale gorzka nie jest. (co by tradycji alkoholowej stalo się za dość)
Sister chyba wyczuł finał, bo zawrócił w ostatniej chwili. A na górze świętowalismy imieniny Moniki. No i spróbujcie wyobrazić sobie ludzi po 4 dniach diety niskokalorycznej, po intensywnym wspinaniu się pod górę i na dodatek w pełnym słońcu...Powiem krótko: narąbałam się jak perszing i w dól zleciałam mocno upojona alkoholowo. Ale wiadomo, ze Bóg czuwa nad pijakami, więc bezpiecznie do łózka dotarłam, gdzie w pozycji półleżącej przetrwałam najgorszy kryzys. Za karę nie poszłam na obiad, za to potem odespałam. Od tej pory prowadze się uczciwie i bez ekscesów, aczkolwiek nie mówię, ze nie zdarzaja się nam dziwne przygody. Musiałam rozdzielić się z Sisterem zwanym tu Łondą (przypominam, ze to z powodu niechcenia Niemca) albowiem z powodu jednej śgigantki z grupy narzucajacej mordercze tempo wspinaczki, Łonda, ku zalowi ogółu zmieniła grupę. A ta ścigantka pogina i w górę i w dół i doprowadziła do zagubienia konca grupy (czyli min i mnie, bo ja zawsze sobie na końcu drepczę) .Zagubienie okazało się chwilowe i dobrze się skończyło. Pogodę mamy cudną, tzn. kiedy się wspinamy jest słonko, a kiedy musimy ćwiczyć w budynku, pada. I tak ma być. A od wczoraj mamy sasiada do wspólnego balkonu. Miły bardzo, acz smiech ma upiorny deczko...tak sobie wyobrażam śmiejace się czarownice. A dziś przed momentem wkroczył do naszego pokojku (mojego i Łondy) i bardzo się zdziwił, jak mnie w nim zobaczył. Okazało się, ze był po masażu i omroczenie doprowadziło go do naszego pokoju. Zobaczył komuter i zdeklarował się, ze spróbuje nas podłaczyć do internetu. Jeśli mu się uda, to mu chyba wybaczę te omyłkowe do nas wtargnięcia. Jeśteśmy dosyć sponiewierane obydwie z Łondą, bo plan dnia mamy napiety...najpierw mordercza wspinaczka po okolicznych górkach, ćwiczenia w basenie , callentetics, tortury w postaci biczów wodnych (czy biczy jak kto woli- zakładam że niezaleznie od formy gramatycznej jest to tak samo mało przyjemne)...jeszcze gimnastyka albo dwie i gdzie tu siły na taniec?
Dziś podejmiemy tę próbę i się zobaczy, co z tego wyjdzie. Mamuśkę udaje nam się konsekwentnie omijać i jakoś nie wchodzimy sobie w drogę....poza malymi wyjatkami, kiedy rbi nam wstyd swoimi glosnymi komentarzami dotyczącymi naszej przeszlości albo terazźniejszości...cytować nie będę bo nie ma czego...
Pewnie cdn :-)
Piwniczna odcinek 3 i ostatni...2004-05-17 20:13:06
Czas najwyższy aby zgrabnie zakończyć Piwniczną story. Niestety, przez jednego takiego od masażu polinezyjskiego, który zepsuł Sistera pod wzgledem pociagu alkoholowego i nakierował go głównie w kierunku snu, co niestety przeniosło sie i na mnie (spałam i spałam i spałam aż się turnus skończył) nie przeżyłysmy jakićhś specjalnych sekscesów. Udzielałysmy się za to na gimnastyce, na która chodziła takze Mamuśka. A nalezy o niej wspomnieć, bo ubierała się na te gimnastyki zaiste dziwnie. Bo to albo podkolanówki fantazyjnie owiniete wokół kostek (za duże były to i luzy miały), albo wściekłoniebieski komplecik załozony metodą "nato" czyli krótkie gatki załozone na długie, a obie sztuki w tym samym kolorze, a to wściekłofioletowe lajkry lila do kolan...To do ćwiczeń...bo na wyprawy w góry miała specjalny zestaw składajacy się z czpki leninówki i polarka we wściekłym żółtym kolorku. Przypuszczalnie Mamunia była widoczna nawet z kosmosu. Do tego trzeba dodać jeszcze sporej wielkości plecak, w którym nosiła prawdopodobnie cały swój dobytek, jako, że nie ufa nigdy i nigdzie i nikomu (a trochę dobra i bizuterii przywiozła ze sobą). Na ostatnia wyprawę w góry postanowiła załozyć słynne lila lajkry, z czego zwierzyła mi się w przypływie szczerości. Zakazałam jej tego robić pod groźbą zerwania stosunków rodzinnych...Niestety nie przewidziałam, ze załozy zamiast tego jednoczęściowy kostium do aerobiku z nogawkami przed kolana...Eeech...w dodatku zaprezentowała go całej grupie odsuwajac zamek polara, który miała na wierzchu. Nasz pan (czyli instruktor przesympatyczny), który jako jedyny oprócz nas, miała prawo zwracać się do Mamci Mamuśka ...No kurcze dygresja nie do opanowania...Parę osób (tak wiekowo zblizonych do Ma) jednostek zeńskich i męskich było baaardzo blisko śmierci zwracajac się do niej "Mamuśka"
Ale nasz pan stwierdził: ale fajnie, dołozyć jeszcze maskę, płetwy i akwalung i może iśc nurkować... Niewatpliwie Mamcia dostarczyła nam wielu uciesznych chwil, np na wspomnianej wyzej gimnastyce. Pewne ćwiczenia sprawiały jej wyraźna trudność, ale przyznać trzeba, ze nigdy się nie poddawała, co dawało czasem komiczny efekt. Któregoś dnia ćwiczylismy leżąc na boku i zginaliśmy i prostowaliśmy jedą nogę, druga była zakotwiczona (taki był przynajmniej zamysł instruktora), ale Mamci jakoś nie szło, ...noga ani w klapku, ani na bosaka nie dawała się zakotwiczyć, a druga też jakoś nie mogła złapać koordynacji. Sister rzucił: Mamcia, Ty wygladasz jak kijanka...Wybuch smiechu umozliwił nam jeszcze przetrenowanie przepony i mięsni brzucha. Kiedy uspokoilismy się, jedna koleżanka Mamci, bardzo kulturalna i dystyngowana rzekła w zupełnej ciszy" A cóz Ty Zosieńko tak wierzgasz nogami?" Ćwiczenie nie zostało ukończone z powodu ataku tym razem niepanowanego smiechu. Ale tak btw, to chciałabym za te 22 lata tak smigać po górach jak ona...Wolno bo wolno, ale jakze skutecznie!
Pobyt w Piwnicznej uważam za stosunkowo udany. Odnoszę tylko wrażenie, że nie mieszkałyśmy w dwójkę z Sisterem, tylko w trójkę z Misterem. Nie mogłam nawet paszczy otworzyć do Sistra, bo:
albo gadał przez stacjonarny
albo gadał przez komórę swoją
albo gadał przez komórę moją
albo słał smsy
albo otrzymywał smsy.
Przyznam się, że nieco skróciłam proces pisania smsów zaznajamiajac Sistera ze słownikiem, ale to i tak spowodowało wiekszy wypływ smsów, a nie ich szybsze pisanie.
Udało nam się jednakowoż całkiem nieźle wypocząć, wyspać się do wypęku, nałazić po górach no i posmiać się duzo i szczerze. W zasadzie piszę sobie bloga dopiero dziś, bo musiałam wykorzystać energię zmagazynowana podczas pobytu. Więc: rozmroziłam lodówkę (wraz z zamrazarką) co nie było łatwe, bo Melka (wodny kot), ostemplowała wodą z rozmarzajacej lodówki pół mieszkania. Nie wypuściłam jej przytomnie na balkon, bo stemple byłyby błotne, a tak były tylko mokre. Wstawiłam 7 prań, powiesiłam je, pojechałam na imprezke firmową, urodzinową, zrobiłam zakupy i trochę sprzatnęłam. Nadal mam sporo energii...no i ten taki błogi spokój w sobie, który sprawił, ze na biuro patrzyłam jak na jakiś fotoplastikon nie przejmujac się nikim i niczym. Ba! nawet zaplanowałam sobie wyjazd na tydzień nad morze w sierpniu...korzystając z wakacyjnego nastroju, w którym tkwię bardzo mocno jeszcze.
Udało mi się obejrzeć i obejść Słowacki Raj...Były klamry, były łańcuchy i były drabiny pionowo pod górę, ale było fantastycznie. A dodać nalezy że Słowację zaliczylismy w dzień służący do regeneracji i odpoczynku i leżenia swiństwem do góry. Sister tez sobie pofolgował i poleciał na jakąś trudną zaistę wycieczkę, czym mi tak zaimponował, ze namówiłam ją na następna trudną (tuż nazajutrz). Sister wspinając się po wysoce upierdliwym szlaku miał mordercze instynkty względem mnie, na szczęście nie można zabić nikogo przez telefon i dzięki temu mogę to jeszcze pisać.
Było cudnie i cudnie i jak mi się cos przypomni to jeszcze napiszę...i koniec i bomba, kto nie czyta ten trąba...
o jednym takim, co w Polsce szuka żony 2004-05-17 20:27:08
Nie jestem chitra na śmieszne teksty, więc kopiuje dla Was te perełkę: koleś przebił Demokratycznego....nie mogę powstrzymać śmiechu czego i Wam zyczę. * Kilka słów o mnie szukam zony. nie jestem polakiem (UE) ale mieszkam w Polsce. na stale. nie jestem w polsce "dla pracy" ale owszem pracuje. jestem w Polsce bo CHCE byc w Polsce. podoba mi sie ten kraj, mimo ze jest pelno idiotow niestety. PS: kiedy dawno temu 'zakochalem sie' w ten kraj, dla mnie "POLKA" to dziewczyna w sukience. a teraz na ulice spotkaja sie same idiotki z spodniami. * Ogólne dane Miejsce zamieszkania: Kraków (małopolskie) Wiek: 36 (rok urodzenia: 1967) Płeć: mężczyzna Orientacja seksualna: heteroseksualna Wzrost: 170 - 179 cm Kolor oczu: czarne Włosy: brunet Związki aktualnie: wolny/a i szukam miłości Nauka: ukończyłem/am studia (wykształcenie wyższe) Palenie: nie palę Alkohol: raczej nie piję Stosunek do dzieci: aktualnie mam stosunek nieokreślony * Jak wyglądam 37 lat, 170cm, mam foto i moge wyslac jesli ktos tylko o to prosze. daje foto, telefonu (komorkowego) i szukam osoba ktora chce sie SPOTKAC. cyber-idiotki ktore chca pisac 100 email przed spotkanie: SPADAJCIE DALEKO ODEMNIE. jestem konkretny i szukam kobiety konkretnej. SPOTKANIE znaczy na zywo, przed filizanka herbate, w centrum. nie chce gwalcic nikomu, ale tez nie chce marnowac czas z debilne emailowanie ktore i tak nie pozwala rozumiec czlowieka... PS: skoro ze ktos pytal: jestem czlonkiem MENSY, wiec nie warto pisac obrazliwe list o mojego IQ. ufam mensy a w koncu juz wiedzialem ze jestem potwornie powyzej normy. niestety, bo prostak od razu znajduje kobiete.. * Szukam i wymagam od partnera 1) IQ > 130. jesli NIE masz conajmniej wyzsze wyksztalcenie, raczej nie masz szans 2) NIEPALACA. absolutnie niepalaca! 3) WIEK NIE MA ZNACZENIA! bardzo lubie kobiety starsze odemnie. 4) jesli masz zahamowanie w seksie, nie pisz! 5) jesli twoj wartosci sa pieniadzi, wygody, dobrobyt, kariera, prosze NIE PISZ! niech ateistki/materialistki SP*****JA! ok? * O pracy jestem freelance, wiec moge organizowac moj czas prace. mam ta praca ktora lubie i ktora wybralem. * Sport to dla mnie... nienawidze sport. * Seks to dla mnie... UWIELBIAM. a nie znosze idiotki ktore nie lubia seks, lub idiotki ktore lubia seks i nie potrafia to powiedzic. * Jakie są moje związki nie mam, i szukam mojej kobiety
Jednak Piwniczna odcinek 4...2004-05-23 19:49:06
No bo mi się przypomniało troszkę. Najpierw scenka z Mamuśką, która na ostatniej gimnastyce ogłosiła, ze w naszej grupie jest ktos, kto jest podobny do George'a Michael'a (to tak a propos muzyczki łagodnej, która leciała do ćwiczeń rozciągających zamykajacych gimnastykę). Wszyscy uruchomilismy komórki mózgowe, aby tego adonisa wyłonić z grupy, ale jako żywo nikt się nie kwalifikował... I nagle coś mi zaczeło świtać...Znając skłonności Mamci do mylenia wokalistów spytałam, czy jej na pewno chodzi o TEGO właśnie artystę...I Mamuśka odpowiedziała, że tak, no o tego wybielonego Murzyna chodzi....I znów grupa tarzała się ze śmiechu, bo chodziło oczywiście o podobieństwo do Michael'a Jackson'a, i w zasadzie nie był to facet, tylko pewna zamerykanizowana Polka, zdziwaczała, ubierajaca się na czarno, z czarnymi okularami, z zasłonietą zawsze głową i grubą warstwa białego kremu na twarzy. Kobieta ta ma niezły power do biegania po górach i idzie zawsze tak z 5 m co najmniej przed grupą...Pewnego dnia szła jak zwykle przed grupa...spory kawałek, dlatego tez dzieci, które minęły ją po drodze pozwoliły sobie na komentarze, nie wiedząc, ze ludzie idący za nia, to ta sama grupa..Poszedł tekst "ej! widzieliście??? Majkel Dżekson...łoł, a dwóch łebków nawet się wróciło, żeby ją lepiej sobie obiejrzeć...:-) A miała podobno na sobie czarny kapelusz..pasowało wszystko jak ulał.. Zresztą z dziecmi związana jest jeszcze jedna historia. Przyjechały dzieci na tzw. "zieloną szkołę" (miejscowe kurwacjuszy indentyfikują) i obserwowały grupę idącą za instruktorem...buty turystyczne, plecaki na plecach ...no i dzieci rzuciły" Tyyyy zobacz! jaka stara kolonia" :-) Jeszcze tylko śmiesznostka z pozegnalnego ubawu: zwyczajowo zbiera się pieniążki, zeby nagrodzić, uhonorować instruktora prowadzącego zajęcia. Do tego dołącza się kartkę z zyczeniami i podpisami od całej grupy. No i kartka dla naszej instruktorki callenetics'u była w moim posiadaniu, ale ponieważ wyjeżdżałam wcześniej oddałam ją koleżance, co by się nią zaopiekowała. Po jakimś czasie zaobserwowałyśmy z oburzeniem, że na kartkę wpisuje sie jakiś wąsaty typ (w grupie ćwiczyły same żeńskie jednostki)i podniosłyśmy wrzask, Gośka, zabierz mu tę kartke! Ale ona uciszyła nas jednym ruchem reki i znaczącym mrugnieciem : "cicho baby, biznes is biznes, jak sie wpisze, to będzie musiał zapłacić" Nie wiem ilu poddrinkowanych facetów udało jej sie złowic, ale nasza instruktorka pewnie dziwiła sie, skąd męskie podpisy na kartce :-) I mam nadzieje, że tym optymistycznym akcentem zakończę temat Piwnicznej nucąc sobie pod nosem "jak dobrze mieć sąsiada" :-) wtajemniczone jednostki wiedzą o co chodzi :-)
a tak sobie...mimochodem , przy środzie...2004-05-26 20:19:10
Hm...wyjazd do Piwnicznej był wyjątkowo udany, podobno ci, co są teraz nie mają pogody...No cóz, nie każdy ma takie szczęście jak my (tzn. ja i moja siostra Łonda). Cieszę się bardzo, bo jeden wyjątkowy kontakt udało mi się podtrzymać...No może nie jeden, ale mam zasady, że o niektórych tu pisac nie będę...poczekam aż przejdą do historii.. Może wtedy:-) Więc ten kontakt to super koleżanka chyba z zadatkami na prawdziwego przyjaciela. Umówiłysmy się wstepnie na przyszły tydzień i bedziemy kultywować nasz kontakt. Na razie kwitnie mailowo, i troszkę telefonicznie (ale tak szybko i po cichu bo z pracy), bo ta moja koleżanka to dino, który nie uznaje komórek, więc lata sobie bez smyczy...a smsowanie daje tyle przyjemności...Co nie Łonda? :-) Powoli odnajduję się w rzeczywistosci, która jest całkiem całkiem, zwłaszcza, że dzieją się rózne całkiem fajne rzeczy. Działka...czyli Mamuśka, Mamuśka...czyli dygresja...Zgrałam na CD nasze zdjęcia z Piwnicznej i młody Młody jak zobaczył swoją Babcię w odświętnym makijażau i ubranku stwierdził; "O...babcia z Loch Ness" Jak zwykle rozwalił mnie na łopatki, ale faktem jest, że coś tam Mamci z tym makijażem nie wyszło. No ale wróćmy do działki...albo do działek, bo Mamcia zakupiła dwie, jedną w lesie, z domkiem (w stylu stary kemping) do przebudowy i drugą koło Kampinosu, z przeznaczeniem kiedyś na budowę domu. Ta pod dom jest w miejscu, które wdzięcznie nazywa się Pindal. Zgodnie stwierdziłyśmy, ze okreslenie "Pani na Pindalu" brzmi pięknie...Mamcia od razu przemianował to na Pindę na Pindalu, ale to już jej interpretacja (w końcu było nie było, mówi o sobie samej). Ta druga działka, ta w lesie, jest przecudnej urody, bo właśnie w lesie i na nierównym terenie. I cos tam takiego w niej jest, że chce się tam być. Jakieś 50 km od Warszawy, w bardzo urokliwym miejscu (Kampinos) i można tam rowerem dotrzeć (są ścieżki rowerowe). Niestety zanim będzie do użytku zrobi się pewnie lato...Nie ma wody, nie ma prądu, nie ma ogrodzenia...tylko ta buda kempingowa i las...i mnóstwo igliwia i innego badziewia do uprzatnięcia. Jest tam ekipa sterowana przez niejakiego Wieśniaka (to ksywa nadana przez Łondę, ale potwierdzam, ze nad wyraz trafna). Wieśniak pochodzi z jakiegoś równoległego świata i ma niepowtarzalny styl...zachowania i wypowiadania się. Znajomość z nasza rodziną rozpoczął oczywiście od Mamci i Łondy, który trenowała na nim swoje jezdne umiejętności. Kiedy wreszcie ja pojechałam z Mamcią (jako kierowca) usłyszałam: a ta córka to jakaś taka spokojna, tamta to inaczej samochodem jeżdziła...Trochę z nostalgią , trochę z podziwem. Opowiedział o Sisterze chyba wszystkim znajomym wokoło, bo jak zabraliśmy po drodze speca od wody (i pompy) to od razu mu zakomunikował: "to nie ta, tamta, to by w ten zakręt stówą weszła". Dawałam się sterowac komendą, która brzmiała "pani tu folguje", co ochoczo podchwyciła Mamcia "Córcia, folguj tu, folguj (zwolnij, jak by kto sie nie domyślił). A od Wieśniaka słyszałam nostalgiczne "a tu to siostra przejechała" . No tak, bo nie folgowała i nie zdążyła komendy przyjąć. Zresztą wielokrotnie. W każdym razie sprawna ta ekipa jest i sporo juz przecięła...bo poprzedni właściciel wg opinni sąsiadów sadził sosenki jak pietruszkę, co niniejszym potwierdzam i z żalem konstatuję, że sosenki chudzielaki musiały odejść. Otoczenie jest wręcz bajkowe...Tuż obok gospodarstwo agroturystyczne...z konikami...Może przekonam się do jazdy konnej, a na pewno ucieszy to młodego Młodego, który tę sztukę w niejakim stopniu juz posiadł. Są tez dwa olbrzymie psy ...jeden beżowy, drugi taki sam , tylko czarny...i mnóstwo komarów. Psy lubię, komarów nie...Myślę, że nasze koctwo skorzysta z mozliwości działkowania również. W pracy jakby lekko mi się poluzowało...paradoksalnie, dwa tygodnie urlopu i żadnych stert papierów...tfu tfu , żeby nie zapeszyć, wychodzę na prostą.. I tyle póki co...ale zaglądajcie, bo blogowanie stało się moim ulubionym nałogiem..


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home