czarodziejka i ....

sobota, lipca 03, 2004

lipiec 2004

2004-07-26 12:09:34 salsa, działka, dieta, rower i ....sympatia Najpierw o salsie. Troszkę jesteśmy rozczarowane z Dorotką, bo może i umie tańczyć ta nasza instruktorka, ale uczyć to ani w ząb...No to sobie wyciągniemy z tej nauki to co nam pasuje i będziemy zasuwać quasi-salsę :-)A poza tym same młodsze jednostki tam uczestniczą i nikt nie chce z nami w parze tańczyć...ueee :-( a ze sobą nie chcemy, żeby złych nawyków nie nabrać (W sensie prowadzenia w parze) :-)No ale został nam jeszcze jeden czwartek. Nawet jeśli niewiele wyniesiemy z tego kursu, to mamy przynajmniej okazję poplotkować co tydzień. Działka jest coraz piękniejsza (w sensie domku), roboty idą pełną parą, i z zewnątrz i od środka wygląda przecudnie. Myślę, że za jakieś dwa tygodnie będzie można tam zanocować. Jednak bez prądu nie będzie można korzystać w pełni z niego. Bo prąd to także kanalizacja i woda (oprócz światła oczywiście). Obiecywałam sobie, że się nie dam na działkę wyciągnąć, ale Mamcia uszkodziła sobie ramię na rowerze i nie bardzo może prowadzić samochód...więc...no taki lajf :-) Sister jedna nogą i całym sercem na zachodzie, więc zostałam sama na placu boju. Dieta skończona z sukcesem. 7 kg poszło precz, a ja jestem w dobrym humorze i póki co, wielkiego apetytu nie mam... Dieta jest o tyle dobra, że bardzo dyscyplinuje. Wydawać by się mogło, że czasem nie można dotrzymać jej warunków (te pory karmienia!) ale jak się chce...I w ten sposób sałatkę z owoców z jogurtem (kolacja) jadłam w kinie (a co!!!! popcorn mozna??? to i sałatkę można), a kolację składającą się z pieczonego mięska i sałaty częściowo w samochodzie. Akurat w piątek byłam umówiona na wizytę z noclegiem u mojej dobrej koleżanki poznanej w Piwnicznej (hasło "Zdzirki") i pora kolacji wypadła mi podczas jazdy do niej. Więc spreparowałam sobie mięsko pieczone (w sensie pokrojenia w kawałki) i zjadłam po drodze. Po przyjeździe do mojej koleżanki jeszcze wrzuciłam w siebie sałatę lodową ...i plotkowałyśmy o wodzie i winie (ja : woda, ona: wino)...no i było naprawdę świetnie. Mogę z czystym sercem polecić każdemu dietkę, jest skuteczna i łatwa do przeprowadzenia. Próbowałam tłumaczyć Mamci, że dieta jest bardzo rygorystyczna i trzeba się ściśle trzymać jej zasad, ale Mamcia ma swoje zdanie na temat diet ( w końcu ma ich za sobą jak nie kilkanaście, to kilkadziesiąt) i oznajmiła mi, że w piątek była na grapefruitach cały dzień...Mamo, ale nie ma takiego zestawu! Ale nie miałam czasu, żeby kupić składniki, ani ochoty na nic innego....No niereformowalna jednostka:-) Rower...jeżdżenie na rowerze jest szkodowe...o czym przekonałam się dosyć boleśnie nabijając sobie sińca w miejscu strategicznym, poniżej pępka. Co mnie nie zniechęciło do uprawiania tego sportu. W nocy z soboty na niedzielę znowu jeździłam biorąc udział w tzw. nocnej masie. Jeżdżenie nocą jest naprawdę świetnym przeżyciem, Warszawa nocą jest pusta i piękna. Tym razem zaliczyliśmy (startując z placu Zamkowego) Ochotę, Mokotów, Mokotów, Mokotów, rozkopaną Krakowską, Okęcie, Wilanów, żeby skończyć na moście Siekierkowskim o świcie. Dla mnie było to prawie 8 godzin jazdy, wróciłam uchetana jak dziki osioł, ale szczęśliwa. Może nie nastawia mnie życzliwie do sąsiadów fakt, ze już 3 niedzielę z rzędu sąsiad przez ścianę wierci w ścianie o godz. 9.30 (po 3 godzinach mojego snu) ale cóż, nie ma rozwiązań idealnych. Sądząc z częstotliwości wiercenia sąsiad buduje schron przeciwatomowy. Jeśli nie będę wszczynała awantur z powodu używania wiertarki w niedzielne poranki, może da nam ze schronu kiedyś skorzystać? I na koniec perełka z Sympatii. Odezwał się do mnie pewien facet, który sprowokował mnie kiedyś do zamieszczenia w treści opisu dopisku o tym, że "panom kłótliwym...itd itd", wyjątkowy charakterek...No cóż, ja pamiętliwa nie jestem ...daję wszystkim szanse....i reaguję na prośby takie: (uwaga cytata) napisz co do mnie prosze xxxxxxxmałpao2.pl remek, bo pomyślałam sobie, że może już nikt nie chce z nim rozmawiać (w sensie zrażenia sobie wszystkich potencjalnych rozmówców) i odpisałam słowami następującymi: Hmmmm...dlaczego mam pisać? i o czym? Czaro No i mam za swoje dobre serce, bo otrzymałam odpowiedź: nie musisz opisac a tym bardiej jak nie masz o czym--- remek Nie muszę, ale odpisałam, żeby było moje na wierzchu.... Jeśli TY chcesz, żebym do Ciebie o czymś napisała, to TY powinieneś wiedzieć o czym... 2004-07-20 08:47:08 rower, dieta i działka Jakoś nie chce mi się pisać, bo szkoda czasu...Pogoda wreszcie jest piękna, i mnóstwo dzieje się poza domem, szkoda w nim siedzieć. W ostatni weekend odsypiałam zaległości w niedospaniu, w piątek byłam na rowerze na polach mokotowskich, na piwie z koleżankami, ale dla mnie to było "piwo", bo trzymam się nadal wytycznych diety i mogłam sobie pozwolić jedynie na wodę z cytrynką. Dieta jest niezła...nie odczuwam głodu, mam za to niesamowity przypływ energii, nie padam na pysk wieczorem i śpię świetnie. Dziś jest 9 dzień (do 13-go całkiem blisko)i efekty są już, że tak powiem namacalne i widoczne gołym okiem, waga to potwierdza. Dieta działa :-) Troszkę się bałam, przy tak ograniczonym sposobie odżywiania, wsiadać na rower, ale te 50 km zrobiłam spokojnie ...no może nie tak jak zwykle, kiedy śmigam na ósmym biegu...Teraz była to siódemka, więc jakiś związek diety z możliwościami wydolnymi organizmu na pewno jest. Całe szczęście, że w ubiegłym tygodniu byłam zajęta, ciągle się coś działo (popołudniami) więc nie było czasu nawet mysleć o tym, czy jestem głodna, czy nie...Ale tak naprawdę tego głodu nie odczuwałam. Sobota...hm...odsypiałam późnonocny powrót z pól mokotowskich i tradycyjnie już zostałam wywleczona na działkę....wrrrrrr....hasło działka wywołuje u mnie zdecydowany działkowstręt. Po raz kolejny obejrzałyśmy postępy prac (są!)i szybciutko wróciłam do domku, żeby młodych wywieźć na imprezę, bo stary Młody po raz pierwszy w życiu didżejował za pieniądze, a w drodze powrotnej, już po 21 zrobiłam zakupy w hipermarkecie i tak jak nie lubię tam robić zakupów, tak tym razem byłam zachwycona...0 ludzi, spokój i cisza. Niedziela była jednym słodkim lenistwem, aż do południa, kiedy to musiałam zrobić wyprawę do Castoramy po wypalarkę do farby, do domku na działce....wrrrrr. Wypalarkę zanabyłam, przy okazji dwie pary butków...no skoro juz się ruszyłam do centrum handlowego to grzechem byłoby nie skorzystać z okazji...no i jeszcze bluzeczkę z przeceny. Tak więc wyprawa po wypalarkę okazała się udana...jeśli nie uwzględniać faktu, że musiałam jakoś to urządzenie do Mamci dostarczyć. Stwierdziałam, że pomyślę o tym później i zaległam na słoneczku na balkonie....Było cudnie, leniwie i rozkosznoniedzielnie...Nawet opalając plecki zdrzemnęłam się deczko....Nakarmiłam Młodych i powrócił motyw wypalarki....Założyłam sobie, że zrobię test...jeśli wypalarka zmieści się w plecaku rowerowym, pojadę rowerem, jeśli nie, to samochodem. Zmieściła się do plecaka, więc gdzieś tak po 19 zaczęłam szykować się do drogi. Widząc te poczynania młody Młody zgłosił chęć przyłączenia się do mnie, tym bardziej, że miałam przeprawić się promem. No to ruszyliśmy, zakładając, że wypalarkę dostarczymy do Sistera, który mieszka w połowie drogi do Mamuśki i sprzęt ten jakoś dostarczy...Na promie dopadł nas telefon od Mamci, która wyraziła żal, że u Łondy będziemy, a u niej nie...Młody stwierdził, że czemu nie? i zmieniliśmy plany. Poszło nam nieźle, zrobiliśmy rekord trasy (od promu w Burakowie do starego Bemowa 1 godzina), poza jedną moją wywrotką w piach...Sam widok piachu wzbudził we mnie połoch, a jednocześnie prowadziłam konwersację z Młodym, więc upadkiem skończyć się musiało...Do moich zadrapań doszło jeszcze obdrapane kolano..wyglądam cudnie i cudnie. Dama z podrapanymi odnóżami...Wyprawa była nad podziw udana, a Młody stwierdził, że myślał, że jeżdżę szybciej niż on myślał, ale sam może by pojechał jeszcze szybciej.... 2004-07-16 08:58:29 złydzień tak jak napisałam, w jednym kawałku: złydzień...To ten wczorajszy...Nastawiłam się już negatywnie pod koniec pracy, kiedy okazało się, że nasz system kadrowy świruje....I sypie urlopami jak z rękawa...no masakra jakaś (to powiedzonko ze sztuki Testosteron- polecam). Ale ponieważ było to pod koniec dnia nie zdążyłam się na dobre rozzłościć..Kiedy dojechałam do domu, okazało się, że w ramach diety, na kolację mam parę owocków z jogurtem...No masakara to jest jakaś. Na szczęście była jeszcze w odwodzie Dorotka i salsa. Umówiłyśmy się pół godziny przed, żeby sobie pogadać, bo czasu ciagle za mało na to mamy. W drzwiach lokalu, gdzie odbywa się ten kurs ( a jest to jednocześnie coś w rodzaju klubu z wyszynkiem) stał sobie taki jeden i zasłaniając sobą wejście zlustrował nas od pięt po czubki nosów. A panie tu w jakiej sprawie? No my na salsę...A zapisały się panie? Tak, nawet zapłaciłyśmy za całość...Hmmmmm...to zapraszam za 15 minut. No i zostałysmy spuszczone na bruk. Poszłyśmy się przejść, bo co było robić...A Dorotka rzuciła podejrzenie, że tam na pewno nie uprzątneli jeszcze zwłok i śladów krwi z parkietu. Złydzień. Po powrocie do klubu Dorotka podzieliła się swoimi sugestiami z panem wpuszczaczem pytając, czy już uprzątnęli zwłoki, ale pan nie złapał tego klimatu. Nie lubimy mężczyzn bez poczucia humoru:-( złydzień Kurs nam poszedł tak sobie..Ja nie mogłam opanować obrotów w lewo, a Dorotka kroków, które nazywają się dale (nie mylić z dalej- zapis fonetyczny). Więc byłyśmy na pewno niezadowolone. Złydzień. Potem były próby w parach no i ja byłam oczywiście jedyną osobą, która została bez pary. Ale Dorotki partner był pewnym siebie bubkiem, który przyszedł po prostu potańczyć (wieczór salsowy po kursie) i miał się za speca w tej dziedzinie i machał Dorotką na prawo i lewo bez umiaru, ładu i składu...Złydzień. To już lepiej mi poszło solo...Może następny raz będzie lepszy? Potupałyśmy sobie troszkę indywidualnie (już po kursie) coby kroki utrwalić, ale niektórych nie pamiętałyśmy, więc nie było czego utrwalać... Przy wyjściu, kiedy gburowaty wpuszczacz do klubu powiedział dobranoc odpowiedziałam mu dobranoc, duzo trupów na noc. Ale też chyba nie zrozumiał o co mi chodziło. Dużo lepszy był poprzedni dzień, a raczej wieczór, kiedy to zaliczyłyśmy z Dorotką akcję ukulturalniania tzn poszłyśmy do Buffo na "Testosteron". Duża śmiechawka, komplet widzów i aktorzy genialni. W ferworze napawania się akcją nie zapamiętałyśmy tych wszystkich cudownych powiedzonek, które tam padły, oprócz jednego: "to jest maskakra jakaś" albo "to masakra jakaś jest", może dlatego, że przewinęło się kilkanaście razy. Skwitowałyśmy więc nasz wczorajszy wieczór w klubie, że to masakra jakaś była i rozstałyśmy się z nadzieją, że następne lekcje salsy będą bardziej udane. Może ktoś milszy stanie na bramce? I może świat okaże się piękniejszy? Dziś piąty dzień mojej diety kopenhaskiej. Na śniadanie jedna duża marchew. Uwielbiam jeść na śniadanie jedną dużą marchew. Jedna duża marchew na śniadanie jest najwspanialszym posiłkiem pod słońcem, którego zresztą nota bene ciągle nie ma. Dziś rano piekłam sobie chudą rybę na obiad (250 gr) i moje koty nabrały takiej aktywności (kręciły się wokół mnie, wchodząc mi pod nogi, pod ręce, pod wszystko), że musiałam i dla nich rybę uszykować. A nie wyglądają, jakby były na diecie kopenhaskiej... 2004-07-15 08:28:12 działka story cd...i dieta... Właściwie to napisałam już tego bloga. Ale niebacznie nacisnęłam eskejpa i wszystko szlag trafił, co mnie odrzuciło od pisania na jakieś dwa dni...No ale jednak chyba warto, bo znowu jest o czym... W ferworze przygód rowerowo-salsowych umkneła mi działka story, a przecież bywamy tam regularnie co tydzień (chociaż nie ma jeszcze po co...) Tak tez było w ostatnią sobotę, kiedy to Mamci udało się namówić starego Młodego na wizytację. Nie jechaliśmy tak całkiem bez sensu, bo Mamcia umówiła się tam z Wieśmakiem i elektrykiem na 18, ale po przyjeździe, jak zwykle okazało się, że nikogo nie ma (oprócz nas). Czyli zamknięte wszystko na głucho...czyli, z powodu braku kluczy pokonujemy furtkę górą. Młody zrobił chops i juz był w środku. Ja musiałam elegancko wspiąć się po furtce i elegancko spłynąć do środka (znowu robiłam za damę - w sukience i klapeczkach), Mamcia jako stary przełażacz górą furtkowo-bramowy pokonała bez prblemów tę przeszkodę. Obejrzeliśmy sobie domek z wierzchu i troszkę od środka, bo była drabina do poddasza, gdzie leży już całkiem świeża podłoga drewniana. Wyglada i pachnie cudnie...To jest element, który w domeczku podoba mi się najbardziej. Domek zresztą cieszy się nie tylko naszym uznaniem. Upodobały go sobie mrówki, które ciągną z lasu do domku wzdłuż jego dwóch ścian szerokim strumieniem. Podobno nie lubią proszku do pieczenia (soda?), okaże się następnym razem. Po zwizytowaniu wszystkiego wróciliśmy, również górą, do samochodu. Pojawił się w końcu elektryk, który tak dziwnie zaparł się ramieniem o furtkę i nagle odstawił ją obok wejścia, które stanęło otworem...Portem podszedł do domku i wygmerał spod podmurówki klucze, czym wprawił nas wszystkich w nieme osłupienie. Ale co sobie pochodziliśmy po furtce górą , to nasze i nikt nam tego nie odbierze. Elektryk zadawał skomplikopwane pytania, co do rodzaju i koloru kontaktów i włączników. Przyniósł jakioś specjalny katalog, wprawiając nas w osłupienie i syndrom osiołka, któremu w żlobie dano...W końcu stwierdziłam, że to tylko leśny domek jest, niech będą pierwsze z brzegu.... Potem pojawił się Wieśmak (Młody potwierdził z zachwytem trafność doboru ksywki- brawo Sister!)i wtedy już zostawiliśmy Mamcię na rozmowy oko w oko, bo na konsultantów budowlanych, to ani ja ani Młody się nie nadajemy. Chociaż.... była jedna próba namówienia Młodego do zakupu wkładki z zamkiem do drzwi...Bo, jak stwierdziła Mamcia, pracował w hipermarkecie budowlanym i mieszka blisko Leroy Merlin. No niestety Młody nie dał się wkręcić i odmówił stanowczo współpracy twierdząc,że : nie zna się na zamkach, a do Leroy ma pół godziny jazdy autobusem...W najbliższą sobotę czeka nas znowu wyprawa...ale przez te ciagłe jazdy zaczyna mi ta działka powoli wychodzić bokiem. Każda sobota do tyłu...Może młodego Młodego namówię, z nim jest przynajmniej wesoło. Dieta...hmmm, ponieważ próba zastosowania diety żm (żryj mniej) nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, postanowiłam spróbować diety kopenhaskiej, prwadziwszy uprzednio, że lubię jej wszystkie składniki. Dziś jest już czwarty dzień (z 13) i znoszę ją całkiem nieźle, nie odczuwając głodu ani innych ujemnych skutków takich poczynań. Nie mam omamów węchowo-smakowych (tak miała moja koleżanka, która dietę zarzuciła z tego powodu po 3 dniach), nie mdleję, nie jestem osłabiona i świetnie sypiam. W końcu 13 dni, to nic takiego, dam radę... komentarze (0) edytuj 2004-07-12 08:31:55 salsa...i...rower:-) Salasa to była w czwartek, ale tyle się od czwartku działo, że nie zdążyłam zapisać pierwszych wrażeń. Okazało się, że na ten krótki (5 wejść) wakacyjny kurs zgłosiło się sporo ludzi. Wiecej kobiet (może panowie myślą, że tańczenie salsy nie jest męskie?), ale i tak w większości trenowaliśmy kroki pojedynczo. Kurs zaczął się spontanicznie i niejako z marszu, bo po pokazaniu pierwszych kroków nasza instruktorka stwierdziła, że należałoby się przedstawić. Co uczyniła i przedstawiła też swojego partnera,za co zgarnęli ogromne brawa, odtańczyli też razem pokazową salsę, ale takiej biegłości to chyba nie uzyskamy nigdy...Poszłam na kurs ze swoją koleżanką Dorotką, którą poznałam w Piwnicznej, bo sama nie zdecydowałabym się nigdy...Ona się bardzo przejmowała, ze idziemy same, bez partnerów, i jak w parach trenować??? Tym bardziej, ze pojawiły się bardzo ważne wskazówki dla partnerów, którzy dają IMPULS przed zmianą kroków, albo przed wykonaniem konkretnej firgury. No i popróbowałyśmy tańczyć w parze (ze względu na dysproporcje w ilościach żeńskich i męskich jednostek) i wyszło nam, że ja daję silniejsze impulsy niż Dorotka...Ha, ale to mnie partnerzy ciagle zarzucają, że prowadzę....Jakby nam dalej ta nauka nie wyszła, jak się już nauczymy, to rozniesiemy parkiet w Smreku :-)Wprawdzie mąż Dorotki podobno kulał się ze śmiechu jak mu zaprezentowała kroki (bez grupy i bez muzyki trochę łyso)- znam ten ból, bo po mojej demonstracji kroków koleżankom w pracy widziałam z trudem tłumione smiechy, ale my im jeszcze wszystkim pokażemy!!!! Kurs na razie dosyć śmieszny jest...taka przypadkowa zbieranina ludzi...Są wyżelowani młodzieńcy, którzy mają disco we krwi i widać walkę wewnętrzną o opanowanie drygów dyskotekowych na rzecz salsowych. Są też i tacy, którym muzyka nie przeszkadza (i takie)ale przecież najważniejsze są dobre chęci. Okazuje się, że : trzeba tańczyć na ugiętych kolanach, nie odrywać stóp od podłogi, trzymać rytm, pamiętać kroki i zataczać biodrami ósemki... no dla mnie jak na razie awykonalne...zawsze coś mi tam nie wychodzi...jak pamiętam o biodrach, to sypią mi się kroki, jak biodra ok, to skaczę jak lajkonik, ale na pewno jest wesoło. Poznaliśmy cztery podstawowe kroki, z których jedne nazywają się normal, zapamiętałam ich nazwę, bo wg Dorotki nazywaja się zupełnie jak tampony :-) No i rower... Wzięłam udział w nocnej masie (nie mylić z krytyczną), która polegała na jeżdżeniu rowerem od północy do wschodu słońca po Warszawie. Tym razem było nas ok. 30 osób, pojeździliśmy troszkę po Warszawie i troszkę po krzakach. Trochę tez padało i w związku z tym nie udało się dostrzec wschodu słońca, ale i tak było super. Na samym poczatku wyczerpały mi się baterie w przedniej lampce, więc niewiele widziałam, za to lampka umieszczona pod tyłkiem pulsowała ślicznie czerwonymi światełkami... Całe szczęście, że jeździliśmy po znanych mi (żoliborskie i bielańskie) krzaczorach, więc obyło się bez bez przykrych wypadków. Raz nawet udało mi się zagubic w jednym lasku,ale to tylko dlatego, że koleżanka, którą tam poznała postanowiła zrobić siku. Ona robiła, a grupa nam ujechała. Nie widać było nawet czerwonych, migajacych lampek tylnych. Znalazłyśmy się same w kompletnych ciemnościach, a pohukiwanie i nawoływanie grupy nie odniosło zadnego rezultatu. Byc może dlatego, że jeden ze stałych uczestników i organizatorów masowych wozi na przyczepce sprzęt grający, który słychać w okolicy pół kilometra? Jechałyśmy więc po omacku i w kompletnych ciemnościach, na nosa i czuja, jak się okazało bezbłędnego (to ja i moja intuicja)a na skraju lasku grupa czekała na nas...bo liczyliśmy się dosyć regularnie no i wyszło, że w stanie są braki. Pięknie jeździ się nocą na rowerze (start był o 00.00 spod kolumny Zygmunta), mniej pięknie w deszczu. Dotarłam do domu na godz. 4, z mokrym i zmarzniętym tyłkiem (brak błotników spowodował, że sporo błota znalazło się na moich tyłach. Przemoczone miałam: desusy, dżinsy, t-shirt'a, bluzę polarową i kurtkę. Po powrocie wskoczyłam do wanny z gorącą wodą i nie odczuwam żadnych kosekwencji zdrowotnych tego wypadu. Jesli będzie powtórka, na pewno się dołączę. 2004-07-06 08:59:13 jak nie mieć humoru od rana???? To bardzo proste: nalezy posiadać dwie zwariowane kotki i jedną zwariowana koleżankę przebywającą aktualnie w obcym kraju.... Ale może od początku: o godz. 23.00 wysłałam ostatniego smsa do mojej ulubionej acz zakręconej koleżanki, że mówię jej dobranoc, bo idę spać w związku z koniecznością podniesienia się rano z łóżka o godz. 5.30. Spałam jakieś pięć godzin (do czwartej- sprawdziłam na zegarze), kiedy ze snu obudził mnie jakiś przedziwny hurgot. Musiał być zaiste mocny, bo nie raeaguję już na : ślizgi z rozpędem na dywaniku, ataki na buty zostawione w przedpokoju, drapanie wiklinowego kosza na gazety i szperanie w róznych zakątkach mieszkania w poszukiwaniu czegoś, co da się z hałasem przetoczyć przez pokój (kocie zabawki np. dawno już zaginione bez wieści). Co się okazało??? Fraucia zapragnęła znaleźć się w jednym pokoju ze starym Młodym, który ze względu na mnogość obiektów hałasotwórczych i kosztowny sprzęt didżejski, ten pokój na noc (i na dzień też) przed kotami raczej zamyka. Na kocie tęsknoty nie ma siły...Parę celnych i mniej celnych skoków na klamkę (ale na pewno głośnych) i misja zakończyła się sukcesem. Jednakowoż, po osiągnięciu takowegoż, Fraucia przebiegle wycofała się z pokoju, żeby uniknąć potencjalnego lania. Zazwyczaj wkracza wtedy Mela, która chętnie korzysta z możliwości wstępu do obszarów zakazanych. Tym razem, półprzytomna dopadłam do Melki (Fraucia była juz dawno w odwrocie), na szczęście nie stawiała oporu, bo jeszcze trochę spała, ją też wyczyny Frauci obudziły, wyrzuciłam ją z pokoju i zamknęłam drzwi. No to jeszcze 1,5 godziny spokojnego snu..pomyślałam sobie zagrzebując się w piernaty i otwierając balkon, coby kocie łachudry pobuszowały sobie na spacerniaku. I tu oczywiście dygresja: nasz budynek kochany, w którym obecnie zamieszkujemy, tak naprawdę jest placem budowy i nie jest do końca wykończony...brak mu np. przegród między balkonami, ale tylko po jedej stronie bloku, po drugiej panowie budowlani podobno z nudów powstawiali...No i u mnie są trzy balkony wspólne, więc koty mają używanie. Koniec dygresji...Zdążyłam przysnąć pierwszym snem, kiedy na równe nogi zerwał mnie sms...łomatko: w nim informacja od mojej ulubionej (acz mniej o tej porze dnia) koleżanki, że jest właśnie 5.30, a ona jeszcze nie śpi, bo mysli...no...w efekcie moich sugestii, że ma za dużo czasu na myślenie...i wymyśla różne głupoty...Zgrzytnęłam tylko zębami, bo była 4.30 i miałam jeszcze szansę na godzinę spokojnego snu i przyłozyłam głowę do poduszki...bzzzyyyttt... następny sms- ta sama moja kochana kolezanka- o treści \"głupia ja głupia, przecież jest przesunięcie czasu i jest 6.30!\" Nie czekałam na dalsze sensacyjne wieści dotyczące czasu i jego przesunięć i wyłączyłam komórkę. W rezultacie wstałam lekko wkurzona i jakaś taka niedospana...a tu słońce na dworze, no koszmar, bo będzie gorąco w biurze i w dodatku pojawił mi się jakiś nerwoból w prawym udzie...i tak właśnie straciłam humor w dniu dzisiejszym... A było tak pięknie....ostatnio nic nie pisałam o rowerze...a ja o tym sprzęcie nadaję tak często jak ci informatycy na spotkaniu towrzyskim (w ujeciu anektodytycznym) Panowie, powiedział jeden z nich, przecież my ciagle gadamy o komputerach i oprogramowaniach (i o czymś tam jeszcze , każdy może wstawić dowolnie)...a przecież jest tyle innych tematów...No np? spytał jeden, nnnno... porozmawiajmy o dupach....Zapadła chwila ciszy....milczenie przeciagało się, i nagle jeden radośnie skonstatował: a wiecie panowie, mój komputer jest coś ostatnio do dupy... Mój rower nie jest do d...y:-) ale brakuje mu paru istotnych elementów, np. błotników, o czym dość wyraźnie przekonałam się ostatnio. W sobotę pojechałam do Mamci, coby razem z nią, już samochodem ruszyć na działkę. Jechałyśmy same, bo Sister został potraktowany ulgowo..tzn. zapytany przez Mamcię czy ma ochotę jechac odpowiedzieł szczerze i zgodnie z prawdą, że nie...Ja nie miałam tak komfortowej sytuacji, bo prośba do mnie została skonstruowana bardziej kategorycznie. Jeżdzi mi się coraz lepiej, więc dotarłam do Mamci w godzinę i 10 minut, aczkolwiek po drodze przyozdobiłam sobie gustownym rzucikiem błotnym plecy i hmm... to co poniżej pleców. Wyprawa do Piasków Duchownych okazała się dosyć miła, wreszcie pojawiły się widoczne efekty działania ekipy Wieśmakowej w postaci wyższego dachu, dachu, który już teraz jest także nad tarasem, na zewnątrz jest piekny komin (do kominka)z cegły klinkierowej...no i domek ma podniesione poddasze. Wyglada ślicznie, bo nowe elementy są z surowego (prawie białego) drewna, stare z prawie czarnego...komin czerwony i dach ma być tez czerwony...no miodzio... Po powrocie do domu niespodzianka: Mamcia jedzie do mnie na rowerze (no w sensie, że ze mną) na obiad...No dobra....ale to przecież kawał drogi, A Mamci rower jest raczej taki archaiczny...i mało funkcjonalny (popsute przerzutki)...ale jak kto zna Mamusię, to wie, że się z nią nie dyskutuje...Podróż była koszmarna..Dostałam szyjoskrętu od sprawdzania, czy Mama jest nadal za mną...i robiłam kółka powrotne...coby gdzieś nie została...Ostatni kawałek drogi (do promu) był koszmarny...Nie dość, że przez laski (bielański i młoociński), to jeszcze po opadach deszczu sporo błota wszędzie było. Więc jechałam przodem i torowałam drogę...rzucając komendy: nie tędy, spowrotem, tu błoto...Jedno błoto to nawet wciagnęło mi prawie obuw z prawej nogi, ale udało mi się wyszarpnąć i jechałam sobie z takim butem przyozdobionym ...w kolorze rzuciku na plecach. Dorobiłam się też zadrapań na nogach (to te krzaczory, kiedy próbowałam ominąć błoto)..które stanowią niezłą mozaikę z siniakami, które już przyozdabiają moje kończyny. W dodatku Mama marudziła, że zabłądziłyśmy...bo jedziemy inna drogą niż ostatnio. No pewnie, że inną, bo ostatnio dotarłyśmy do promu od strony Kampinosu, a teraz grzałyśmy od Żoliborza...W dodatku Mamcia dziwiła się, jak ja jeżdżę, skoro jestem taka obłocona i podrapana, a ona no proszę - czyściutka....Mimo biernego oporu stawianego przez Mamuśkę udało nam się dotrzeć do domku, gdzie Mamcia zaległa z prasą i winkiem (zanabytym po drodze)na balkonie, a ja zaległam nad garnkami w kuchni...Jak już się wszystko uciszyło, uspokoiło i objadło (bo stary Młody juz czekał na żarełko)...to Mamcia stwierdziła, że jej się nie chce jechać i wróci autobusem...No i pojechała, chociaż miałam wrażenie, że już nigdy nie wyjdzie...Podobno uciekł jej jakiś autobus, więc część drogi pokonała jednak rowerem...Doniosła mi też, że bardzo ją ta droga zmęczyła (mnie też - jechałyśmy 2 godziny!!!!)...co dobrze rokuje na przyszłość...może już się nie wybierze do mnie na rowerze...Bliżej ma do Sistera hihihihi (Łonda- uważaj!)No i chyba mi się humor polepszył...Nie ma to jak poranne skrobnięcie bloga... komentarze (0) edytuj 2004-07-02 09:40:01 osaczona... Zgodnie z sugestią i za zgodą Tatki opowiem, jak krąg ludzi dobrej woli doprowadził Kasię (Tatki laskę) pod nóż chirurga. Otóż Kasieńka ma pewien problem wymagający interwencji jeśli nie chirurgicznej to przynajmniej lekarskiej. Podobno nosi się z nim od dwóch lat, ale jakoś brak jej impulsu, żeby do lekarza się udać i coś z tym problemem zrobić. Od razu wyjaśniam, że od tego się nie umiera. Moja firma ma placówkę medyczną w Katowicach, gdzie szefuje doskonały chirurg i człowiek wyjątkowy dr Krzysiek. Zadzwoniłam więc do niego i spytałam, czy w ramach naszej dobrej znajomości i sympatii wzajemnej nie zerknąłby na medyczny problem Kasi. Zgodził się i poprosił Kasię, żeby do niego zadzwoniła i umówiła się na wizytę. Wiśta wio łatwo powiedzieć...jeśli Kasia nosiła się z problemem przez dwa lata to weźmie teraz i nagle zadzwoni? Do doktora w dodatku...a chała! No cóż...musieliśmy z Tatką obmyślić inny sposób. Sister Łonda obiecała Kasieńce klapki i butki, które trzeba było jakoś dostarczyć do Katowic. Skorzystałam z uprzejmości doktora Krzyśka, który akurat służbowo przelatywał przez Warszawę. Przejął paczuszkę w czwartek i dostarczył do Katowic. Kasia pojawiła się w poradni znienacka (coby głównie zmylić doktora Krzyśka, nie wierząc w jego zapewnienia, przekazane przez mnie, że nigdy nie operuje na pierwszej wizycie) w piątek z ranka mając nadzieję, że może paczuszka będzie, ale doktora akurat właśnie w tym momencie nie będzie. Było i to i to:-) Tak więc Kasi nie pozostało nic innego, jak zapoznać dra Krzyska ze swoim problemem. Problem, jak się okazało wymagał oględzin ortopedy, więc uczynny dr Krzysiek taką możliwość zorganizował. Udała się więc Kasia niejako za ciosem, do ortopedy, gdzie okazało się, że jednak problem trzeba będzie zoperować. Do tego czasu Kasia ma nosić wkładki i buty na grubszej podeszwie. No i dobrze- ucieszył się Tatko- będzie wyższa. Ponieważ termin operacji (jesień) wydał się Kasi dość odległy zapytała śmiało, w jakim szpitalu? No w tym i w tym oświadczył ortopeda. Aaaaa...w tym? No to mam tam znajomą...a jak się nazywa? – spytał ortopeda? Grażynka – odparła Kasia- siostra oddziałowa. Cóż się okazało? Grażynka jest siostrzenicą Kasi i już dawno miała ją umówić z tym właśnie ortopedą, co by do rozwiązania problemu medycznego doprowadzić... Ale Kasia nie lubi prostych rozwiązań, więc dotarła w to samo miejsce dużo bardziej okrężną drogą. „Tak to krąg ludzi dobrej woli, lub pętla, wokół Kasi się zacisnęła i tylko odległa pora roku ją uratowała.” A to już cytat Taty (ale nie z Tacyta), a on sam też wymyślił tytuł tego odcinka bloga. Świat jest jednak dużo mniejszy niż to się wydaje, jest w nim też pełno ludzi życzliwych gotowych pomóc w problemach nie tylko medycznych...A ja za chwilę zasnę, bo ciśnienie znowu na pysk zleciało. No ale przecież dziś piątek! Wiadomo- początek weekendu, więc nie można spodziewać się dobrej pogody...tradycyjnie. A ja ciągle jeżdżę na rowerze, wczoraj byłam na piwku nad Wisłą (no piwko jest niezłym motywatorem) umówiona z koleżanką. Jechałam w warunkach trudnych, bo zdecydowanie pod wiatr, ale za to wracałam w tempie relaksująco-wypoczynkowym...jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, bo nie zdążyłam wrócić przed burzą, która zaskoczyła mnie na jakiś 500 m przed domem...No są to te ujemne strony uprawiania turystyki piwno-rowerowej. Żeby uprzedzić wszelkie pytania niniejszym informuję, że jeżdżę wyłącznie po ścieżkach rowerowych i nie wożę przy sobie prawa jazdy, które można by było mi odebrać za jazdę pod wpływem piwa. I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś...