czarodziejka i ....

środa, września 01, 2004

wrzesień 2005

2004-09-24 08:29:04 bajka Była sobie raz księżniczka. Żyła sobie w swoim zamku z rycerzem z bardzo zachodniego kraju. Żyli tak sobie spokojnie i bez specjalnych wzlotów i upadków i żeby sobie życie uprzyjemnić hodowali kury. Kury były bardzo miłe, miały miękką sierść czasem miauczały, czasem skakały...ale generalnie umilały im życie. Ale księżniczka nie bardzo chciała takiego życia. Może nie do końca umiała przekazać rycerzowi...co by ją uszczęśliwiło...Może hodowla 5 kur w zamku nie była szczytem jej marzeń??? Więc pewnego pięknego dnia powiedziała rycerzowi: słuchaj rycerzu, coś nam tu nie gra w tym naszym wspólnym zamkowym zyciu. Może byś Ty sobie wyjechał na jakie 3 miesiące na swój bardzo daleki zachód i popatrzył, jak życie wygląda od tamtej strony. No faktem jest, że rycerz aktualnie oprócz hodowli 5 kur i śledzenia aktualności sportowych niczym konkretnym się nie zajmował...Ale pomyślał, że to dobry pomysł. Może na bardzo dalekim zachodzie uda się jakieś zajęcie godne rycerza znaleźć i w glorii wrócić do zamku księżniczki. Wyjechał więc tak jak stał. A księżniczka obiecała, że przemyśli ich dalszą wspólną przyszłość i poprosiła, żeby rycerz zrobił to samo. Rycerz pojechał, a ksieżniczka pomyślała...a co tak se będę sama siedziała...poszukam jakiegoś towrzystwa do porozmawiania. W końcu kury najlepszymi współtowarzyszami życia nie są. W magicznym lustereczku znalazła wielu rozmówców i prowadzenie z nimi lusterkowej konwersacji umilało samotne chwile księżniczki. Aż nagle, któregoś dnia poznała księciunia z zachodu. Księciunio był najlepszym rozmówcą, w lusterkowej konwersacji zwyciężył wszystkich innych rozmówców w krótkich cuglach i w ogóle był debeściak. Księżniczka powoli zapominała o rycerzu, którego odesłała do bardzo zachodniego kraju. Właściwie, to pożegnała się już z nim na dobre...tylko zapomniała mu o tym powiedzieć. A rycerz tęsknił i było mu źle. Przyjechał z krótką wizytą do księżniczki i spytał, czy już przemyślała. No to księżniczka, która gołębiego serca była, powiedziała mu, żeby go oczywiście nie martwić, że ma nadzieję, że sobie poukładają życie z 5 kurami w przyszłości...Ale jeszcze nie teraz. Rycerz sobie pojechał do bardzo zachodniego kraju, a księżniczka zadzierzgnęła więzi z księciuniem. Tzn przeszła od konwersacji lusterkowej do rzeczywistej. No nie było to łatwe, bo księciunio na zachodzie mieszkał, a zamek księżniczki bardziej w centrum się znajdował, ale księciunio i księżniczka odnaleźli w sobie pokrewne dusze i nie było przeszkód, których nie mogliby pokonać po to, żeby sobie pozalusterkowo pobyć razem. Księżniczka nadal hodowała kury, ale nie było jej łatwo. Ktoś kto ma hodowlę kur, pewnie by ją zrozumiał. No i trochę trudno jej było, bo zaczęła podróżować na zachód, żeby pozalusterkowo sobie pokonwersować z księciuniem. Jak już mówiłam odnaleźli w sobie pokrewne dusze. Opowiadali sobie o wszystkim...długo i ze szczegółami. Księżniczka o swojej rodzince: księznej pani i księciu ojcu, o swojej siostrze ksiezniczce, co to męża odstawiła i sobie spokojnie żyła , o jej dwóch synkach książątkach łapserdakach, a księciunio jej o swojej żonie i dwójce malutkich dzieciątek, które posiadał na zachodzie. Ale księciunio miał dobre serce i takiż charakter. Bo księciunio znał świat i wiedział, co jest dobre, a co złe. I oczywiście co jest najlepsze dla jego księżniczki. Więc uświadomił jej (wreszcie, po tylu latach), jak bardzo księżniczka jest krzywdzona przez swoją rodzinę...jak egoistyczna jest ta rodzina księżniczki, jak jej nie docenia, a o toksycznym charakterze to już nawet nie wspomnę. Księciunio został przedstawiony, póki co lusterkowo, siostrze księżniczki. I tak sobie o tym i o owym przez to lusterko nadawali...ale siostrze on sie jakos nie spodobał. I powiedziała o tym księzniczce: ty , słuchaj...on jakiś taki upierdliwo-złośliwy jest...jakoś mi bardzo się nie podoba...jak Ty z nim wytrzymujesz? On jest dla mnie najlepszy i my dwa oba to jak jedna osoba odparła księżniczka. No i trudno powiedziała sobie siostra. Skoro tak, to niech sobie żyją długo i szczęśliwie ...wtrącać się nie będę. Ale księciunio nie chciał, żeby się nie wtrącała. Chciał, żeby się z nimi zaprzyjaźniła. Namawiał więc siostrę księzniczki na zadzierzgnięcie przyjaźni. I bardziej siostra się broniła,tym bardziej nalegał. I naciskał i naciskał a siostra była lekko autystyczna i się w sobie zamknęła i dostała autyzmu. No to się księciunio zezłościł i powiedział księżniczce- ta twoja siostra to dziwna jest, jakaś taka autystyczna, nie zna się na żartach , kłamie jak najęta...i przedstawił księżniczce na to niezbite dowody. I w związku z tym, dodał jeszcze, nie chcę, żebyś z tą autystyczną siostrą się zadawała...Ona niedobra jest...fałszywa, wykorzystuje Cię i jeździ po Tobie jak po suchej kobyle...A po co Ci taka siostra? Masz przecież mnie....Ty, księciunio, Ty to masz rację- powiedziała księżniczka, faktycznie, nie zauważyłam, ale ona to jakoś tak faktycznie całe życie mnie wykorzystywała... A ta cała Twoja rodzinka księżniczko, to jakaś dziwna jest...księzna matka toksyczna, ksiąze ojciec bóg wie gdzie....A tam, księżniczko, masz mnie...to po co Ci oni???? Księzniczka przyznała mu rację i postanowiła uporządkować swoje życie. Wyrzuciła stare ciuchy, gazety, niepotrzebne papiery ....i zauważyła kury. Hola kury! A co wy tu jeszcze robicie? Zamek, to nie miejsce dla kur...Pójdziecie na wieś...Tam jest wasze miejsce. Jak powiedziała, tak zrobiła, znalazła kurom dobre miejsce...A kury, jak to kury...Nikt je o zdanie nie pytał. Niektóre to płakały jak jechały na wieś, ale cóż...decyzja została podjęta, a klamka zapadła. A księzniczka żyła jak w bajce. Kursowała na zachód, do swojego księciunia, on też do zamku księzniczki przyjeżdżał i snuli sobie plany dalszego wspólnego życia. Plany szczegółowe i drobiazgowe...może deczko niedopracowane, bo w sumie nie było w nich miejsca dla żony i dzieci księciunia...ale cóż tam. Życie przyniesie pewnie jakieś rozwiązanie. Po drodze jeszcze rycerz z bardzo zachodniego kraju dowiedział się, że do zamku księżniczki nie ma powrotu. Jego czas minął. I już. Niech się cieszy, że nie został odesłany na wieś, jak kury. Bajka nie ma jeszcze zakończenia. Jak będzie, to na pewno je tu umieszczę. A na koniec dodam, że wszelkie podobobieństwo do osób i zdarzeń jest absolutnie przypadkowe. Bajka to bajka.... 2004-09-14 08:04:33 jednak działka... Zaparłam się zadnimi łapami, miałam już więcej nie jechać, koniec, nie i już!. Ale okazało się, ze Mamcia poważnie jednak uszkodziła była sobie rękę na rowerze i trudno-darmo pomóc trzeba. Znowu pobudka o barbarzyńskiej porze w sobotni poranek (7.00)i jazda na działkę. Okazało się, że przyjechał pan elektryk i panowie alarmiści, więc już w tej chwili działka jest oświetlona i pilnowana. Na uprzejmy wniosek Mamci zabawiłam się w ogniomistrza i spaliłam to, co Mamcia z działki uparcie sprząta. Uparcie, bo działka jest leśna, otoczenie domku wygrabione, a Mamcia grabi nadal...Nie słucha tłumaczeń, że las to las i nikt go nie sprząta (no może jedynie wewiórki)i z uporem maniaka grabi szyszki i igliwie (a ile patyczków! a jaki bałagan!!!!). No to paliłam cały boży dzień...O suchym pysku...bo jak się okazało, Mamcia, która na każdą, nawet najkrótszą wyprawę zabiera prowiant, którym można wykarmić pół średniej wielkości wioski, tym razem nie wzięła nawet wody....Jednak czas spędziłam cudnie. Było piękne słonko, zaległam sobie na leżaku (taki specjalny, co to stópki się ma wyżej niż głowę), przeczytałam dogłębnie sobotnią wyborczą i tylko od czasu do czasu podrzucałam do ognia...Mamci zastrzegłam, że w niedzielę ruszam na rower, żeby mnie nie planowała do swojego życiorysu. Co niniejszym uczyniłam...Tzn. z lekkim opóźnieniem, bo po działce jeszcze zaliczyłam imprezkę u znajomych (robiłam za kierowcego, więc ani kropli!)i spałam aż do 11. Nawet byłam zła na siebie (za tę śpiączkę), bo na rowerze już dawno nie hulałam...ale już o 11.50 siedziałam na siodełku i dziarsko kręciłam pedałami. Zaczynam podejrzewać, że mój licznik się rozregulowywuje, bo udało mi się osiągać prędkość (w porywach oczywiście) do 32 km/h. Trasę zrobiłam tak ponad 60-kilometrową (zaliczyłam Powsin) i bardzo dobrze mi to zrobiło. Poprawiłam swoją blaknącą nadmorską opaleniznę, wypiłam dwa piwka po drodze i byłam bardzo, bardzo szczęśliwa. Być może jeszcze ruszę w tygodniu, chociaż szybko robi się ciemno...a po ciemku, to ja mogę, ale tylko na nocną masę (mam nadzieję, że tym razem już mi nic nie przeszkodzi) I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś:-) 2004-09-09 08:11:27 związek ...suplement pisząc bloga o związku (który , jaki jest, każdy powinien wiedzieć) zupełnie zapomniałam o uroczym dialogu, jaki udało mi się przeprowadzić z panem X. Ten tekst, tak jak poprzedni, składa się głównie z cytatów...ale chyba oddaje podejście niektórych panów do tematu związku(ów) kontakt Witaj, Czy wchodząc do Sympatii chciałabyś poznać potencjalnego partnera życiowego czy interesuje Cię tylko wymiana poglądów? Z pozdrowieniem, Pan X Re: kontakt Hm...trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wchodząc do Sympatii (czyli ponad rok temu) miałam nadzieję, że poznam kogoś....Poznałam kilka osób (płci obojga), ale partnera życiowego (strasznie poważnie to brzmi) raczej nie. Widzę za to ludzi pokręconych, poranionych, mających problemy i próbujących swoje frustracje przerzucić na innych ludzi. Od pewnego czasu zmieniłam nastawienie i siedzę tu (pewnie przedłużę członkostwo) bo lubię pisać bloga. Czaro Re: kontakt Hm...jesteś kobietą rozwiedzioną a więc byłaś w związku i mam nadzieję, że decydując się na zamążpójście zdawałaś sobie sprawę z uroków tego stanu. Na pewno Twój partner był partnerem życiowym przez jakiś czas. Być może teraz masz inny pogląd ale nie można do końca patrzeć li tylko przez pryzmat nieudanego małżeństwa. Zamieściłaś swoją fotografię a to też ma swoje znaczenie i nie wierzę, że tylko dla pisania bloga. No cóż, jeśli jednak interesuje Cię tylko blog, to życzę ciekawej tematyki do pisania, a jeśli masz jeszcze ochotę na związek partnerski to proszę o kobiecy gest, Z pozdrowieniem, Pan X Re: kontakt Hmmmm...wysnuwasz za dużo wniosków, nie znając mnie zupełnie. Aż mam ochotę zapytać, czy poczytałeś chociaż trochę mojego bloga (do tego przecież namawiam na swojej stronie), może byś zrozumiał moje intencje. Fotografie są po to, żeby ludzie mogli zobaczyć z kim mają do czynienia, wydaje mi się, że to uwiarygodnia profil. Nie uważam swojego małżeństwa za nieudane, wprost przeciwnie, było bardzo udane, ale nie zawsze wszystkie związku kończą się happy endem. Próbowałam Ci przekazać, że nie jest moją intencją znaleźć tu partnera życiowego. Jestem osobą, która lubi poznawać innych ludzi, nawiązywać przyjaźnie (nie tylko z mężczyznami). Jeśli przy okazji takiej właśnie znajomości (zawartej nie tylko przez, albo dzięki internetowi) coś zaiskrzy i zacznie się budować trwalsza znajomość, to bardzo się ucieszę. Twój list odbieram tak: jesteś tu wystawiona (łącznie ze zdjęciami) jak na targu i nie kręć, że nie chcesz tu nikogo znaleźć. Jeśli szukasz partnera to się ze mną umów, a jeśli nie, to sobie pisz tego bloga. Jeśli w ten sposób próbujesz mnie zmusić, żebym się określiła, to powiem Ci, że wolę pisanie bloga.... Czaro Re: kontakt Do niczego Cię nie zmuszam, (kwestia interpretacji), masz prawo wyboru - odpisać lub dać sobie spokój. Nie należę do tych co szukają pocieszenia i przyjaźni w internecie. Zdecydowanie wolę real. Masz rację, jest dużo osób zakręconych, którzy szukają, być może, inspiracji do wyjścia z monotonnego życia lub odreagowania od codziennych zajęć,(gimnastyka umysłowa). Z pewnością nie miałem chęci a nawet czasu na korzystanie z tej sfery internetu w czasie trwania związku partnerskiego ale mogę zrozumieć Ciebie i Twojego ewentualnego tolerancyjnego partnera (jeśli by o tym wiedział). Sympatię traktuję jako coś, co inicjuje, bądź nie, ewentualne przyjaźnie lub związki ale w realu. Życzę miłego i owocnego nawiązywania kontaktów, Pan X związek partnerski Lubisz chyba te dwa słowa: związek partnerski...przecież od takiego określenia cierpną zęby...to prawie tak samo niemiłe jak obowiązek małżeński.... Nie wiem jak Ty, ale jeśli ja czegoś w życiu szukam, to po prostu miłości, a Tobie życzę udanych ZWIĄZKÓW PARTNERSKICH ( w dużej ilości) Czaro Re: związek partnerski Może zaskoczę Cię ale nie cierpię takiego określenia, wolałem już "związek małżeński". Ale jak nazwać związek obu płci tworzący jedną całość pod niemal każdym względem? Konkubinacki - wolę partnerstwo. Czy uważasz, że w partnerstwie nie ma uczuć? Oczywiście, że są osoby, które szukają tylko miłości ale w takich przypadkach to uczucie jest przelotne. Zdecydowanie wolę przyjaźń - partnerstwo a wtedy zawsze jest dużo miejsca dla uczuć - empatii-altruizmu. Mam wrażenie (może się mylę), że lubisz życie bez żadnych zobowiązań, to życie próżne aczkolwiek przyjemne. Można wiele brać nie dając nic w zamian. Dla mnie jednak miarą wartości, w tym przypadku, jest ilość dawania. Życzę Ci jak najwięcej trwałych miłości, Pan X Nie podjęłam dialogu...Nie bardzo chcę rozmawiać z człowiekiem, który nie znając mnie zupełnie (nawet z wymiany listów i poglądów) wie już, ze jestem próżna i lubię życie bez zobowiązań... 2004-09-08 08:18:02 zasłyszane...z pamiętnika młodego lekarka Lubię dzielić się zasłyszanymi a z życia wziętymi historyjkami. Mąż mojej koleżanki wieki temu jeździł jako młody lekarz w pogotowiu. Dostał wezwanie od sąsiadów, którzy donieśli, że z pierwszego piętra na samochód wypadła kobieta. Ekipa dojechała na miejsce i znalazła tylko samochód z nieco naruszonym dachem. Udała się więc na pierwsze piętro, gdzie, po odgłosach libacyjnych dochodzących z wewnątrz bez trudu zlokalizowała melinę, z którego mogła wypaść ofiara. W środku zastali libację w toku i kobietę leżącą na wersalce, przykrytą kocem. Kobieta wygladała normalnie, na zadane pytanie, jak się czuje odpowiedziała, że świetnie...tylko kształt nogi pod kocem zaniepokoił lekarza. Odkrył koc i okazało się, że kobieta ma złamanie otwarte nogi, ale jest kompletnie znieczulona alkoholem i jakby nie zdaje sobie sprawy z tego, co się z nią dzieje. Lekarz ją bada, wyjaśnia, że ma złamaną nogę i pyta, gdzie sobie to zrobiła. Na co kobieta , lekko zacinając się, z godnością odparła: byłam na wernisażu...Pewnie, że jest to lepsza opcja, niz przyznać się, że konkubent albo inny libacjator wyrzucił ją przez okno z pierwszego piętra... 2004-09-05 20:01:22 związek jaki powinien być, każdy wie... ale, żeby nie było niedomówień napiszę, jak ja widzę związek damsko-męski. Albowiem zdarzały mi się na tym tle ostatnio nieporozumienia z niektórymi przedstawicielami płci przeciwnej. Po pierwsze primo : nie szukam męża, bo nie wiem, czy mam siły i ochotę powtarzać pewne doświadczenia z mojego życia...co nie oznacza, że preferuję kontakty typu seks na telefon, albo jeszcze oszczędniejsza wersja występująca w naturze: seks na sms...ładnie brzmi...nieprawdaż? Siedzę sobie i czekam, aż przyjdzie sms o treści "bądź u mnie dziś wieczorem o 19.30". Nie będę...nie podoba mi się ten system i już. Po drugie primo jest sporo rzeczy, które można robić we dwoje (oprócz nadmienionego już wyżej seksu): iść do kina, teatru, na wystawę, pójść potańczyć, do kawiarni, pojechać gdziekolwiek, iść na basen, na rower, na spacer...No nie chce mi się wymieniać, ale wydaje mi się, że katalog tych czynności jest dosyć rozbudowany... Nie będę do tego pisała, jaki ma być ten wymarzony do związku, bo to bez sensu...cokolwiek bym w opisie umieściła, zawsze coś będzie nie tak. Ostatnia wersja jest mocno humorystyczna stawiająca na poczucie humoru u tego ewentualnego domniemanego...(poczucie humoru, to coś, bez czego nie wyobrażam sobie wspólnego bycia we dwoje). No i doigrałam się! Bardzo proszę, poniżej treść listu, który otrzymałam od (nie)Sympatycznego rozmówcy "Andrzej,ochłoń.OPISIE MÓJ WYMARZONY,,,,,,ŻYCZE CI POWODZENIA TERAZ WIEM DLACZEGO JESTEŚ PO ROZWODZIE,CHŁOPINA CHODZIŁ DO FABRYKI NA 3 ZMIANY,I JEGO NIE BYŁO STAĆ ŻEBY UTRZYMAĆ....TO...NAWET MISS AMERYKI NIE MA TAKICH MARZEŃ,MAM JESZCZE PYTANIE TRZY MASZ JAKIŚ ZNAIOMYCH???MYSILE ŻE NIE!!!!CZY TY WIESZ JAKA JEST WARTOŚĆ CZŁOWIEKA?" auć....dostało mi się...nie pomyślałam, ze ktoś mógłby przypuszczać, ze wyznaje się takie wartości, jak zamieszczone w moim opisie. No to tu ogłaszam: UWAGA UWAGA!!!! mój opis, zwłaszcza opis wymarzonego partnera jest skonstruowany na tzw. jaju i proszę go tak do serca nie brać... Są jednak tacy, których moja strona kusi do dokonywania szczegółowej analizy. I bardzo proszę, poniżej garść uwag na temat mój, mojej strony i bloga. Wymieniając maile z kolesiem zapytałam, czemu uznał moją stronę za interesującą (to jego słowa!) otrzymałam w odpowiedzi: "Brak dystansu do ludzi, mimo dlugiego stazu na sympatii. Nieumiejetnie ukrywana samotnosc. Nieumiejetne ukrywanie faktu, ze jestes tu przede wszystkim,a moze i wylacznie po to, aby znalezc partnera. Tak sobie pomyslalem, ze w swoim profilu ujawniasz cechy, ktore nie pasuja do zawodu, ktory wykonujesz. A raczej funkcji, jaka pelnisz. Postanowilem zatem napisac i dowiedziec sie, jaka jestes." No i wreszcie ktoś mi wyrąbał prawdę w oczy.... Tylko po co pisze, żeby spytać jaka jestem? Sam to już sprytnie rozszyfrował... A po co miałabym tu być? Żeby grupowo zbierać grzyby? Czy założyć kółko hafciarek? No może chociaż bloga oszczędził? a nie! chała! jak by powiedziała Chmielewska... "Przed chwila poczytalem twoje blogi. Tylko kilka. Ladnie piszesz, choc mnie to nie interesuje, bo zazwyczaj czyjas codziennosc nie jest interesujaca. Poza tym naszla mnie taka mysl, zebys nie interesowala sie kims, kto napisze ci, ze przeczytal wszystkie twoje blogi i jest nimi zachwycony Zgadnij dlaczego?" I nie wiem dlaczego...nikt go siłą nie zmusza do czytania tego, co tu jest...zwłaszcza, że blog jest formą pamiętnika...siłą rzeczy traktującego o mojej codzienności...No i nie wiem, czemu nie byłabym zainteresowana kimś, kto by mi powiedział, ze przeczytał wszystkie moje blogi...Bo by się zestarzał przy czytaniu??? Trochę tego spłodziłam......Bo by poznał wszystkie moje skrzętnie skrywane sekrety? Bo piszę szyfrem? Tego się niestety nie dowiem, bo po mojej odpowiedzi, przyznam, że wyczerpującej, skomplikowanej, zawikłanej i długiej nie odezwał się więcej. No bardzo przepraszam, ale na potyczki słowne, to jeszcze nikt ze mną nie wygrał...Trochę podobno szkoda na to czasu, ale potraktowałam ten eksperyment jako część doświadczenia sympatycznego i nie żałuję... 2004-09-05 19:20:54 działka = neverending story... no i mam nadzieję, że to już po raz ostatni w tym roku wracam do tematu działki...wyszła mi wszystkimi możliwymi bokami już. W każdym razie ostatnią sobotę spędziłam uroczo. Pobudka o 6.30 (ratunku !!!! to sobota, jeden z dwóch dni w tygodniu, kiedy mogę spać do oporu), podróż na Bródno po półciężarówkę marki KIA. No i nieźle się zaczęło...wg instrukcji udzielanych mi przez kierowcę, od którego ciężarówkę pożyczyłam należy unikać policji, bo: nie ma hamulca ręcznego, a opony tylne są łyse...a w ogóle gdyby padało, to ostrożnie, bo w deszczu może zarzucać (opony!). Z duszą na ramieniu i starym Młodym u boku (jemu też nie było łatwo, po nocnym clubinngowaniu spał 3 godz.) ruszyłam do Mamci. Stamtąd pobrałam kanapę dla starego Młodego (znosiliśmy razem) i z powrotem do domku, po drodze po młodego Młodego, bo kanapa okazała się cięższa niż zakładał stary M. i tenże synuś mój ukochany chciał matkę czyli mnie oszczędzić. Kanapa została w domu osadzona, z domu pobrane łóżko (robione pod wymiar na Młodego), łóżko do domu młodego Młodego, stamtąd inne łóżko, które miało jechać na działkę. W zasadzie miała być jedna operacja, tzn. przewiezienie kanapy (wraz z innymi gratami) na działkę, ale Młodemu coś się żal zrobiło tej kanapy (zwykła finka) i wymyślił ten plan zamiany łóżka na kanapę, a łóżka na łóżko.... Odbyło się to w miarę sprawnie, oprócz tego, że trójka w autku nie wchodziła, a jak wchodziła to znienacka wyskakiwała, więc trzeba ją było trzymać ręcznie, no i zatankować po drodze, po na rezerwie samochód był. Dało się nim jechać nawet 120/godz. ale zaczął padać deszcz...a ja samobójczynią nie jestem, w dodatku wiozłam kwiat młodzieży w postaci swoich młodych. Po drodze miałam lekkiego stresa z powodu kotów, bo kiedy młodzi wynosili i wnosili rzeczy do naszego domku zostawili drzwi na oścież otwarte. Kiedy wpadłam do mieszkania, okazało się, że nie ma w nim kotów. Natychmiast zarządziłam akcję poszukiwawczą, bo okazało się, że żaden młody nie pomyślał, żeby koty gdzieś bezpiecznie zamknąć. Jeden człon akcji poleciał na górę, drugi na dół, ja nawoływałam w domu. A powiedzieć należy, że koty zawsze czatują pod drzwiami wejściowymi i jak tylko się je otworzy wypryskują na klatkę schodową, całe szczęśliwe z powodu wyrwania się na wolność...No rozpacz w czarne groszki, kotów brak...Wreszcie cos tknęło starego Młodego i sprawdził w schowanku kocim (za moją kanapą). Okazało się, ze tkwiły tam kociny sparaliżowane ze strachu, podejrzliwe do granic możliwości na tę znienacka otwartą przed nimi wolność...Mogliśmy ruszyć spokojnie kontynuować akcję zameblowywania działki. Jeszcze tylko fotele, krzesło , kuchenka gazowa i inne skarby z mamciowego domku i w drogę. Nie tak raźno, bo jak już mówiłam padało, ale i tak dojechaliśmy w jednym czasie z mamcią, więc młodzi byli szalenie usatysfakcjonowani wyczynami swojej matki za kierownicą półciężarówki. Po wyładunku tego naboju z samochodu ruszyliśmy w drogę powrotną zasłaniając się koniecznością zwrotu autka (prawda!!!) i odmawiając pozostania na działce opanowanej przez żrące komary. Podobno trzeba przeżyć coś złego, żeby docenić to dobre co się ma. Kocham swoje autko i nie wstydzę się do tego przyznać. W zasadzie wyprawa tak mnie zmęczyła, ze zległam spać...Podniosłam się na 1,5 godziny, co by młodego Młodego dostarczyć na jakąś imprezę i wróciłam do domu ...spać. Po wyczynach dostawczo- roboczo-dżwigajacych nie miałam siły na nocna masę rowerową...czego żałuję...Ale dziś tez nie robiłam tego co lubię i co bym chciała z powodu malutkiej (ze względu na ilość uczestników) rodzinnej imprezki...Na szczęście jest już po...a ja sobie piszę i jeszcze napiszę, bo mam pomysł na jeszcze jeden