czarodziejka i ....

czwartek, grudnia 02, 2004

rocznica

No właśnie minął rok (a raczej minie 17 grudnia) jak zaczęłam pisać bloga. To był zwykły rok, ani specjalnie dobry, ani specjalnie zły, ale jak co roku mam nadzieję, że ten nowy bedzie wreszcie lepszy. Grudzień jakoś tak budzi skojarzenia ze stanem wojennym i właśnie coś mi się przypomniało z tamtego okresu. Jest to wydarzenie, które pierwsze przychodzi mi na myśl, jak pada hasło "stan wojenny". Otóż w związku ze ślubem, ktory miał miejsce w sierpniu trzeba było jakieś zaświadczenie pobrać z gminy mojego Eksia. Gmina okazała się prawdziwą gminą, jako, że Eksia rodzinny dom mieścił się pod pewnym większym miastem. Tak więc droga wiodąca do gminy była pełna wykrotów i wybojów, co ma znaczenie dla tej właśnie historyjki. Aby załatwić to zaświadczenie, trzeba się było udać do ww urzędu, co niniejszym uczyniliśmy anagażując do roli kierowcy exteścia. Wydarzyło się to jakoś w mroźny dosyć dzień, więc mógł być to albo styczeń albo luty. Exteść był szczęśliwym posiadaczem syrenki 105, która charakteryzowała się tym, że drzwi miała osadzone na zawiasach umieszczonych nie na przednich a na tylnych krawędziach otworów wejściowych. Po otwraciu drzwi Sajrens wyglądał jak piękny, wielki niebieśiutki motyl. Samochód miał swoje lata, nie wszystko w nim działało perfekcyjnie...np. szybka wymagała ręcznego wspomagania (w sensie podnoszenia czy opuszczania przy pomocy rąk - bez pośrednictwa korbki). Exteściu zasiadł w Sairensie ogacony we włóczkowy berecik. Ruszyliśmy pełną parą przez wyboistą drogę do urzędu gminy. Nagle samochód poskoczył na jakiejś grudzie, szybka opadła, a teściowy berecik wyskoczył przez okno. Do tej pory, jak sobie przypomnę tę scenkę, to się uśmiecham. I dziś tez ją przywołałam, bo jakoś tak uśmiechu mi dziś bardzo potrzeba.