czarodziejka i ....

poniedziałek, stycznia 22, 2007

o tym jak chude ryby wyłopotały się na patelni...

Ja wiedziałam, że tak będzie...aha aha...ja wiedziałam, że tak będzie...Wiedziałam, że dnia nie bedę mogła zaliczyć do udanych, kiedy w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej powiedziałam panu murarzowi, ze bedzie sobie mógł (już jako pracownik, a nie kandydat- czyli w przyszłości) wziąć w ciagu miesiąca zaliczkę na podatek dochodowy...w wysokosci 100 euro tygodniowo, albo 300 euro miesięcznie. Dopiero jego szeroko otwarte ze zdumienia oczy powiedziały mi, ze poszło mi coś nie tak...A zaliczka miała byc na poczet pensji. Potem było prawie normalnie, oprócz tego, że z powodów opadowych Warszawa znów zamieniła się w jeden wielki, nabzdyczony korek. W międzyczasie odechciało mi się iść na łyżwy (chociaż ruch na świeżym powietrzu napędziłby mi endorfin i spowodował lepsze samopoczucie)... Całe szczęście, że znowu zaczęło padać, w porze, kiedy miałam zacząć ślizgawkę. Poprawiło mi to samopoczucie tylko na chwilę. Ale tylko na chwilę, bo łazi za mną kromka świeżego razowca ze świeżym masłem i spokoju mi nie daje...No bo jestem na diecie kopenhaskiej, 13-dniowej. Na szczęście jeszcze tylko dwa dni. Ale jutro mam mieć na obiad rybę. Chudą. 25 dag. Jak rozpoznać w filecie, czy ryba była chuda? Czy gruba? W dodatku okazało się, że mam jej za mało, żeby się podzielić z kotami. A jak się zaczyna obrabiać cieplnie rybę, to objawy kociego głodu etiopskiego wzrastają o 150% i objawiaja się przeciagłym wyciem i niecierpliwym spojrzeniem głodnych kocich ócz. No i spróbuj wtedy zapakować ugotowaną rybę i ją schować! No to poszłam do sklepu i wygrzebałam spod stosów burgerów rybnych jakiegos tam kapitana filet z mintaja. Wyglądał chudo, to go wzięłam. Taką rybę w wydaniu dietetycznym (i z przeznaczeniem dla kotów) to ja gotuję na patelni w małej ilości wody. Bo tak. I bez komentarzy proszę. Jak już ryba pławiła się na patelni to przyszłam do pokoju zajrzeć na zaprzyjaźnione forum. I diabli nadali jedną taką szaloną, co zazwyczaj wznieca awantury i pluje jadem. No przyznaję się, dałam się wciagnąć w głupią dyskusję, nawet trzy razy zabrałam głos....ale kocie wycie w duecie przypomniało mi o rybie. Nie wiem dlaczego, cała woda z patelni przedostała się na kuchenkę...W końcu patelnia była dosyć szczelnie zakryta pokrywką...A to co zostało na patelni (czyli ryba...) mocno sie skoncentrowało. Żeby nie przedłużać powiem, że z 75 dag mrożonej ryby zostało mi ledwie 25 dag. Czyli tyle, ile potrzebowałam. Od razu sobie pomyślałam, że ryby, tajemniczym sposobem, wyłopotały się na patelni. No i będzie dygresja, bo bez niej nie da się zrozumieć tematu. Daukszewicz niejaki Krzysztof ma świetny tekst o tym, jak to na obozie harcerskim, wieki temu, za czasów wielkiej miłosci polsko-radzieckiej ktoś pod...prowadził w nocy wszystkie flagi. Te zaprzyjaźnione też. A trzeba było niestety z takich zdarzeń pisać raporty. Oczywiście najprostsze wyjaśnienie hasłem "kradzież" nie wchodziło w grę. Druh drużynowy zamknął się w namiocie i prawie siwy ze zgryzoty, przy wsparciu półlitrówki (pewnie wody bo harcerze przecież nie piją alkoholu) myślał przez noc całą, jak by tu zgrabnie opisać zawłaszczenie flag zaprzyjaźnionego narodu. No i podobno z oczami w kolorze tychże zaprzyjaźnionych sztandarów, po ciężkiej nocy wysnuł się z namiotu z pomiętą kartką w garści. Kartka zawierała treść następującą « Na cześć drużyny radzieckich pionierów flagi wyłopotały się na wietrze ». Zupełnie jak moje ryby dziś. Tylko na patelni. A koty? No dobra, wzięłam z lodówki dwie przystojne kostki mintaja i starą metodą wrzuciłam na patelnię (inna już, mniejszą). Po chwili (no może po paru, bo obserwowałam postęp bezsensownej dyskusji z szaloną internautką na naszym forum) ryba zmieniła formę. Koty zjadły dziś przypieczoną na wodzie rybę. Były bardzo zadowolone. Chyba. Bo ryba znikła z miseczek. Oczywiscie musiałam coś zrobic z wodą z kuchenki. I to nie był problem. Problemem jest zapach (jesli mogę to tak określić), który pozostał w kuchni po tych operacjach. Rybna woda była nie tylko na kuchence. Podłodze sie też dostało i szafce tuż obok...Koty wygladaja na zadowolone....Chodzą i się zaciagają.... Nic więcej nie zamierzam obrabiać na kuchence. W dniu dzisiejszym, może do jutra ten charakterystyczny « zapach » się ulotni... Czego sobie i państwu życzę.

2 Comments:

  • Tak to jest jak robisz kilka rzeczy naraz, a tak na marginesie, to ostatnimi czasy, twój blog zrobił sie strasznie zoologiczny i ichtiologiczny, znaczy się dużo w nim kotów no i ryb, niewazne w jakim stanie :-) buziaki :-)

    By Anonymous Anonimowy, at 7:26 AM  

  • to nie jest robienie kilku rzeczy naraz...to zgubny nałóg przesiadywania w necie :-)już prawie zresztą pohamowany. A, że zwierzaki? Czasem one sa bardziej życzliwe i kochane niż ludzie...

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 2:33 PM  

Prześlij komentarz

<< Home