
Święta święta i po świętach...Jak zwykle zresztą. Ale zanim zapomnę, to coś ku pamięci zostawię, bo te Święta (zresztą jak i każde inne) przeleciały kurcagalopkiem...jak ten reniferek z TVNu (świąteczny przerywnik, ale mój ulubiony)- juhuuuu .... i już go nie ma :-)
Święta jak zwykle przebiegały nietypowo...To już taka rodzinna tradycja. Uczciwie muszę przyznać, że miałam potężne wsparcie w postaci Młodych..Najpierw młody Młody, a potem stary Młody dzielnie mnie wspierali w przygotowaniach. I właśnie z młodym Młodym zanabylismy niedużą choineczkę w doniczce. Choinki sprzedawała sucha i mała babina, więc z pewną taką nieśmiałością poprosiłam o zapakowanie choineczki w coś tam (no taka siata do oplotu choinek....się wpuszcza choinkę w taką tubę i wychodzi spętana jak szynka wielkanocna). Z nieśmiałością, bo babina sprawiała mizerne wrażenie. Ale jak to pozory mylą! Kobiecinka wprawnym gestem chwyciła choinkę za czubek, pociagnęła ją za sobą w kierunku tuby i bez najmniejszego wysiłku opakowała ją w siatę. Z powodu braku innego miejsca choinka jechała z przodu, na miejscu pasażera, Młody więc musiał uplasować się z tyłu. Stratę poniosłam tym razem niewielką, albowiem gdyż przy tych manewrach tylko jedno jajko uległo uszkodzeniu (dało sie go przerobic na jajecznicę dnia nastepnego) ...więc chyba powinnam napisać, że strat nie było.
Choinka przy pomocy rąk Młodego szukała swojego miejsca w pokoju i kiedy je już znalazła wydawać by się mogło, że szczęśliwie pozostanie w tymże miejscu do 3 Króli. Ale gdzież tam. Nawet sama nie wiedziałam, że babina handlowała podstepnymi choinkami. Ta moja postanowiła mnie udusić....Odkryłam to późnym wieczorem, kiedy to duszności nie pozwalały mi usnąć. Przeniosłam się więc do innego pokoju i moja teza o wrednocie choinki została potwierdzona. W związku z powyższym, nastepnego dnia oddaliłam się z domu prosząc Młodego o zabranie tej duszącej sztuki w mozliwie jak najkrótszym terminie.
Za późno było niestety na poszukiwanie jakiejś mniej wrednej, a więc raczej sztucznej choinki. Więc rolę choinki odegrała znakomicie kocia rodzina.

Oraz inne elementy swiatecznej instalacji, której współautorką była Wisienka, która odwiedziła mnie w wigilijny dzionek.

Tak sobie spokojnie plotkowałysmy o tym i owym...a ja w tym czasie dogladałam 10 kg (prawie) kapusty z grzybami.A grzyby przyjechały aż z Zielonej Góry. Ale pozostało już po nich tylko wspomnienie :-). Dziekujemy Ci Juli.
A kapusta z grzybami to ulubione danie Młodych i już dawno zrezygnowalismy z bigosu na rzecz owej kapusty. Dogladałam jeszcze maku....A czasu miałam sporo, bo Młodzież znowu zaczynała wigilię u exa. No i znów przyszli do mnie nie dość, że późno, to jeszcze najedzeni. W przyszłym roku ja bedę pierwsza :-) Ale w ramach rekompensaty spakowałam Młodzieży (tej starszej) wszystko, co mi zostało. Więc nic się nie zmarnowało. Część oczywiście zaległa w żołądkach. Moim też oczywiście. I powtórzę tu za moja ulubioną Dorotką...Jak to dobrze, że są dresy, czyli spodnie na gumkę. I było spokojnie i leniwie i nagle okazało się, że już po Świętach.
3 Comments:
A ja świąt nie kocham, ale jak poczytałam bloga to mi sie tak błogo na duszy zrobiło...to pewnie przez te dekoracje...śliczne....chyba w przyszłym roku odgapię :-)dobrze,że uwieczniłaś (dekoracje) na fotkach...buziaki:-)
By
Anonimowy, at 6:39 AM
A ja świąt nie kocham, ale jak poczytałam bloga to mi sie tak błogo na duszy zrobiło...to pewnie przez te dekoracje...śliczne....chyba w przyszłym roku odgapię :-)dobrze,że uwieczniłaś (dekoracje) na fotkach...buziaki:-)
By
Anonimowy, at 7:04 AM
a ja lubię ten nastrój przed i świateczny ...i lubię stać na garami, chociaż czas włożony w przygotowanie ma się nijak do czasu świętowania :-)
By
Anna Czarodziejka, at 9:13 AM
Prześlij komentarz
<< Home