żyję, żyję i kwitnę...
Ostatnio jakoś zaczęłam żyć intensywniej, co przekłada się na mniejszą ilość pisania tutaj. Ale w końcu muszę, bo mi niektóre ważne pouciekają. Właściwie, to dzieją się rzeczy bardzo przyjemne. Wczoraj np zupełnie niespodziewanie dostałam niewielką kasę z Urzędu Skarbowego. Do tej pory układ był odwrotny, tzn głównie to ja płaciłam Urzędowi. Zwrotu podatku na pewno nie miałam, ale nie zamierzam dochodzić, skąd ta kasa. Wzięłam i wydałam i już. Podobno jak zapłacili to odebrać już nie mogą.
Oczywiście najprzyjemniejszym aktualnym tematem jest zmiana pracy. Nowa potwierdzona i czeka, a w starej pracuję wolniutko, dokładnie i przez 8 godzin dziennie. Po raz pierwszy od 4 lat bez stresu i napięcia. I tak się chyba powinno pracować. Wprawdzie zupełnie niespodziewanie moja szefowa stwierdziła, że mimo krytycznej oceny mojej pracy puścić mnie tak od razu nie może...No może nie z końcem września, a z końcem października... Ale ja jej z błędu wyprowadzać nie będę. Moja astma ma już dosyć pracy tu i teraz i podejrzewam, że wytrzyma tylko do końca września :-)
W ramach pracy nad ciałem wykupiłam karnet w moim ulubionym klubie i na razie ćwiczę ile wlezie. Ale los był dla mnie łaskawy (albo klub) i w nagrodę dostałam śliczna torbę sportową w żółciutkim kolorze. Taka promocja była...A co :-)
A dla ducha (chociaż dla ciała podobno też) postanowiłam wreszcie sprawdzić tai chi. Przymierzam się do tego od dwóch lat, ale ponieważ nikt z mojego otoczenia nie ćwiczy, to trudno mi było zlokalizować te właściwe zajęcia w Warszawie (jak się okazało przedtem trafiałam na te niewłaściwe, czyli nieautoryzowane). Jak się chcesz uczyć, to podobno mistrz się znajdzie. Więc się znalazł. Ale na razie w ramach niezapeszania nic nie powiem. Dziś na tai chi wybieram się po raz drugi i w dodatku Dorotkę od salsy zwerbowałam.
Ale żyję, żyję i kwitnę (jak to sobie wstawiłam w opisie na gg) i czuję się doskonale. Pogoda pozwala jeszcze trochę pojeździć na rowerze, a jeszcze jakby mi było mało, zapisałam się testowo na kurs tańca. Namówiona przez koleżankę Wisienkę (która organizowała grupę), jakoś weszłam w ten kurs niejako w ciemno. Ale w końcu się okazało, że zajęcia prowadzą niejaki Maserak i żeński Kajak czyli Kamila. A ja tak naprawdę zapisałam się, żeby sobie pokicać (i to fachowo), a nie że to niby TEN Maserak. No wprawdzie było nieparzyście męskich i żeńskich jednostek i ja się ostałam sama, bez pary, ale za to tańczyłam z Kamilą Kajak w parze (ona jako on) i ponieważ podobno trzeba się zakochać w swoim instruktorze, to poważnie biorę pod uwagę związek emocjonalny z Kamilą :-) Całkiem niepoważnie :-)Bo Maserak sie nie pojawił...to w kim mam się niby zaangażować emocjonalnie?


4 Comments:
Aniu...czy to TEN MASERAK?...z tańca z gwiazdami?... Aleś Ty sie rozhulała...tyle rzeczy naraz ćwiczysz...tylko pozazdrościć....buziaki :-))
By
Anonimowy, at 9:31 AM
Ten sam :-) Ale go nie było...Tylko Kamila (tańczyła z Oliwierem Janikaiem) :-)ale ogólnie to mnie rzeczywiście nosi:-)
By
Anna Czarodziejka, at 9:32 AM
Sama znane mi (z prasy) nazwiska.... Ty to masz szczęście :-)
By
Anonimowy, at 9:36 AM
Mam szczęście, ale ten kontakt z nazwiskami to tylko drobny bonusik od życia :-) Szczęscie leży zupełnie gdzie indziej...
By
Anna Czarodziejka, at 9:49 AM
Prześlij komentarz
<< Home