czarodziejka i ....

wtorek, lipca 11, 2006

wakacje na czterech kółkach cd

Dzień 5 – czwartek Pogoda jakby gorsza. Znaczy się damska pogoda, znaczy się dmucha. Postanowiliśmy znów odwiedzić Kołobrzeg. Ale okazało się, ze wiatr był podstępny...i niezależnie od tego, w którą stronę jechaliśmy dął nam co sił w twarz...No i wydmuchał te tam alergeny czy inne cuda, wiec z powodu częściowej utraty oddechu nadawałam się tylko na powrót do domu. Z ciekawostek, na które natknęliśmy się po drodze należy wymienić samochód, który miał cudny napis Śnieżka. Wyobraziłam sobie pod tą nazwą wytwórnię lodów albo pralnię...albo cos innego związanego ze śniegiem albo Śnieżką....A tu chała! Tą cudną nazwą obdarzona została wytwórnia wędlin.. Po drodze Bohun snuł marzenia...jak by to było super zrobić sobie piknik na plaży. Taką majówkę w czerwcu. Niezbędnym składnikiem tej majówki miał być kurczak wędzony. Wiśta wio...łatwo powiedzieć..skąd w takim oddalonym od świata i ludzi miejscu (czytaj zadupie) wziąć kurczaka? Objechaliśmy wszystkie sklepy od Dźwirzyna po Mrzeżyno i bupa...Dopiero w ostatnim osiedlowym sklepiku udało się takiegoż kuraka zanadobyć. Do tego cytroneta (czyli reds cytrynowy) i uczta gotowa. Zapakowaliśmy więc cały ten majdan majówkowy i udaliśmy się na plażę. Z powodu silnego wiatru nie atakowała nas brygada Lulka Krwiopijcy. Myślę, że przy takim wietrze trudno było wpasować się w obiekt ataku. Bohun miał teorię, ze znoszone w czasie ataku trafiały w drzewa i uszkadzały sobie te szpikulce do ssania krwi (trąbka to zbyt łagodne określenie).Więc de facto zajęte były prostowaniem szpikulców. Dzień 6 – piątek Pogoda znowu taka sobie...trochę słońca, trochę wiania. Ale Kołobrzegowi sie nie upiekło. Miał być celem naszej podróży i był. Trochę okrężną drogą go zdobyliśmy, ale zawsze. No i nawet udało sie spotkać po drodze CZYSTE krowy (ha! A jednak można! Jestem pełna szacunku dla właścicieli tychże czystych krówek). Drogę odkryliśmy zupełnie nową. To była trochę samochodowa droga, ale samochody śmigały po niej z rzadka. W trakcie drogi zgłodnieliśmy i prawie u celu podróży doleciał nas cudowny zapach świeżego pieczywa. Więc postanowiliśmy sie poddać instynktowi. Po drodze do piekarni odwiedziliśmy sklep, gdzie zaopatrzyliśmy się w wiejską kiełbasę (w tamtejszych okolicach maja wiejską kiełbasę o smaku doskonałym i gdzie indziej nie spotykanym).Konsumpcji dokonaliśmy na stojąco, pod piekarnią. Do dziś pamiętam ten niepowtarzalny smak i zapach naszego posiłku :-) W nocy przeleciała burza, więc pomyślałam, że morze jakieś bursztyny wywaliło? Dzień 7 - sobota Nie wywaliło...Sprawdziliśmy naocznie i namacalnie. Jakaś przereklamowana sprawa z tymi bursztynami po burzy...Troszkę udało mi się zebrać tych mikrobursztynów, ale na pewno nie po burzy. Słońce jakby bawiło się z nami w ciuciubabkę. Trochę było, trochę nie było, więc postanowiliśmy odbudować zapasy jedzenia. Dobrze, że lodówka była tylko dla nas. Nie było szans, żeby cos do niej jeszcze wcisnąć. No ale pod jedzenie podłączyła nam się Ulka. Jak tylko widziała mnie albo Bohuna (zwłaszcza Bohuna) gnała do nas aż jej się brzuszek kolebał. A w brzuszku małe kiciusie. Oprócz Ulki był także jej synek Józio no i suczka Sonia. No i jeszcze z doskoku okoliczne koctwo. Ale znowu polazłam w dygresje, jak nie przymierzając, żaba w pomidory. Ale właściwie to ten dzień to był taki bardzo leniowaty. Daliśmy sobie czas na odpoczynek i po tym odpoczynku zrobiliśmy sobie skromny pieszy spacer do Mrzeżyna - kurortu. Udało nam się wyłowić z morza dwie butelki. A w tych butelkach były wiadomości. Juz sie ucieszyliśmy, że może uratujemy życie jakiemuś rozbitkowi, ale okazało się, że to tylko podfruwajki szukają fajnych chłopaków. Bardzo mocno szukają, albowiem w liście zostawiły numery swoich telefonów komórkowych....Eeeech jak to cudownie, że duch romantyczności w młodym narodzie nie ginie.

1 Comments:

  • Czyzby w Warszawie było wczoraj chłodniej, że udało Ci się strścić 3 dni wakacji?....buziaczki:))

    By Anonymous Anonimowy, at 7:23 AM  

Prześlij komentarz

<< Home