czarodziejka i ....

czwartek, lipca 06, 2006

wakacje na czterech kólkach cd.

Dzień 3– wtorek Wyjątkowo dzień nie zaczął się rowerowaniem, tylko plażowaniem. Nie wiem dlaczego? Może dlatego, ze byliśmy 200 metrów od morza i była piękna, słoneczna pogoda? Wytrzymaliśmy gdzieś do 11...bo potem to już niezdrowo. Wystarczyło nam to w zupełności, bo zaczęliśmy od 8. Tu mi się znowu pcha dygresja. Tak pięknej pogody nie miałam jeszcze nigdy nad morzem. Ciepło i morze spokojne jak jezioro...Można było siedzieć na plaży od 6 do 20. I cały czas było ciepło ...i nie trzeba było żadnych parawanów. No ale wystarczy o pozytywnych anomaliach pogodowych. Planując dalszą część dnia Bohun przygotował bidon z piciem (na drogę) i w celu szybszego schłodzenia w czasie naszego plażowania włożył picie do zamrażalnika. Pojechaliśmy bez bidonu. Tym razem postanowiliśmy przełamać pecha i dotrzeć wreszcie do Kołobrzegu. Udało nam się tam dotrzeć, a także zjeść lody w Ambrozji i wypić kawę, a w międzyczasie zastanowić się, czy lokal podpisany nazwiskiem Rewińskiego to lokal TEGO Rewińskiego? Nie wymyśliliśmy nic, za to Bohun poleciał trochę Rewińskim, a przyznać uczciwie muszę, ze robi to wyśmienicie. W drodze powrotnej Bohun wyznał, że jeśli chciałam mu przypomnieć jak wygląda zatłoczony kurort, to cel osiągnęłam. Bo nie lubimy zatłoczonych kurortów. Zdecydowanie bardziej podoba nam się Mrzeżyno prawie zupełnie bez ludzi (jeśli nie liczyć naszej gospodyni i jej męża). Postanowiliśmy pokonać szlak „Ku słońcu” w odwrotnym kierunku, czyli niejako „Od słońca”. Właśnie wtedy rower odmówił mi posłuszeństwa. Jeszcze przed momentem jechałam, a potem nagle leżałam. Rower też. Bo ja nie lubię piasku. Jak widzę piasek, to ogarnia mnie panika. Ten piasek był nieładny...I skontuzjował mi kolano. Tak sobie pomyślałam, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Ten zapomniany napój w zamrażalniku to był napój jabłkowo-miętowy. A my, z braku czegokolwiek do picia, zanabyliśmy wodę. I tą wodą dało się obmyć moje sponiewierane kolano. I znowu byłam jak rącza łania...na emeryturze. Jednakowoż pozbierawszy się do tzw. kupy (mówię o sobie) ruszyliśmy dalej „Od słońca” obserwując różne okoliczności przyrody. I taka krowa np sprowokowała mnie do głębszych przemyśleń na temat różnic między krową a psem. No bo krowa była brudna. I zadałam w sumie retoryczne pytanie, dlaczego krowy są u nas brudne? Takiego psa np. to się myje... A krowa? Czym ona się różni od psa? Czy gorsza ona jest? Bohun mi zaprezentował pewne zasadnicze różnice między tymi zwierzętami, ale było to uzasadnienie mało satysfakcjonujące, bo krowa i tak pozostała brudna. Psa nie było. Przedmiotem naszych rozważań była również ścieżka 'Ku słońcu”. Wydano na nią środki unijne, była świetnie oznaczona i posiadała różne mądre informacje poutykane po drodze...o bocianach, łąkach i innych okolicznościach przyrody a czasem historii. Po polsku i po niemiecku. Wszystkie miejsca postojowe były przygotowane, trawa wykoszona, a w toitoi był papier toaletowy...A na ścieżce rowerowej ani jednego rowerzysty. Więc dla kogo te szlak? Nasze wątpliwości zostały rozwiane, kiedy po drodze, na kolejnym miejscu postojowym spotkaliśmy dwóch autochłonów konsumujących „gorzałkę dziadunia” z plastikowej butelki (sprawdzone post factum palpacyjnie). Przy konsumpcji pełna kultura była: kieliszki do wina przywiezione w teczce i pełne skupienia miny. Żadne tam pijackie burdy. Wymieniliśmy uprzejme dzień dobry z autochłonami i wkrótce oddalili się oni na rowerach zostawiając nam do dyspozycji punkt widokowy. Wprawdzie nie rozwikłaliśmy problemu, czy są tu jeszcze jacyś rowerzyści, ale za to stwierdziliśmy naocznie (i palpacyjnie), ze szlak jest wykorzystywany i generalnie służy ludziom. W drodze powrotnej zanabyliśmy (Bohun) środki odkażające wewnętrznie i zewnętrznie (taka koncepcja kompleksowego leczenia) no i do kompletu wiejską kiełbasę. Po powrocie do domu nastąpiło kompleksowe leczenie, tzn zostałam zaopiekowana, kolano odkażone, zasypane i zaklejone i wewnętrzny środek odkażający zaaplikowany...(to wszystko to Bohun oczywiście) a w całym tym zamęcie większa część kiełbasy wiejskiej znikła. Niektórzy z nas podejrzewali, że to stolik Niedobry stolik!!!! Bohun nawiązał przyjacielskie stosunki z kotką Ulką. Wykorzystał do tego celu resztę kiełbasy. Przyjaźń została zadzierzgnięta. Dzień 4- środa Bohun zaczął dzionek od podtrzymywania przyjaznych stosunków z Ulką. Tym razem za pomocą twarogu. Ulka lubi twaróg i lubi Bohuna (chyba jest jakiś związek miedzy tymi lubieniami). Pod twaróg podłączył się syn Ulki – Józio. Grono nowych przyjaciół Bohuna powiększa się. Ulka zapomina czasem o tym, że należy chować język, co nadaje jej nieco gapowaty wygląd (żeby nie powiedzieć durnowaty). Dokładne oględziny mojego upadłego roweru wykazały, że rower nadaje się do jeżdżenia, acz bez licznika. Ten dokonał bezpowrotnie żywota mimo paru prób reanimacji. Ruszamy więc w kolejną rowerową trasę. Tym razem w kierunku zachodnim. Pokonujemy drogi piątej i dziesiątej kategorii wiodące przez pola, ale w rezultacie docieramy do Trzęsacza. W Trzęsaczu oglądamy resztki z resztek zabytkowych ruin. Wielkie mi ruiny...Ściana jedna została. Z Trzęsacza droga powrotna wiedzie cudną ścieżką z widokiem na morze...Czasem ścieżka wiedzie tuż nad urwistym brzegiem...taki mały hardcorek podczas spokojnej jak do tej pory jazdy. Zwiedzamy Rewal, Niechorze i Pogorzelicę. W Pogorzelicy jemy jedyny w czasie całego pobytu klasyczny obiad : pomidorową z makaronem i rumsztyk z ziemniakami i buraczkami. Ten obiad nam tak zapadł, bo obsługiwała nas kelnerka, która wyglądała, jakby właśnie przygotowała się na halloween. Cała w czerni, z brwiami jak skrzydła kruka. Kto nie wierzy, niech jedzie do Pogorzelicy, do lokalu Krakus. A obiad świetny: smaczny i gorący. We wszystkich nadmorskich mieścinkach widać przygotowania do sezonu. Ludzi tez juz troszkę jest, ale najwięcej jest Niemców. Gdzieniegdzie czujemy sie po prostu tak, jakbyśmy byli w Niemczech. To dobrze, że poruszamy sie rowerami. Albowiem z powodu wyjątkowo ciepłej pogody uaktywniły się komary...zwane przez nas brygadą Lulka Krwiopijcy. Za rowerami nie nadążają, ale czają się wszędzie. Podejrzewam, że mają wystawione czujki. Wystarczy wyjść za furtkę, żeby być obiektem ich perfidnych napaści. Spacer przez las nad morze przypomina taniec św. Wita. Z „ludźmi” Lulka walczymy różnymi sposobami...Ja zakrywam sobie wszystko co odkryte (z plaży wracam owinięta w plażowy koc i ratuję się fenistilem, Bohun wspomaga się chemią, tzn. używa offa. Ale obie metody są średnio skuteczne. A ten kontakt z przyrodą to ja uważam za wyjątkowo nieudany. Na szczęście zasięg działania Lulka Krwiopijcy nie obejmuje plaży. No dobrze, teraz dygresja o plaży. Wiadomo, w końcu byliśmy nad morzem, więc i plaża była prawie codziennie. Ale w przeciwieństwie do innych miejsc, nic się na niej nie działo. Bohun czasem chadzał na nią rankami , razem byliśmy tam przed albo po wypadach rowerowych. Jedyna jej wyjątkowość polegała na tym, że była absolutnie pusta. Więc można powiedzieć, że mieliśmy do dyspozycji prywatna plażę. No dobrze...wyjątkowe było też to, ze mogliśmy na niej siedzieć nawet do 20. Gdyby nam się chciało siedzieć, ale zazwyczaj bardziej chciało nam się jeść...Ale o jedzeniu też nie ma co pisać...

4 Comments:

  • Mam nadzieję,że i te dwa dni okrasisz jakimiś fotkami...może takim jak to sobie razem z panem rowerem polegujecie w/na piasku?...z utęsknieniem czekam na c.d....buziaczki :-)

    By Anonymous Anonimowy, at 6:44 AM  

  • Dzięki za fotograficzną dokumentację.....ależ z tego Bohuna przystojniacha...

    By Anonymous Anonimowy, at 8:59 AM  

  • dobrze, że jesteś siostrą Bohuna Juli :-)bo odczułabym lekkie zaniepokojenie:-)

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 9:26 AM  

  • Hihihi....z mojej strony nic Ci nie grozi :-)

    By Anonymous Anonimowy, at 9:29 AM  

Prześlij komentarz

<< Home