majówka na działce
Było cudownie. Pojechaliśmy całą ekipą: ja, Bohun, Fraucia i Melka. Dwa dni deszcz lał jak z cebra, a trzeciego jakby z przerwami. No i dobrze. Kominek dawał przyjemne ciepło i nie tylko kominek...i nie tylko ciepło. I już. Niektóre Rzeczy lepiej przeżywać, niż o nich pisać. Jestem absolutną fanką Bohuna:-)
Mogę za to napisać o Melce i Frauci, które to postanowiłam zabrać na łono...przyrody oczywiście. One biedne nigdy świata zewnętrznego nie poznały...No może za wyjątkiem Melki, która go poznała spadając z balkonu. Tak ze 3 razy. Ale to zrozumiałe, że w takich okolicznościach ten świat zewnętrzny nie wydał się jej zachwycający. Ale tym razem było aż 3 dni (we wtorek musieliśmy wrócić do Warszawy), coby do tej natury się przekonać.. Wiśta wio łatwo powiedzieć, że tak sobie rzucę cytatą z pewnego polskiego filmu. 7 godzin zostało wyjęte z kociego życiorysu. Fraucia tkwiła na baczność za półeczka wiklinową ze szkłem, Melka wbiła się solidnym klinem miedzy ścianę i kanapę i nic nie było w stanie zmienić tego stanu rzeczy. Aż miałam wyrzuty sumienia, że się tak uparłam na to przekonywanie kocich panienek do natury. Pod wieczór jakoś się zaaklimatyzowały i obwąchały okolicę. Do rana pokonały schody: w górę i w dół. W niedzielę kocia ciekawość zwyciężyła i Melka wlazła nawet do kominka, który akurat czyściłam. Żałuję, że nie udało się jej zdjąć. Deszcz padał, więc oswajanie Melki i Frauci z naturą ograniczyło się do spacerów po tarasie. Przy okazji okazało się, że Mela musiała mieć wśród przodków jakiegoś słonika. Tupała po schodach, a kiedy zeskakiwała skądś, to wrażenie słuchowe było takie, jakby coś spadło skądś z wielkim hurgotem...A to nic, to tylko Mela z kocim (słoniowym) wdziękiem zeskakiwała na podłogę. Udało jej się też prawie wypaść przez okienko na poddaszu, kiedy próbowała wrócić zza okna do środka. Na zewnątrz było cudnie (kiedy już nie padało) i można było obserwować konie. Jakby kto nie wiedział, to konie merdają ogonami, a jeden kiwał głową, zupełnie jak te pieski samochodowe, którym się łebki gibią...Oczywiście, że dostał natychmiast ksywkę Kiwaczek :-) Ale tak już serio serio, to nie ma piękniejszego widoku, niż konie, które mają do dyspozycji wielkie tereny i cały dzień korzystają z wolności. Dlatego też pewnie tak kiwają i merdają.
Trzeciego dnia zaświeciło słońce. Więc wzięłam Fraucię na ręce i pokazałam jej, jak z tarasu można dostać się w objęcia żywej natury. Podeszła do mojej inicjatywy ze zrozumieniem i udało jej się (w celach badawczych) obejść domek dookoła.
Zlekceważyła psy sąsiadów z za płotu, które chciały zawrzeć z nią bliższą znajomość. Lekceważenie okazała im nie przejawiając żadnej reakcji na ich szczeki i skowyty. Jakby nikogo za płotem nie było.
Postanowiłam też pomóc Meli oswoić się z naturą. Ale Mela obserwując moje zabiegi z Fraucią znikła. Domek nie jest duży, ale jednak na tyle pojemny, ze Mela zapadła się jak kamień w wodę. Obeszłam wszystkie zakamarki ze 3 razy i wreszcie przypomniało mi się, jak mamcia wywożąc swojego kota miała podobny problem. Obeszła nawet okoliczne gospodarstwa w poszukiwaniu swojego futrzaka. Znalazła go wreszcie w domku, w skrytce, w kuchence gazowej pod piekarnikiem. Więc i ja otworzyłam klapkę a tam..... wybałuszone kocie ślepia.
Udałam, że nie wiem, o co chodzi i troszkę wbrew woli Meli wyniosłam ją na dwór. 3 sekundy zajęło jej obiegnięcie domku, zabuksowanie na zakrętach i wpadnięcie z powrotem do domku, o zajęciu pozycji pod piekarnikiem nawet nie wspomnę. Cóż ...zbliżanie kota do natury będzie musiało jeszcze troszkę poczekać.
Wczoraj znowu pomieszkaliśmy na działce. Była piękna pogoda wreszcie, co zaskutkowało 5-godzinnym spacerem przez Kampinos. Było bardzo romantycznie...Albowiem skorzystaliśmy z niebieskiego szlaku turystycznego, który nazwałam szlakiem zwierzęcych odchodów (sami się domyślcie dlaczego). Był to niekończący się szlak zwierzęcych szaletów...Ten szlak też upodobały sobie czerwone mrówy, który chciały się ze mną zaprzyjaźnić. Bez wzajemności. I bez entuzjazmu z mojej strony. Spotkaliśmy ze dwa pieski, parę jaszczurek zwinek (jedna nawet pozowała Bohunowi do zdjęć) i paru ludzi. Niektórzy nawet w samochodach. W końcu święto od tego jest, żeby się trochę przejechać w pięknych okolicznościach przyrody. Mimo mapy pobłądziliśmy troszkę.... Jakie to romantyczne, kiedy się chce jeść (Bohun) i pić (ja). A mapa ma się w dodatku nijak do rzeczywistości. Na szczęście Kampinos nie jest aż tak duży i jakoś udało nam się znaleźć drogę na działkę. Jakie to szczęście, że Bohun potrafi świetnie gotować i jeszcze lubi.... Mogłam spokojnie poużalać się nad moimi zbolałymi stopami (nawet mam jednego bąbla) i poleżeć w charakterze księżniczki na tarasie.
Jutro znowu ruszamy na działkę. Oczywiście w celu podjęcia kolejnej próby oswojenia Meli z naturą. No chyba, że zostanie nam jeszcze trochę czasu, to go jakoś zagospodarujemy...Może spacer jakiś albo czytanie? Albo inne wysoce intelektualne rozrywki? Słuchanie muzyki? Dwoje inteligentnych ludzi przeciwnej płci nie będzie miało pewnie żadnych problemów ze zorganizowaniem sobie pobytu:-)
Zlekceważyła psy sąsiadów z za płotu, które chciały zawrzeć z nią bliższą znajomość. Lekceważenie okazała im nie przejawiając żadnej reakcji na ich szczeki i skowyty. Jakby nikogo za płotem nie było.
Postanowiłam też pomóc Meli oswoić się z naturą. Ale Mela obserwując moje zabiegi z Fraucią znikła. Domek nie jest duży, ale jednak na tyle pojemny, ze Mela zapadła się jak kamień w wodę. Obeszłam wszystkie zakamarki ze 3 razy i wreszcie przypomniało mi się, jak mamcia wywożąc swojego kota miała podobny problem. Obeszła nawet okoliczne gospodarstwa w poszukiwaniu swojego futrzaka. Znalazła go wreszcie w domku, w skrytce, w kuchence gazowej pod piekarnikiem. Więc i ja otworzyłam klapkę a tam..... wybałuszone kocie ślepia.
Udałam, że nie wiem, o co chodzi i troszkę wbrew woli Meli wyniosłam ją na dwór. 3 sekundy zajęło jej obiegnięcie domku, zabuksowanie na zakrętach i wpadnięcie z powrotem do domku, o zajęciu pozycji pod piekarnikiem nawet nie wspomnę. Cóż ...zbliżanie kota do natury będzie musiało jeszcze troszkę poczekać.
Wczoraj znowu pomieszkaliśmy na działce. Była piękna pogoda wreszcie, co zaskutkowało 5-godzinnym spacerem przez Kampinos. Było bardzo romantycznie...Albowiem skorzystaliśmy z niebieskiego szlaku turystycznego, który nazwałam szlakiem zwierzęcych odchodów (sami się domyślcie dlaczego). Był to niekończący się szlak zwierzęcych szaletów...Ten szlak też upodobały sobie czerwone mrówy, który chciały się ze mną zaprzyjaźnić. Bez wzajemności. I bez entuzjazmu z mojej strony. Spotkaliśmy ze dwa pieski, parę jaszczurek zwinek (jedna nawet pozowała Bohunowi do zdjęć) i paru ludzi. Niektórzy nawet w samochodach. W końcu święto od tego jest, żeby się trochę przejechać w pięknych okolicznościach przyrody. Mimo mapy pobłądziliśmy troszkę.... Jakie to romantyczne, kiedy się chce jeść (Bohun) i pić (ja). A mapa ma się w dodatku nijak do rzeczywistości. Na szczęście Kampinos nie jest aż tak duży i jakoś udało nam się znaleźć drogę na działkę. Jakie to szczęście, że Bohun potrafi świetnie gotować i jeszcze lubi.... Mogłam spokojnie poużalać się nad moimi zbolałymi stopami (nawet mam jednego bąbla) i poleżeć w charakterze księżniczki na tarasie.
Jutro znowu ruszamy na działkę. Oczywiście w celu podjęcia kolejnej próby oswojenia Meli z naturą. No chyba, że zostanie nam jeszcze trochę czasu, to go jakoś zagospodarujemy...Może spacer jakiś albo czytanie? Albo inne wysoce intelektualne rozrywki? Słuchanie muzyki? Dwoje inteligentnych ludzi przeciwnej płci nie będzie miało pewnie żadnych problemów ze zorganizowaniem sobie pobytu:-)

