o tym, że czas leci...
O tym, że leci, to ja dobrze wiem, w teorii, ale ostatnio praktyka też mi przypomniała, że leci i to jak szalony. Postanowiłam we wtorek poukładać to i owo w swoim życiu. No takie zaległości, co to nie na już, ale przydałoby się zrobić. W tym właśnie dniu znalazłam, całkiem przypadkiem oczywiście, wizytówkę do optyka, co mi przypomniało, że zgniotłam (jakieś 2 miesiące temu) sobie własną stopą okulary, bez których już niestety żyć nie mogę i bardzo przebiegle uszkodziłam je w taki sposób, ze trzymać, to się trzymały, ale okular lewy z nich wypadał. Okazało się, że wymagają lutowania. Oczywiście lutowanie na dalekim Grochowie, wiec skoro okulary się jakoś trzymały, to mnie nic nie piliło. Ale tym razem miałam dzień urlopu, więc postanowiłam wziąć się za te zaległe. Okulary zostały naprawione, przy okazji dałam sobie umyć samochód, bo przypominał niewiadomoco utytłane w soli i innym syfie pośniegowym, a umycie samochodu przypomniało mi, ze mam wgniecenie z prawej tylej strony auta wykonane przez anonimowego sprawcę, który oddalił sie w nieznanym mi kierunku nie zostawiając na siebie namiaru. Ciepło pomyślałam o mojej zacnej Dorotce, która wpadłszy w poślizg na małej uliczce i uszkadzając przy okazji parę samochodów zostawiła w uszkodzonych samochodach namiary na siebie. Podobno kierowcy bardzo sie dziwili, żeby nie powiedzieć, że łkali ze szczęścia...Ja ich rozumiem, jak mało kto...też bym łkała... Ale ja nie miałam takiego szczęścia, więc fakt uszkodzenia postanowiłam zgłosić do PZU, w końcu samochód leasingowany jest, więc wypłata z AC mnie nie zaboli (zwłaszcza, że składkę płacę niemałą). Zadzwoniłam wiec do PZU, zgłosiłam szkodę tzw. parkingową i uruchomiłam procedurę odszkodowawczą. Przy okazji musiałam sięgnąć do dowodu rejestracyjnego, gdzie z wielkim przerażeniem odkryłam, że termin ważności badań technicznych upłynął mi 23 grudnia 2005 roku...O matko huto! No i teraz co robić? Według opinii niektórych na odszkodowanie nie miałam szans, bez ważnych badań technicznych...Wycofać się też za bardzo nie mogłam, bo rozmowa w infolinii PZU była nagrywana, o czym zostałam uprzedzona... No to wzięłam ten swój przedmiot rozpaczy, czyli samochód i pojechałam przebadać go technicznie. Oczywiście przy okazji okazało się, że ponieważ samochód zarejestrowany był jako ciężarówka (z kratką) to opłata za badanie techniczne wzrosła ze 100 do 300 zł. Spałam nie za dobrze, bo na 8 rano umówiona byłam na oględziny w PZU i męczyło mnie, jak też mój przypadek zostanie rozpatrzony. Więc od razu zaatakowałam panią w PZU, że badania przegapiłam i zrobiłam 1 marca, a szkodę zauważyłam 28 lutego....No to nie ma szans...powiedziała pani bardzo uprzejmie, będzie odmowa...No pięknie, co za licho mnie podkusiło do porządkowania własnego życia? A właściwie życia mojego samochodu???? Wiec podpytywałam delikatnie, czy jest jakiś sposób na odkręcenie tego...wycofanie się ze zgłoszenia szkody ...czy jakoś tak....No nie, nie da rady :-( Nie da to nie da, poddam się losowi. Ale za chwile usłyszałam: ale to szkoda parkingowa, to badania techniczne nie mają znaczenia...Ufff ! Kamień spadł mi z serca. Więc dopełniłam papierologii i udałam się na parking PZU w celu obfotografowania szkody uczynionej mi przez anonimowego sprawcę (co to mu z głębi serca życzę, żeby mu tez tak ktoś uszkodził i uciekł) no i okazało sie, ze jest jeszcze druga szkoda, z drugiej strony. No fajnie, pan rzeczoznawca ją obfotografował i obiecał, ze opisze, ale trzeba było wrócić do biura, aby całą papierologię zacząć od początku.....Brrrr...najpierw telefon na infolinię, potem ta sama uprzejma pani i papierologia, ale na szczęście fotografowanie miałam już za sobą....
No i w międzyczasie pojawił mi się problem egzystencjalno-geograficzny. Bo zostałam zaproszona na rozmowę w sprawie pracy do Wrocławia. No niby powinnam odmówić, ale sobie pomyślałam, ze jakby dobrze mi zapłacili, to czemu nie? W końcu to tylko Wrocław a nie antypody....Ale propozycja ta wymagała obgadania z Dorotką, wiec kategorycznie zażądałam spotkania w pilnej sprawie i umówiłyśmy się na piątek. Po czym okazało sie, ze sprawa przestała być paląca, bo spotkania mi nie potwierdzono (no widocznie Wrocław mi jednak nie jest pisany) ale za to Dorotce wysiadła na amen suszarka do włosów, wiec miałyśmy cudny pretekst, żeby się spotkać i poplotkować. Skończyło się zakupem sporej ilości nieplanowanych rzeczy, jako, że nad tym naszym spotkaniem czuwał chyba Merkury (bożek zakupów). Zanabyłysmy sobie różne rózniste z dużą zniżką (ja lekkie butki sportowe, spodnie z przeznaczeniem na rower i okularki sportowe, ona coś koło tego) i udawałyśmy się właśnie w kierunku miejsca, gdzie karmią pysznymi plackami ziemniaczanymi, kiedy na naszej drodze spotkałyśmy sklep z butami. W przeważającej części włoskimi. Sklep, który przez dwa dni w roku (pierwszy piątek i sobotę marca) ma obłędne zniżki na buty....Ponad 100%. Grzechem byłoby nie zajrzeć do tego sklepu...Skończyło się w moim przypadku skromnie (jedna para butów marki Ecco), a w jej mniej skromnie. Bo zawezwała telefonicznie swojego męża, który też był butami zainteresowany. No więc bilans w przypadku Dorotki i jej męża zamknął się liczbą 5. 5 par butów, w tym 3 pary damskich i 2 męskich. No ciekawych poinformuję, ze suszarka też została zakupiona...wcześniej. Buty były ukoronowaniem naszej wyprawy do Klifa. No nie...ukoronowaniem były placki ziemniaczane. Konsumowane w otoczeniu 6 toreb z butami. W sumie niezły rezultat...Jak powiedziała Dorotka, za 600 zł zanabyła 3 pary bardzo porządnych butów, za które każdego innego dnia zapłaciłaby co najmniej 1600 złotych. Więc chyba Dorotka powinna podziękować pani z Wrocławia i mnie, że bardzo musiałam ten Wrocław z nią omówić....No i jeszcze special thanks należą sie suszarce, która była tak uprzejma, że zepsuła się właśnie w pierwszy piątek marca.... A ja zaoszczędziłam 286 zł ( o tyle obniżono cenę moich butów) :-) Co mi przypomniało pewna panią, która chwaliła sie po powrocie do domu mężowi, że za zaoszczędzone pieniądze kupiła sobie torebkę...Ale jak zaoszczędziłaś? spytał mąż...Phi, powiedziała pani, trzy razy przejechałam na czerwonych światłach i nie dostałam mandatu...
No i tym optymistycznym akcentem sobie zakończę na dziś....Życząc wszystkim, żeby oszczędzali na niedostawaniu mandatów ...zwłaszcza ci mają spore szanse, co samochodem się nie poruszają...Matko! Czysty zysk!


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home