czarodziejka i ....

czwartek, lutego 23, 2006

raz na różowo...

A czemu na różowo? Bez żadnych podtekstów :-) Udało mi się w zeszły piątek wylosować bilety na przedpremierowy pokaz Różowej Pantery. Byłam z siebie bardzo dumna, do czasu kiedy młody Młody spytał, ile było zaproszeń do wylosowania...no 50 podwójnych.... I co z tego,że 50? i tak do tej pory nigdy niczego nie udało mi się wygrać...Zaprosiłam Dorotkę na wyprawę na daleki Ursynów (Multikono) i szkoda tylko, ze to dopiero na 20.30, i że to środa. Problem był tylko w tym, że na Ursynowie zawsze się gubię.. No czarna dziura jakaś i pomroczność dziwna mnie tam ogarnia i błądzę i bładzę..., więc wyjechałam wcześniej i poprosiłam o wsparcie Dorotkę, ale Dorotka umiała tylko na Mokotów. Więc zaufałam intuicji i dojechałam jak po sznurku, ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu i wielkiemu podziwowi Dorotki. A potem już było gorzej. Nie lubię Multikina. I nie polubię Multikina. Kolejka gigant do kasy, kolejka gigant do popcornu, no i parking ciasny i mało manewrowny...Po tych wstępnych przeszkodach jest już komfortowo i wesoło:-) Obśmiałyśmy się po pachy....Film zrobiony cudnie...dla sceny w której Steve Martin j Jean Reno tańczą przed straznikiem w pałacu prezydenckim udajac , ze sa meskim balecikiem jednej z głównych aktorek warto było odstać te dwie kolejki:-) Tyle tylko, że do domu zjechałam po 23, więc snu mi zostało tyle co kot napłakał...5 godzin. Przysypiam sobie ale i czekam na besenikowanie. Miejmy nadzieję, ze nie zasnę w basenie...będę się musiała trzymać płytkiego, albo liczyć na to, ze pas przepuklinowy mnie utrzyma. A wczoraj miałam przygodę z policjantem. Nie lubię odwozić młodego Młodego do domu, bo tam jest skomplikowany układ drogowy. Dwa bloki naprzeciwko siebie, prostopadle do nich sklep, wiec wzdłuż tego całego budownictwa biegnie droga osiedlowa w kształcie podkowy, która ramionami łączy się z główną ulicą. Utarło się, że po lewej stronie tej drogi parkują samochody, a to miejsce, które zostaje do przejazdu pozwala na przejazd tylko jednego samochodu. Jadę wiec zawsze dłuższą droga, ale zawsze prawą strona uważając, że w ten sposób zapewniam sobie pierwszeństwo. No mamy w końcu w Polsce ruch prawostronny...Czyż nie? No tak, ale są tacy, co wolą nie nadkładać drogi i jadą niejako pod prąd. Co teraz, kiedy spotkają się dwa samochody naprzeciwko siebie? Jeden musi ustąpić i wycofać się tyłem...Który? No ten, co lewa stroną popyla...To chyba proste? Dla mnie tak, dla tych z naprzeciwka nie. Raz ustąpiłam takiemu jednemu, bo mimo, ze wyglądał na dresa, to miał w samochodzie dziewczynę i bardzo ładnie mnie poprosił...Trzy razy. W dodatku wyglądało na to, ze ruch wsteczny nie bardzo mu wychodzi. Innym razem, letnią porą, dysponujac mnóstwem wolnego czasu zaparłam się, wyłączyłam silnik, wyjęłam colę i gazetę. Podprądowicz musiał się wycofać. A wczoraj stanęłam oko w oko z radiowozem. Więc, ponieważ najlepszą formą obrony jest atak, wysiadłam z samochodu i spytałam „a czemuż to pan władza jeździ pod prąd?” Widoku zbaranienia na jego twarzy nie zapomnę do końca życia:-) Zacukał się chłopina i wydukał, ze on tu rozmawiał z gospodarzem terenu, bo tu trzeba znaki postawić, bo się tak tu wszyscy gubią.. Wytłumaczyłam mu, ze póki co obowiązuje ruch prawostronny i uśmiechnęłam się do niego promiennie. Wsiadł bidoka w samochód, wycofał się i pojechał w zupełnie inną stronę...Dla niego już chyba nigdy nic nie będzie takie jak przedtem:-) No i zauważyłam, że złagodniałam ostatnio...albowiem nie używam wyrazów w stosunku do innych uczestników drogi. Jednego takiego, co to zaczął hamować na widok zielonego światła na skrzyżowaniu popędziłam słowami „no jedź żesz ty wołku drogowy”, a potem sama się z tego chichrałam próbując rozszyfrować mój tok rozumowania: wołek od wołka zbożowego, bo to szkodnik okrutny, a drogowy...no bo walce drogowy jest...a on wszak charakteryzuje się niewielka prędkością jazdy.... A teraz jadę poujeżdżać makaronika:-))