kuligowo-teatralnie
No i tak mija mi weekend.. Troszkę sennie, bo pogoda dziś rozmazana i nie nadającą się do niczego. Właściwie tak też i wczoraj wyglądało…Że będzie cały dzień paskudnie, albowiem poranek był nijaki i mocno zamglony. A przecież umówiłam się z foremkami i Asią od dresowego sylwestra na kulig. No i nie mogłam sobie poradzić z wyliczankami czasowymi. Albowiem kulig miał się odbyć koło Falenicy, Asia mieszka na Mokotowie, a ja na głębokim Tarchominie. No ale jakoś się zebrałam w sobie i ruszyłam. A dotrzeć trzeba było na 12.00 na pętlę autobusowa w Aleksandrowie. Początkowo wszystko szło prawie zgodnie z planem, tzn. ja planowałam pojechać wzdłuż torów na Otwock, Asia znała drogę prowadzącą od wału Miedzeszyńskiego, kłótliwa nie jestem, to się zgodziłam na ten wał. Wiśta wio łatwo powiedzieć, ze się posłużę kwestią pewnego aktora z pewnego polskiego serialu. Już na moście Siekierkowskim okazało się, że plany swoją drogą, a droga swoją. Może nie tylko droga, co jej oznakowanie. W wyniku tych przedziwnych wskazówek, których nie rozgryzłyśmy we dwie, droga wywiodła nas na Lublin. Prawie dobrze, jak się finalnie okazało zgodnie z moimi pierwotnymi zamierzeniami. Od tej drogi to już był tylko rzut beretem do drogi na Otwock. Po wstępnej analizie planu Warszawy i okolic wyobraziłam sobie tę Falenicę po prawej stronie drogi, którą jechałyśmy. Asia, w charakterze pilotki (nie czapki!!!) próbowała skonfrontować mapę z rzeczywistością i gdzieś tak w Józefowie okazało się, ze jedno do drugiego nie przystaje. Kiedy tylko odwróciłyśmy mapę do góry nogami, wszystko się zgodziło, tzn. Warszawa na mapie była nad nami, a w rzeczywistości pod nami, stąd te rozbieżności. Olśniło nas w jakieś 5 minut, a potem już trafiłyśmy na drogę, która, jak się jej trzymać miała nas wyprowadzić na tę pętlę. Ulica nazywała się Podkowy i wiła się wdzięcznie przez pola i lasy sprawiając wrażenie ostatniej kolejności odśnieżania. Kiedy już strąciłyśmy nadzieje na pętlę, odnosząc niejasne wrażenie, ze oddalamy się od niej, pojawił się w zasięgu wzroku jakiś dzielny człowiek na rowerze. Ani on nie mógł zjechać (korzystając w wąziuteńkiego paska odkrytego asfaltu, ani my go wyprzedzić, albowiem na przeszkodzie stał, albo raczej leżał rozdyźdany śnieg. Nie jesteśmy rodzaju męskiego, więc beż najmniejszego skrępowania spytałyśmy pana listonosza (na plecach miał napisane „Poczta Polska”) o tę pętlę w Aleksandrowie. No i okazało się, że była ona, ta pętla już za najbliższym wzgórzem. Wjechałyśmy na nią 3 minuty przed 12 dumne i blade z pokonania drogi mimo tylu piętrzących się przeszkód. Jednakowoż nie spostrzegłyśmy żadnych innych uczestników) kuligu. Był pan z saniami, był pan, który gestem zapraszał nas na podwórko, ale ani śladu reszty ludzi. Potem jeszcze dotarła Tailorka, ale sama jedna, wiec nie bardzo mogłyśmy we 3 ten kulig odpękać. Skruszona Kobiecanka (nasz główny animator kultury i organizator kuligu) przez telefon tłumaczyła się mętnie i zawile i z tego tłumaczenia wynikało, że spóźni się z reszta ekipy jakieś pół godzinki. Spóźnili się godzinkę, wjeżdżając na podwórko w momencie, kiedy my chciałyśmy z niego wyjechać.
Potem już było kuligowo (w dwie pary sań) i w nagrodę wyszło zza chmur słoneczko. Pojechaliśmy do lasu, w lesie upiekliśmy kiełbaski i chleb na ognisku,
przegryzając je kiszonymi ogórami, stoczyliśmy mini bitwę na śnieżki i ulepiliśmy bałwana sztuk raz.
Ekscesów nie odnotowano.
Droga powrotna była już miętą z bóbrem (drogi powrotne zawsze są łatwe), a przede mną były już tylko doznania z wyższej półki, albowiem zostałam zaproszona przez mamcię do teatru. Sztuka nazywa się Cholonek i gra ja zespół teatru z Katowic. Sztuka była o tyle nietypowa i interesująca, ze grana w gwarze, która nie jest mi obca. Gwarze śląskiej, a wszak po mieczu wywodzę się właśnie ze Śląska. Sztuka składa się z kilkunastu scenek, i opowiada o zwykłej śląskiej rodzinie w okresie od przedwojnia do powojnia (II wojna światowa). Gdybym miała ją scharakteryzować w dwóch słowach to powiedziałabym i smieszno i straszno. Nie dziwię się, że ludzie na nią walą drzwiami i oknami i trudno zdobyć na nią bilety (o czym nie omieszkała mnie poinformować mamcia). No i było jeszcze ciekawie z innego jeszcze powodu. W teatrze, jako widz pojawił się znany reżyser-senator znany z nakręcenia sagi śląskiej. No i ten reżyser jest nasza rodziną, nawet dosyć bliską. Ale, o ile pięknie i w sposób chwytający za serce opowiada w swoich filmach o Ślazakach…to jakoś mało rodzinny on jest. Ja bym pewnie przeszła bokiem, ale nie mamcia. Dopadła do reżysera-senatora w zgrabnych susach i przedstawiła mnie i siebie powołując się na Czesława z Katowic (czyli na Tatkę- bo to w końcu jego krewnym jest znany reżyser) Reżyser był chyba deczko skrępowany, zresztą był w teatrze ze swoją córką i zięciem, zdaje się , że córka chciała wejść na widownię mimo wygaszonych jeszcze świateł, ale mamcia nie czyta takich sygnałów. Reżyser spytał, co tam u Tatki i poinformowałyśmy go, ze Tatko wrócił do korzeni ...Czyli osiedlił się w Katowicach. Szybciutko się pożegnaliśmy i całe szczęście, bo nie lubię takich klimatów.
W ten to sposób zrealizowałam swoje potrzeby i towarzyskie i ruchowo- plenerowe no i kulturalne…A dziś to tylko sprzątałam…No kiedyś w końcu trzeba
Potem już było kuligowo (w dwie pary sań) i w nagrodę wyszło zza chmur słoneczko. Pojechaliśmy do lasu, w lesie upiekliśmy kiełbaski i chleb na ognisku,
przegryzając je kiszonymi ogórami, stoczyliśmy mini bitwę na śnieżki i ulepiliśmy bałwana sztuk raz.
Ekscesów nie odnotowano.
Droga powrotna była już miętą z bóbrem (drogi powrotne zawsze są łatwe), a przede mną były już tylko doznania z wyższej półki, albowiem zostałam zaproszona przez mamcię do teatru. Sztuka nazywa się Cholonek i gra ja zespół teatru z Katowic. Sztuka była o tyle nietypowa i interesująca, ze grana w gwarze, która nie jest mi obca. Gwarze śląskiej, a wszak po mieczu wywodzę się właśnie ze Śląska. Sztuka składa się z kilkunastu scenek, i opowiada o zwykłej śląskiej rodzinie w okresie od przedwojnia do powojnia (II wojna światowa). Gdybym miała ją scharakteryzować w dwóch słowach to powiedziałabym i smieszno i straszno. Nie dziwię się, że ludzie na nią walą drzwiami i oknami i trudno zdobyć na nią bilety (o czym nie omieszkała mnie poinformować mamcia). No i było jeszcze ciekawie z innego jeszcze powodu. W teatrze, jako widz pojawił się znany reżyser-senator znany z nakręcenia sagi śląskiej. No i ten reżyser jest nasza rodziną, nawet dosyć bliską. Ale, o ile pięknie i w sposób chwytający za serce opowiada w swoich filmach o Ślazakach…to jakoś mało rodzinny on jest. Ja bym pewnie przeszła bokiem, ale nie mamcia. Dopadła do reżysera-senatora w zgrabnych susach i przedstawiła mnie i siebie powołując się na Czesława z Katowic (czyli na Tatkę- bo to w końcu jego krewnym jest znany reżyser) Reżyser był chyba deczko skrępowany, zresztą był w teatrze ze swoją córką i zięciem, zdaje się , że córka chciała wejść na widownię mimo wygaszonych jeszcze świateł, ale mamcia nie czyta takich sygnałów. Reżyser spytał, co tam u Tatki i poinformowałyśmy go, ze Tatko wrócił do korzeni ...Czyli osiedlił się w Katowicach. Szybciutko się pożegnaliśmy i całe szczęście, bo nie lubię takich klimatów.
W ten to sposób zrealizowałam swoje potrzeby i towarzyskie i ruchowo- plenerowe no i kulturalne…A dziś to tylko sprzątałam…No kiedyś w końcu trzeba


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home