trochę techniki i człowiek sie gubi...albo i nie :-)
Niech będzie wspominkowo, bo ostatnio, albo i nie ostatnio miałam takie przebłyski w niektórych sytuacjach „a to warto byłoby opisać w blogu”. Więc na pierwszy ogień pójdzie tzw. opór mechanicznej materii. Tzn wiadomo, wszystko się kiedyś psuje i naprawić trzeba. Tego wymagała moja pralka, która najpierw mając program ustawiony na 40 stopni ugotowała zawartość barwiąc wszystko, co tam było na siny kolor. Potem jeszcze czas jakiś dawała się oszukiwać na programie nie do bawełny (uruchomienie tego programu kończyło się gotowaniem zawartości) po czym odmówiła współpracy. Okazało się, ze przez dobry miesiąc prałam wszystko w zimnej wodzie. A ponieważ przez nieustające uczulenia węch mam w zaniku, czystość prania mogłam badać tylko wzrokiem. No i okazało się, ze pranie jakieś takie niedoprane było. Wzięłam więc i skorzystałam z kontaktów exa, coby wezwać pralkamena. Już przez telefon uprzedził mnie, że wstępnie ocenia uszkodzenie na jakieś 200 (!!!!) złotych, więc pomyślałam „trudno, niech naprawia”. Spec wymienił grzałkę. Była zupełnie jak ta z reklamy TV …obrośnięta na amen. Ale wymiana grzałki nie rozwiązała problemu. Okazało się, ze wysiadł termostat, ale pralkamen takowego nie posiadał. Obiecał zanabyć na najbliższy weekend (a był to chyba wtorek) no i litościwie złożył pralkę do tzw. kupy. Stanęła sobie wdzięcznie na środku łazienki, tak na zasięg prysznica wannowego, no i uskuteczniałam pranie lejąc ciepła i gorącą wodę prysznicem. W sobotę telefon od speca: „wszyscy robią remanent i on nie może nic kupić.! Co za kraj! Nikt nie chce pracować (oprócz niego) i wszyscy piją ! (oprócz niego)”. Pomyślałam sobie, trudno, przeczekam, ale fachowiec stracił już sporo w moich oczach, bo zmyślał jak przedszkolak. A w końcu ja jestem klientką, on fachowcem i mnie nie obchodzą historie czemu czegoś nie ma, mimo, ze obiecał, że będzie…. Wymiana termostatu miała kosztować kolejne 150 zł. No jak pech to pech! Po jakimś czasie odezwał się znowu donosząc mi, że udało mu się namierzyć termostaty w Grodzisku, ale tam mu nie sprzedadzą pojedynczo, tylko hurtowo i w ogóle i w szczególe i pierdu pierdu mój Walenty…..I w związku z ta historią kolejna cześć naprawy wyniesie mnie 350 zł. No to stwierdziłam, że ten bajkoopowiadacz coś kręci i zawzięłam się i odmówiłam dalszej z nim współpracy. Wynalazłam w internecie serwis autoryzowany mojej pralki, a Młody włączywszy się do współpracy zamówił ten termostat nieszczęsny (nie w Grodzisku). Po sprowadzeniu części pojawił się u nas spec, który cudu technicznego dokonał za niecałe 200 zł, a przy okazji okazało się, że przepłaciłam za grzałkę, która jako część kosztuje jakieś 75 zł.
Jaki z tego wniosek? Nie korzystać z podejrzanych kontaktów exa. Radzić sobie samej i nie słuchać opowieści pseudofachmanów.
Potem, prawem serii zaczęło coś przeciekać pod zlewem kuchennym. Tatko daleko (gdyby był blisko, to nawet bym tam nie zaglądała…no może bym miskę podstawiła i wołała ratunku!!!!), więc nie mogłam liczyć na pomoc. Wpełzłam pod zlew licząc na to, ze do zawodu hydraulika wielkiej inteligencji nie trzeba, a ja sobie popatrzę, pokombinuję i na pewno cos wymyślę. Wyjęłam takie coś w kształcie kolanka (z plastiku), po czym wepchnęłam z powrotem na miejsce, podokręcałam takie pierścienie i hurra ! działa!!!! Tzn nie przecieka…ani nie ścieka…(zupełnie jak ten pies w pytaniu obcokrajowca na wykładzie z osmozy….na pytanie profesora, czy ktoś czegoś nie rozumie, wstał ten obcokrajowiec i powiedział: ja nie rozumię : woda ścieka i pies ścieka). U mnie na szczęście nic nie ściekało.
No i wreszcie moja trzecia przygoda techniczna, tym razem zamek od bagażnika odmówił dalszej współpracy. W samochodzie. Jest centralny zamek, ale nie obejmuje bagażnika. A ja go otwieram z klucza (i zamykam) co najmniej 4 razy dziennie. No bo taka mam procedurę. Najpierw otwieram bagażnik, torebeczkę tam upycham, zamykam bagażnik wsiadam i jadę. Jak dojeżdżam to robię to samo, tylko na odwrót. No i zamek wziął i się zaciął. Wprawdzie lubię mój zaprzyjaźniony warsztat samochodowy, ale gwarancja mi się skończyła, a jakoś nie mam na razie ochoty sprawdzać, jakie tam ceny po gwarancji… Woziłam co tam miałam z tyłu samochodu, ale w niedzielę chciałam na łyżwy jechać. Które to łyżwy zalegały w bagażniku. Którego nie mogłam otworzyć. Więc pomyślałam sobie, że mam srodek-cud (jak nim kiedyś nasmarowałam rower, to sam jechał) i go zaaplikowałam do zamka. No i działa.
Czyżbym posiadała inteligencję techniczną ????? hyhyhy….…
No i znowu mi się cos przypomniało. Taki jeden przypadek. Ale myślę, ze takie przypadki występują nagminnie. A było tak:. moja koleżanka robiła zakupy w sklepie, a tam taka breja błotna na podłodze. Tak się robi, kiedy śnieg spadnie i nie nadążają sprzątać. Brnie sobie przez tę breję i czuje, że coś jej się ciągnie, że tak powiem, u nogi. Pomyślała sobie „co za syf” i ze złością drugą noga nadepnęła to coś, co się za nią ciągło, żeby się odczepiło. I okazało się, ze były to rajstopy, jej własne, które poprzedniego wieczoru zdjęła razem ze spodniami i bielizną, a rano spodnie założyła, zapominając o tych nieszczęsnych rajstopach. Kiedy zidentyfikowała tego cosia, co to się za nią wlókł, spłonęła rumieńcem wstydu i uciekła ze sklepu rezygnując z zakupów. Na pocieszenie dodała, że jej kolega miał podobną przygodę. W tramwaju, w godzinach szczytu i że tym co mu wypadło z nogawki, były gatki :-) Ja mogę pochwalić się tylko skarpetka niegwałtką (jak facet widzi kobietę w takich skarpetkach tudzież podkolanówkach, to mu ochota na gwałt momentalnie przechodzi). Albowiem rajstop do spodni nie noszę a tylko podkolanówki rajstopowe. I też mi kiedyś taka podkolanóweczka wypadła. Ale się do niej nie przyznałam i poszłam dalej udając, że to nie moja.


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home