dzień jak co dzień....
Mam pewne zaległości do odrobienia. Kiedyś tam skończyłam informacją, że zdam relację ze zdarzenia, które miało nastąpić. Otóż owo zdarzenia nastąpiło, ale jakoś tak życie mnie przygniotło, że nie byłam wstanie podnieść się do poziomu klawiatury…
Ale najpierw o dniu dzisiejszym. Zaczął się chichotliwie, skończył poważnie. A było tak: jechałam sobie do pracy umilając czas podróży słuchaniem radia. Było mroźnie, troszkę sennie i nagle jeden z dziennikarzy prowadzących powiedział, ze kupił rano kanapkę z kurczakiem o nazwie „mustang” a drugi rzucił cytat „jak mustangi…jak mustangi” no i nie było siły, musiałam się roześmiać. Dla nieznających tematu przytaczam dowcip (uwaga troszku abstrakcyjny).
Las. Lato. Samo południe. Sennie i cicho. Nagle słychać zbliżający się tumult, tupot i wszystko pokryły tumany kurzu. Za chwilę wszystko ucichło, tumany kurzu opadły i ukazała się dysząca gromada jeży, których przywódca sapnął nostalgicznie „jak mustangi, jak mustangi…” koniec dowcipu.
No a dzień zakończył się tak średnio, bo okazało się, że tak około 16 u zbiegu Marsa i Płowieckiej wywróciła się ciężarówka. Dla Warszawiaków to tragedia, godziny szczytu, a tu taki klops. Po półgodzinie okazało się, że była to ciężarówka z amunicją i strefa w odległości kilometra od tejże ciężarówki jest zagrożona wybuchem. Nie chce mi się komentować, ale jaki debil puścił ciężarówkę z amunicją przez miasto w porze największego natężenia ruchu? Koniec refleksji.
A teraz skok wstecz, tak mniej więcej do 4 listopada, kiedy to mieliśmy cudowny, rodzinny zlot. Otóż tego dnia odbył się koncert zorganizowany z okazji imienin papieża, czyli Karola, i w koncercie tym wystąpili artyści przeróżni śpiewając albo recytując wiersze Papieża. A jaki to ma zawiązek ze zjazdem rodzinnym? Ano ma. Bo do udziału w koncercie zaproszona została córka Karolci i Ludwika – Marta, która wystąpiła ze swoim zespołem. Jak zespół to i Ludwik, który powozi zespołową furgonetką i wykonuje inne czynności niezbędne przy występie, jak Marta to i jej córka Patrysia, jej mama Karolcia, jej siostra Kasia (laska Tatki), no i oczywiście Tatko. W międzyczasie przewinęli się też rodzice kompozytora i członka zespołu, którzy przelotnie wypili u mnie herbatę (do Warszawy przyjechali z Tatka i Kasią). Dostałam zaproszenie na koncert, a zobowiązałam się (już wcześniej), ze ugoszczę cały ten rodzinny najazd. Sama się teraz zastanawiam jak mi się to udało: no…już wiem. Stary Młody poszedł nocować poza domem, więc w jego pokoju spała Kasia i Tatko, kanapę odstąpiłam Ludwikowi i Karolci, a podłogę udostępniłam Marcie, która zaległa tam na własnym materacu z Patrysią:-) A ja? Było jeszcze sporo miejsca w części kuchennej, to skorzystałam z ikeowskiej polówki.
Koncert był okropnie ku czci. Najpierw była część oficjalna (a ja już myślałam, ze ten zwyczaj odszedł na wieki), gdzie wystąpiło trzech bardzo ważnych mówców, w tym jeden starosta albo wice, drugi wysoko kościelny, a trzeci chyba też kościelny ale jakby trochę niżej. W każdym razie, nie mogłam się skupić na tych przemówieniach i zaczęłam wymieniać z Tatką bardzo ważne informacje. Najważniejsza była taka, że Ci trzej bardzo ważni goście skojarzyli mi się z parodia tercetu egzotycznego i powagę moją i Tatki szlag trafił. Ku zgrozie Kasieńki, która nas strofowała po cichutku, ale energicznie piorunując nas wzrokiem (co było trudnym wyczynem, bo siedziała w rzędzie za nami). Jeśli myślicie, że to nas uspokoiło, to się mylicie. Było wprost przeciwnie. Ale później było już troszkę lepiej, ale tylko troszkę. Albowiem wykonawcy wymyślili sobie, że jeśli teksty Papieża, to muszą być patetyczne. No i były te wykonania..... były patetyczne. Lider Budki Pierdziela (znany zespół rockowy) wyglądał, jakby wyszedł z krypty i wydawało się, że nie dojdzie do mikrofonu. Doszedł, ku uldze wszystkich zgromadzonych, ale za to nie pamiętał tekstu i śpiewał, nie dość , że z playbacku, to ze wspomaganiem kartki. Były jakaś upiorna niunia (szczególnie uzdolniona dziecina), która kreowała się na wyrafinowaną gwiazdę operową, była Edyta Geppert , która śpiewała profesjonalnie ale przeraźliwe smutno (żeby nie powiedzieć płaczliwie), były chóry niby gospel i Hania Banaszak, która też pięknie, ale rzewnie wyśpiewała swój kawałek no i na koniec Alicja Majewska, która jak zwykle zachwyciła wszystkich prostym, ale wpadającym w ucho utworem. Było też jeszcze paru innych artystów, (Michał Żebrowski i faraon Zelnik- którzy recytowali z kartki wiersze Papieża) Ale najlepsza była nasza Marta. Wyśpiewała z zespołem dwie piosenki, ale radośnie i tak prosto z serca, czym udowodniła, ze wcale nie musiało być tak przeraźliwie smutno. Niestety to był wyjątek w całej tej imprezie ku czci, ale dumni byliśmy, ze to był nasz wyjątek. Potem impreza przeniosła się trochę na salony kongresowe (taki bankiet był powyżej Sali kongresowej), a wreszcie do nas do domu i wreszcie było normalnie. Były i życzenia i szampan imieninowy i fantastyczne spotkanie w gronie rodzinnym. Siedzieliśmy sobie i piliśmy różne trunki do późnych godzin bardzowczesnoporannych i żałowałam, ze zmuszona okolicznościami musiałam gości porzucić i udać się na zajęcia w mojej Alma mater. Goście byli niedobrzy, albowiem nie ruszyli zapasów jedzeniowych, które ku ich czci zgromadziłam i musieliśmy się ze starym Młodym męczyć aż do świąt, żeby to wszystko skonsumować (odmrażając kolejne partie jedzenia).
A stary Młody zaiste ma przedziwny sposób odżywiania się. Wczoraj wieczorem otworzył szampana (zza wschodniej granicy za 4,60 zł) nie wypitego w sylwestra i trochę go wypilismy, a trochę zostało. No tak z pół flaszki. Gnałam dziś z wywieszonym jęzorem do domu, bo tak mi się chciało tego szampana, a tu chała. Młody wypił go na śniadanie do wczorajszego spaghetti. Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci ten nie ma szampana:-)


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home