czarodziejka i ....

czwartek, lutego 02, 2006

trochę wody zmarźniętej i trochę w płynie...

Właściwie to tak dużo ostatnio się działo, ze nie miałam głowy do pisania. No oprócz tego smrodku dydaktycznego, który musiałam walnąć onegdaj…albo jeszcze wcześniej (mówię o ostatnim odcinku bloga ) ;-) No i sama nie wiem, czy warto tu pisać, że o naszej aktualnej scenie politycznej można tylko powiedzieć (i uwaga cytat z Tatki) „pożar w burdelu, to jest cisza msza żałobna w porównaniu z tym, co się tu dzieje…" Targanie po szczękach, związki i rozwiazki polityczne, straszenie Leppiejem…eeech no comments. Warto też wspomnieć o strasznie okrutnie mroźnej zimie, która zmusiła mnie do wywleczenia futra z szafy…Jak by się kto czepiał, to ono, to futro jest sztuczne:-) ale spełnia swoją rolę. Tak jak mój cudowny samochodzik, który zapala bez grymasów nie zważając na temperaturę otoczenia. I właśnie w tę okrutnie, strasznie, przeraźliwie mroźną zimę wybrałam się na basen. No i bosko było, bo miałam występ solowy (słowo! Na całym basenie ani jednego człowieka, no oprócz przystojnych ratowników), a przy okazji zapisałam się na wodny aerobik….Prawa nóżka chlapu chlap, lewa nóżka chlapu chlap …A generalnie zamysł jest taki, żebyśmy wyglądały jak nimfy wodne…ale oczywiście po serii ćwiczeń i na zewnątrz basenu, bo na razie wyglądamy jak stado wielorybków kotłujących się w wodzie i próbujących wykonywać polecenia pani instruktorki :-) Zdecydowanie to coś dla mnie…takie pływanie w te i nazad jest nudne…A kiedy się opasuję pasem przepuklinowym (nigdy nie widziałam takiego pasa, ale jestem pewna, że tak właśnie wygląda) wypornościowym, albo dosiadam makaronika (to taki cienki i długi wałeczek z jakiejś masy, która wyrywa jak głupia do góry i z wody) to czuję się jak dzieciak, który tapla się w baseniku:-) No i jeszcze ta muzyka…co to ona sobie, a my sobie…ale jest naprawdę zabawnie…Jeśli jeszcze zakończę ten eksperyment jako nimfa, to będzie superancko…gorzej, jeśli mi wyrosną błony miedzy palcami…Ale póki co, na razie tym się nie przejmuję („pomyślę o tym jutro” Scarlett O’Hara). Mróz przerwał moja przygodę z zalewem….Ale jak już odpuścił, to pojechałam tam w ostatnią niedzielę z koleżanką i jej dzieciem. No i po porcie się kulałyśmy, bo zalew był zgruzłowany i zasypany śniegiem….Ale wyszło nam i tak trzy godziny…Było cudnie, no może nie tak cudnie, jak na samym zalewie, ale za to wygadałyśmy się po pachy :-) Wstępnie planujemy powtórkę w najbliższy weekend…a co wyjdzie, się okaże. A ja już myślałam, ze obrażona na Stegny łyżwy wrzucę do komórki i nie zajrzę do nich aż do następnego sezonu. No i jeszcze troszkę wytrzymam i będzie wiosna i radosny powrót do rowerowania. Dzień już też zaczął się wydłużać…Wprawdzie ciemno jak wychodzę z domu i ciemno, jak do niego powracam, ale jednak jaśniej :-) I tym optymistycznym akcentem sobie skończę na dziś, bo moje oczy, ręce i inne członki odmawiają współpracy….Jakie to szczęście, że jutro piątek! I możliwość odespania w sobotę…Mam spory deficyt snu w tym tygodniu…czego nikomu nie życzę. I w ogóle nikomu niczego złego nie życzę, tylko zachęcam do koncentrowania się na własnym życiu, a nie na próbach organizowania mojego :-)

1 Comments:

  • Zdjęcia autorstwa Bohuna są :-) zapowiadałm gdzieś w nastepnym blogu, że bedą, jak się zaprzyaźniony Krakus za nie weźmie...Się nie wziął, wiec sama sobie powklejałam! a co! :-)

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 6:52 AM  

Prześlij komentarz

<< Home