jak się na Zalew Zegrzyński wybrałam...
Dopiero pisząc poprzedni kawałek bloga przypomniałam sobie, że o łyżwach nie napisałam. No bo przecież musiałam je wyjąć z bagażnika, żeby na nich pojeździć. A do pojeżdżenia namówił mnie jeden znajomy, co zimą na bojerach śmiga i poinformował mnie, że ludzie jeżdżą po Zalewie Zegrzyńskim na łyżwach. No na bojerach też, ale mnie zainteresowały łyżwy. Już straciłam nadzieję, że będę ich jeszcze używać tej zimy, a tu proszę : taka niespodzianka. Pojechałam trochę zestrachana, bo w łyżwach i to zimą jeszcze nie pływałam, a nie mogłam wykluczyć takiej ewentualności. Na miejscu okazało się, ze jest sporo amatorów i łyżwowania i spacerowania i bojerowania po lodzie (chociaż brak wiatru uniemożliwiał uprawianie akurat tego sportu…). Początkowo z butami w garści i z pewną taką nieśmiałością wjechałam na lód, ale kiedy zobaczyłam ekipę bojerowców prawie na środku tego akwenu, czekającą na wiatr (miały odbyć się zawody) to nabrałam śmiałości. Buty podrzuciłam znajomemu (i tak nie mógł się ślizgać) i ruszyłam badać teren. Wkrótce odkryłam, że na zaśnieżone części nie warto wjeżdżać, bo tam lód raczej pomarszczony jest, a to co odsłonięte to gładkie i jak zaczęłam jeździć, to się zmęczyłam po 1,5 godzinie. Tego się nie da opisać, poczułam się jak koń cyrkowy, który całe życie jeździł w kółko po arenie i poznał wreszcie smak wolności. To było niesamowite i jeśli to prawda, co mówi znajomy bojerarz (nie mylić z bajerantem) to lód potrzyma do marca. Spróbuję więc powtórzyć w najbliższy weekend mój wypad na lód (ale już sobie obiecałam, ze jeździć będę tylko przy ujemnej temperaturze).


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home