czarodziejka i ....

wtorek, kwietnia 11, 2006

po miesiącu prawie....

Dawno tu nie zaglądałam, ale po prostu brakuje mi czasu. No może to i głupie tłumaczenie, ale jeśli czas pracy wydłuża się czasem do 10 godzin, jeśli codzienne obowiązki nadal wymagają mojego działania, to dzień kończy mi się zazwyczaj niekontrolowanym przejściem w fazę snu...To gdzie tu czas na bloga? A jednak organizm mi sie zbuntował i usadził mnie na amen w łóżku. Dziś kolejny, szósty juz dzień buntu tegoż organizmu i powiem tylko tyle, ze wrogowi nie życzę tych doznań, które mam juz za sobą (taka mam nadzieję). Ale musze się pochwalić, że ja, jak choruję, to nie na byle co. Komplecik sobie wyhodowałam. Najpierw miałam coś, co wyglądało na 72 godzinną wirusówkę, a potem sobie przeszło w zapalenie oskrzeli. No ale faktem jest, że w przerwach między cierpieniami chorobowymi miałam czas, żeby przemyśleć sobie to i owo, a zwłaszcza owo. Więc przypomniało mi się, że mam zaległości w blogopisaniu i kiedy tylko gorączka wypuściła mnie z łóżka postanowiłam te zaległości nadgonić. Po pierwsze pojechałam sobie na taki zjazd branżowy do Wierchomli (która leży tuż za Piwniczną) i miałam nadzieje, że będzie to troszkę pobyt sentymentalny (sentymentalny ze względu na Smreka i Piwniczną, która występowała juz w tym blogu co najmniej parę razy), co zrealizowało się w sposób błyskawiczny i nieprzewidywalny. Nasz zjazd odbywał sie nowo wybudowanym hotelu w Wierchomli. Kontrast ogromny, zwłaszcza nocą, bo jedzie się tam przez wioskę..tylko ciemność i góry i nagle pojawia sie imponujący, rzęsiście oświetlony budynek. Owszem w stylu góralskim i ładnie wkomponowany w otoczenie, ale standardem daleko odbiegający od pozostałych zabudowań. Wchodzę więc do tego budynku i kogo widzę na recepcji? Moją ulubioną recepcjonistkę ze Smreka. I już poczułam się mniej oficjalnie, a bardziej sentymentalnie...Ale nie był to koniec niespodzianek, bo vis a vis recepcji jest bar, którym zarządza moja ulubiona barmanka, także ze Smreka. Właściciel Smreka, nie wiedzieć czemu, pozbył się wszystkich ludzi, dla których tak naprawdę się tam przyjeżdżało. Szczęściem dla nich pojawiło się miejsce, gdzie wykwalifikowany personel przyjęto z pocałowaniem w rękę. Ponieważ Wierchomla to centrum narciarskie, to obiecałam sobie, że po zajęciach troszkę sobie pozjeżdżam na nartach, żeby się rozkręcić przed wyjazdem w Alpy. Ale moje plany pokrzyżował padający śnieg, a ja nie przewidując go, gogli ze sobą nie zabrałam. Za to następnego dnia rano było już pięknie i miałam aż półtorej godziny do dyspozycji, który to czas skrzętnie wykorzystałam zjeżdżając dokładnie dwa razy. Przy okazji zadziwiłam pana w wypożyczalni, pożyczając sprzęt na godzinę i panią w kasie żądając skipassa na godzinę (i tak musiałam wziąć 4 godziny- opcja godzinna nie była przewidziana). Samo spotkanie branżowe też było ciekawe, albowiem dyskutowaliśmy nad projektem kodeksu etyki naszego zawodu i mam nadzieję, że kodeks ten wejdzie w życie. Zjazd skończył sie w piątek i oczywistym było, ze odwiedzę Tatkę i jego laskę Kasię w Katowicach. W sobotę pociągiem dojechali Młodzi i znowu była okazja do międzyrodzinnego spotkania z rodziną Kasi czyli Ludwikiem i Karolcią. Kasia po raz kolejny dała popis kulinarny i jeszcze przygotowała nam pakieciki na drogę. A z nowości...no cóż...pojawił się kolejny członek rodziny – suczka Koda. No nie u Tatki i Kasi, ale w domu rodzinny Karolci i Ludwisia, a to w następstwie podstępu Marty ich córki, która korzystając z nieobecności rodziców sunię przywiozła i w domu zainstalowała, licząc na to, że jak rodzice Kodę zobaczą, to pokochają od pierwszego wejrzenia i nie wyrzucą na bruk. Tak też się stało, aczkolwiek początki nie są łatwe. Koda, mimo stałego nadzoru, zostawia pewne niespodzianki tu i ówdzie....no i całe szczęście, ze Karolcia w taka niespodziankę jeszcze nie wdepnęła.... Reasumując: wizyta, acz krótka, była bardzo udana, było wesoło, rodzinnie i sympatycznie (o doznaniach kulinarnych juz pisałam). Ale wszystko co dobre, to się szybko kończy i trzeba było wrócić do codzienności..Ale nie był to najgorszy powrót, albowiem w perspektywie miałam wyjazd na narty, ale o tym w następnym kawałku:-)