Narty
No to zgodnie z obietnicą o nartach...
Nie będę pisać o tym, ze przed wyjazdem do ostatniego dnia pracowałam po 12 godzin....ale warto napisać, że ex pomógł w przygotowaniach przedwyjazdowych za co cześć mu i chwała
Piątek- dzień pierwszy
Jak zwykle spotykamy sie na placu Bankowym, jak zwykle wyjazd się opóźnia...tym razem przez kogoś, kto zapomniał paszportu...Jedziemy przez Szwajcarię, więc bez paszportunie da rady. Młody zapomniał kremu z filtrem, który mu ex specjalnie na ten wyjazd zakupił. Ja mam krem, będzie dobrze. Motywem przewodnim podróży jest wódka żołądkowa gorzka, którą częstuje na prawo i na lewo Edward, który siedzi tuż za nami. Poszło 8 butelek.
Sobota – dzień drugi
Żołądkowa gorzka po powoli się kończy. Edward coś smutny...Nie piję przed 13.
Nad podziw szybko jesteśmy w Szwajcarii. Docieramy do Val Thorens. Po 26 godzinach podróży (to naprawdę rekord czasu podróży w Alpy). Trochę się z młodym Młodym martwimy, bo nasi współspacze nie skontaktowali się z nami przed wyjazdem. Nie znamy i ich i przez skórę czujemy kłopoty. Mamy pokój 4-osobowy z dwoma łóżkami za zasuwanymi drzwiami. Zajmujemy te łóżka. W pierwotnych zamierzeniach ekipa samolotowa miała być wcześniej niż my. Ale przelecieliśmy przez Europę jak burza i byliśmy pierwsi. Nasi współspacze lecieli samolotem. Ale w końcu dolecieli. I wtargnęli do pokoju z pytaniem „gdzie jest ten osobny pokój dla nas?”. Nie podjęliśmy dyskusji z Młodym. Współspacze rozlokowali się we wszystkich możliwych miejscach. Nie mają zamiłowania do porządku.
Niedziela- dzień trzeci
Pierwszy dzień nartowania. Pogoda- kryształ.
Zgarnęliśmy rzeczy współspaczy na ich połowę stołu i zjedliśmy śniadanie. Wręczyłam Młodemu krem, bo słońce było w pełnym rozkwicie. Znowu wzięłam lekcje u instruktora, który specjalnie w tym celu z nami przyjechał. Tradycyjnie też pomyliłam godzinę lekcji i przepadła mi. Młody posmarował twarz, ale jak się okazało niedokładnie. Nos, część policzków i obszar miedzy wargą a nosem potraktował po macoszemu. Widać wyraźnie działanie filtra. Na pozostałej części twarzy. Współspacze milcząco nie przykładają się do porządku. Nasz organizator spróbuje im załatwić z rana jakiś inny pokój. Wciąga ich na swoja czarną listę. Może denerwuje go ich brak zamiłowania do porządku? Jutro będzie fondue. Wjeżdżamy ostatnim wyciągiem, zjeżdżamy do knajpy, spożywamy fondue i dodatki (w tym czerwone wino) i w blasku pochodni zjeżdżamy na nartach do Val Thorens. Wino i zjazd na nartach po ciemku mogą stwarzać pewne trudności. Rok temu taka trasę pokonałam pługiem. Ale dojechałam bezpiecznie. Zobaczymy jak będzie w tym roku.
Poniedziałek – dzień czwarty
Pogoda jakby troszkę gorsza. Ale słońce jeszcze widać. Obszary twarzy Młodego potraktowane po macoszemu przybrały odcień purpury.... będą kłopoty. Współspacze nie wyrażają zainteresowania losem załatwiania pokoju dla nich. Twierdzą, że szkoda czasu i wolą pojeździć na nartach. Po moim wyjściu i dotarciu na stok zmieniają zdanie. Chcą się wyprowadzić (z nami!!!!) do oddzielnego, 6-osobowego apartamentu z dwoma osobnymi pokojami (jakaś mania z tymi osobnymi pokojami!). Zasypują mnie w tej sprawie smsami. Zaplanowali przeprowadzkę przed wyjazdem na fondue. Nigdzie sie z nimi nie wyprowadzę. Drażni mnie ich brak zamiłowania do porządku i brak umiejętności komunikacji. Oni jeszcze o tym nie wiedzą. Że się nie przeprowadzę. Mieszkamy na przeciwko Edwarda zwanego przez wszystkich wużetgie (wódka żołądkowa gorzka), Mariana, Wandy i Bożenki i spędzamy razem czas. Z Wandą zjeżdżam na nartach (też się jeszcze uczy), a z chłopakami Młody gra w karty.. Edward jest osobowością. Wziął ze sobą 3 kurtki, ale tylko jedną parę spodni. Po ich zabrudzeniu do lokalnego klubu wybrał się w spodniach narciarskich. Miał problemy z wejściem. Byłoby mu łatwiej w brudnych spodniach chyba niż w narciarskich :-) Musiałam jednak kiedyś wrócić do pokoju, gdzie współspacze czekają jak dwie harpie. Przedstawiam im swoja decyzję. Próbują nakłonić nas jeszcze do zamiany się miejscami do spania, jako argument podając fakt, że są małżeństwem. Argument mnie nie przekonuje. Jedziemy na fondue. Jest jak zwykle, czyli sporo sera w postaci płynnej, wina, tańców i takich tam.
W drodze powrotnej Młody załapuje się na pochodnię. Staram się jechać śladem tej pochodni, czy może jakiejś innej, ale problem w tym, ze pochodnie dzierżą ci, którzy najlepiej jeżdżą na nartach. I szybko oddalają się od grupy. Trafiłam na ślad ratraka zakładając, ze dowiedzie mnie do Val Thorens. Moje przypuszczenia okazują się słuszne i juz wkrótce mogę kierować się światłami miasteczka. Docieramy z Młodym bezpiecznie, o dziwo nawet w niewielkim odstępie czasowym.
Wtorek – dzień piąty
Pada śnieg. Szykuję gogle. W trakcie jazdy okazuje sie, że gogle przestają działać. Czas chyba kupić nowe, co nie zmienia faktu, ze zjeżdżam po omacku. Cholera. Poprawiam sobie nastrój grzanym winem w knajpie. Podejmuję decyzje o powrocie do domu. O 14 wychodzi słońce. Biorę okulary przeciwsłoneczne i wracam na stok. I po co? Skoro juz byłam bezpiecznie w domu?
Po to, żeby nagły atak burzy śnieżnej dopadł mnie na stoku. W moich okularach przeciwsłonecznych. Tracę orientację gdzie jadę. Na szczęście siła przyciągania ziemskiego kieruje mnie w dół, a nie w górę stoku. Staram się nie tracić z oczu kijków wyznaczających trasę. Tracę. Kurde, nie jadę dalej. Siadam na nartach i postanawiam poczekać, aż będzie coś widać. Śnieżyca się nasila. Na szczęście nie jestem sama. Jakiś narciarz pyta mnie, czy wszystko w porządku, więc potwierdzam i podejmuję mozolną drogę w dół. Docieram do domu. Nieład w pełnym rozkwicie. Więc podejmuję decyzję, żeby oddać współspaczom ten ich wymarzony osobny (hehehe- za tymi drzwiami i tak wszystko słychać!) pokój mając nadzieję, że zabiorą ze sobą swój nieład. I skrzyneczkę metalową skrzętnie zamykana na kłódkę. Znani jesteśmy Młodym z tego, że obrabiamy swoich współspaczy. Propozycja zostaje przyjęta z trudno skrywaną radością. Przeprowadzka odbywa sie z prędkością światła. Może boją się, ze się rozmyślimy? Myślę nad jutrzejszą pogodą. Zawsze w czasie takich pobytów trafia się jeden dzień o warunkach bardzo trudnych do zjeżdżania. Mam nadzieję, że ten dzień jest już za nami.
Środa – dzień szósty
Pada śnieg. Kurcze no...No ale przyjechałam na narty, więc głupi śnieg nie będzie mnie trzymał w domu. Młodego purpurowe obszary twarzy zaczynają podchodzić bąblami...Nie jest dobrze. Zaczynam przyzwyczajać się do jazdy w padającym śniegu. Jednak śnieg przechodzi pod koniec dnia w deszcz. W deszczu jeździć nie będę. Nasi współspacze dokupili sobie karnety na sąsiednią dolinę. Trochę bez sensu, bo obszar ten położony jest niżej. Więc u nas śnieg, a tam deszcz. Wyrażam im swoje fałszywe współczucie. Tak jak przypuszczałam brak zamiłowania do porządku przenieśli do swojej kanciapy. Narzekają na smród z kanalizacji, ale uparcie sedesu nie zamykają. Ja i tak nie mam węchu. Mamy z Młodym do dyspozycji salon(w którym śpimy), kuchnię, dostęp do łazienki i ubikacji. Jutro musi być pogoda. Dwa dni niepogody na 6 dni jeżdżenia wystarczą.
Czwartek- dzień siódmy
Pada śnieg. O tej porze roku takie zjawisko jest nieznane nawet najstarszym góralom alpejskim. Z uporem maniaka ruszam na narty. Jest pretekst, żeby wpadać na grzane wino do szaletu. No tak, tam wszystkie schroniska nazywają się Chalet (wymawiaj szale- z akcentem na ostatnią sylabę). Młody dostał od kogoś maść na oparzenia. Trudno stwierdzić, co to za specyfik, bo to chińska maść...a może wietnamska? Jazda w śniegu jest bardzo męcząca. Padamy wieczorem jak ścięci. Młody ma jeszcze siły, żeby chodzić do sąsiadów na karty, albo i inne rozrywki. Mnie sie nie chce. Jednakowoż Bożenka i Wanda namawiają mnie na wypad do lokalnego klubu. Z powodu braku jakichkolwiek znajomych w klubie nasz pobyt tam ogranicza sie do 1 godziny : od 23 do 24. Moje nocne życie jest chyba nieudane.
Piątek – dzień ósmy
Pada śnieg. Ja uparcie ruszam na narty. Tym razem z Młodym. Do tej pory jeździliśmy osobno, bo on jednak jeździ dużo lepiej niż ja. Coś się zmieniło. Siedzenia na wyciągu są oblodzone. Zimno mi w tyłek. Chyba wrócę sie przebrać. Nie wiadomo dlaczego Młodego oblewa jakiś smar z wyciągu. Takie rzeczy trafiają sie zawsze jemu. W związku z całonocnymi opadami śniegu trasy są nie zratrakowane. Trochę niedobrze, ale w pewnym momencie trafiamy na stok zupełnie dziewiczy. W perspektywie widać skrawek błękitnego nieba. Jest szansa na słońce.
Zjeżdżamy jako pierwsi tym stokiem i zabawę mamy przednią. Robi się coraz słoneczniej i cieplej. Nie idę się przebrać. Wreszcie zjeżdżamy w maksymalnie dobrych warunkach. Na koniec dnia planujemy zakopywanie w śniegu naszego organizatora zwanego Czakiem Norisem. To ta postura i te wszechstronne uzdolnienia sportowe. Czak ma wypróbować swoje urządzenie do oddychania w razie zasypania przez lawinę. Umawiamy sie przy szalecie od fondue. W międzyczasie okazuje się, że Edward otrzymał nową ksywę. Zamiast wużetgie, nazwany został teżewe (jak szybka kolej francuska) – bardzo prostego powodu. Edward uwielbia zjeżdżać na tzw krechę, nie uwzględnia żadnych zakrętów. Wygląda imponująco, kiedy tak mknie niczym wiatr w swoim błyszczącym kasku, którego nigdy nie zapina.
Czak nie zdąża na ostatni wyciąg, ale jak to Czak rusza do nas w butach narciarskich i z nartami na ramieniu na piechotę pod górę.
Dostaje owacje. Następnie zakopujemy go pod śniegiem. Sprzęt działa. Czak uchodzi żywcem z tego doświadczenia.
Tak kończy się nasz ostatni dzień nartowania. Przed nami powrót do Polski.
Sobota – dzień dziewiąty
Pada śnieg. Obserwujemy to zjawisko z dziką satysfakcja. Po co ma być słońce, skoro wyjeżdżamy? Pakujemy sie do autokaru i ruszamy w drogę powrotną. Po drodze zahaczamy o Geanta w Albertville, żeby jakieś zakupy porobić. Mimo prośby organizatora, żeby nie kupować serów, a przynajmniej nie wieźć ich w autobusie, sporo osób te sery kupuje. I wiezie je przy sobie. Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja sie do smrodu. My tych serów nie czujemy. Noc upływa nam na błyskawicznym pokonaniu autostrad niemieckich. O świcie jesteśmy w Polsce. Ale to juz następny dzień.
Niedziela – dzień dziesiąty
Noc spędzona w pozycji siedzącej nie jest komfortem, ale w końcu nie o to chodziło. Młody spał na podłodze i dobrze, bo jego gabaryty przekraczają znacznie przeciętną. Śniadanie jedliśmy jakieś 220 km od Warszawy. Powrót do autokaru był traumatycznym przeżyciem. Przez noc sporo serów dojrzało. Smród objawił się w pełnym rozkwicie. Po jakichś 20 km przywykliśmy. Bez przeszkód powróciliśmy do Warszawy. Maść na twarzy Młodego zadziałała cuda, aczkolwiek konsekwencji nierównego posmarowania twarzy nie dało się ukryć.
Ale ogólnie było bardzo fajnie. Za rok też pojedziemy.
Sobota – dzień drugi
Żołądkowa gorzka po powoli się kończy. Edward coś smutny...Nie piję przed 13.
Nad podziw szybko jesteśmy w Szwajcarii. Docieramy do Val Thorens. Po 26 godzinach podróży (to naprawdę rekord czasu podróży w Alpy). Trochę się z młodym Młodym martwimy, bo nasi współspacze nie skontaktowali się z nami przed wyjazdem. Nie znamy i ich i przez skórę czujemy kłopoty. Mamy pokój 4-osobowy z dwoma łóżkami za zasuwanymi drzwiami. Zajmujemy te łóżka. W pierwotnych zamierzeniach ekipa samolotowa miała być wcześniej niż my. Ale przelecieliśmy przez Europę jak burza i byliśmy pierwsi. Nasi współspacze lecieli samolotem. Ale w końcu dolecieli. I wtargnęli do pokoju z pytaniem „gdzie jest ten osobny pokój dla nas?”. Nie podjęliśmy dyskusji z Młodym. Współspacze rozlokowali się we wszystkich możliwych miejscach. Nie mają zamiłowania do porządku.
Niedziela- dzień trzeci
Pierwszy dzień nartowania. Pogoda- kryształ.
Zgarnęliśmy rzeczy współspaczy na ich połowę stołu i zjedliśmy śniadanie. Wręczyłam Młodemu krem, bo słońce było w pełnym rozkwicie. Znowu wzięłam lekcje u instruktora, który specjalnie w tym celu z nami przyjechał. Tradycyjnie też pomyliłam godzinę lekcji i przepadła mi. Młody posmarował twarz, ale jak się okazało niedokładnie. Nos, część policzków i obszar miedzy wargą a nosem potraktował po macoszemu. Widać wyraźnie działanie filtra. Na pozostałej części twarzy. Współspacze milcząco nie przykładają się do porządku. Nasz organizator spróbuje im załatwić z rana jakiś inny pokój. Wciąga ich na swoja czarną listę. Może denerwuje go ich brak zamiłowania do porządku? Jutro będzie fondue. Wjeżdżamy ostatnim wyciągiem, zjeżdżamy do knajpy, spożywamy fondue i dodatki (w tym czerwone wino) i w blasku pochodni zjeżdżamy na nartach do Val Thorens. Wino i zjazd na nartach po ciemku mogą stwarzać pewne trudności. Rok temu taka trasę pokonałam pługiem. Ale dojechałam bezpiecznie. Zobaczymy jak będzie w tym roku.
Poniedziałek – dzień czwarty
Pogoda jakby troszkę gorsza. Ale słońce jeszcze widać. Obszary twarzy Młodego potraktowane po macoszemu przybrały odcień purpury.... będą kłopoty. Współspacze nie wyrażają zainteresowania losem załatwiania pokoju dla nich. Twierdzą, że szkoda czasu i wolą pojeździć na nartach. Po moim wyjściu i dotarciu na stok zmieniają zdanie. Chcą się wyprowadzić (z nami!!!!) do oddzielnego, 6-osobowego apartamentu z dwoma osobnymi pokojami (jakaś mania z tymi osobnymi pokojami!). Zasypują mnie w tej sprawie smsami. Zaplanowali przeprowadzkę przed wyjazdem na fondue. Nigdzie sie z nimi nie wyprowadzę. Drażni mnie ich brak zamiłowania do porządku i brak umiejętności komunikacji. Oni jeszcze o tym nie wiedzą. Że się nie przeprowadzę. Mieszkamy na przeciwko Edwarda zwanego przez wszystkich wużetgie (wódka żołądkowa gorzka), Mariana, Wandy i Bożenki i spędzamy razem czas. Z Wandą zjeżdżam na nartach (też się jeszcze uczy), a z chłopakami Młody gra w karty.. Edward jest osobowością. Wziął ze sobą 3 kurtki, ale tylko jedną parę spodni. Po ich zabrudzeniu do lokalnego klubu wybrał się w spodniach narciarskich. Miał problemy z wejściem. Byłoby mu łatwiej w brudnych spodniach chyba niż w narciarskich :-) Musiałam jednak kiedyś wrócić do pokoju, gdzie współspacze czekają jak dwie harpie. Przedstawiam im swoja decyzję. Próbują nakłonić nas jeszcze do zamiany się miejscami do spania, jako argument podając fakt, że są małżeństwem. Argument mnie nie przekonuje. Jedziemy na fondue. Jest jak zwykle, czyli sporo sera w postaci płynnej, wina, tańców i takich tam.
W drodze powrotnej Młody załapuje się na pochodnię. Staram się jechać śladem tej pochodni, czy może jakiejś innej, ale problem w tym, ze pochodnie dzierżą ci, którzy najlepiej jeżdżą na nartach. I szybko oddalają się od grupy. Trafiłam na ślad ratraka zakładając, ze dowiedzie mnie do Val Thorens. Moje przypuszczenia okazują się słuszne i juz wkrótce mogę kierować się światłami miasteczka. Docieramy z Młodym bezpiecznie, o dziwo nawet w niewielkim odstępie czasowym.
Wtorek – dzień piąty
Pada śnieg. Szykuję gogle. W trakcie jazdy okazuje sie, że gogle przestają działać. Czas chyba kupić nowe, co nie zmienia faktu, ze zjeżdżam po omacku. Cholera. Poprawiam sobie nastrój grzanym winem w knajpie. Podejmuję decyzje o powrocie do domu. O 14 wychodzi słońce. Biorę okulary przeciwsłoneczne i wracam na stok. I po co? Skoro juz byłam bezpiecznie w domu?
Po to, żeby nagły atak burzy śnieżnej dopadł mnie na stoku. W moich okularach przeciwsłonecznych. Tracę orientację gdzie jadę. Na szczęście siła przyciągania ziemskiego kieruje mnie w dół, a nie w górę stoku. Staram się nie tracić z oczu kijków wyznaczających trasę. Tracę. Kurde, nie jadę dalej. Siadam na nartach i postanawiam poczekać, aż będzie coś widać. Śnieżyca się nasila. Na szczęście nie jestem sama. Jakiś narciarz pyta mnie, czy wszystko w porządku, więc potwierdzam i podejmuję mozolną drogę w dół. Docieram do domu. Nieład w pełnym rozkwicie. Więc podejmuję decyzję, żeby oddać współspaczom ten ich wymarzony osobny (hehehe- za tymi drzwiami i tak wszystko słychać!) pokój mając nadzieję, że zabiorą ze sobą swój nieład. I skrzyneczkę metalową skrzętnie zamykana na kłódkę. Znani jesteśmy Młodym z tego, że obrabiamy swoich współspaczy. Propozycja zostaje przyjęta z trudno skrywaną radością. Przeprowadzka odbywa sie z prędkością światła. Może boją się, ze się rozmyślimy? Myślę nad jutrzejszą pogodą. Zawsze w czasie takich pobytów trafia się jeden dzień o warunkach bardzo trudnych do zjeżdżania. Mam nadzieję, że ten dzień jest już za nami.
Środa – dzień szósty
Pada śnieg. Kurcze no...No ale przyjechałam na narty, więc głupi śnieg nie będzie mnie trzymał w domu. Młodego purpurowe obszary twarzy zaczynają podchodzić bąblami...Nie jest dobrze. Zaczynam przyzwyczajać się do jazdy w padającym śniegu. Jednak śnieg przechodzi pod koniec dnia w deszcz. W deszczu jeździć nie będę. Nasi współspacze dokupili sobie karnety na sąsiednią dolinę. Trochę bez sensu, bo obszar ten położony jest niżej. Więc u nas śnieg, a tam deszcz. Wyrażam im swoje fałszywe współczucie. Tak jak przypuszczałam brak zamiłowania do porządku przenieśli do swojej kanciapy. Narzekają na smród z kanalizacji, ale uparcie sedesu nie zamykają. Ja i tak nie mam węchu. Mamy z Młodym do dyspozycji salon(w którym śpimy), kuchnię, dostęp do łazienki i ubikacji. Jutro musi być pogoda. Dwa dni niepogody na 6 dni jeżdżenia wystarczą.
Czwartek- dzień siódmy
Pada śnieg. O tej porze roku takie zjawisko jest nieznane nawet najstarszym góralom alpejskim. Z uporem maniaka ruszam na narty. Jest pretekst, żeby wpadać na grzane wino do szaletu. No tak, tam wszystkie schroniska nazywają się Chalet (wymawiaj szale- z akcentem na ostatnią sylabę). Młody dostał od kogoś maść na oparzenia. Trudno stwierdzić, co to za specyfik, bo to chińska maść...a może wietnamska? Jazda w śniegu jest bardzo męcząca. Padamy wieczorem jak ścięci. Młody ma jeszcze siły, żeby chodzić do sąsiadów na karty, albo i inne rozrywki. Mnie sie nie chce. Jednakowoż Bożenka i Wanda namawiają mnie na wypad do lokalnego klubu. Z powodu braku jakichkolwiek znajomych w klubie nasz pobyt tam ogranicza sie do 1 godziny : od 23 do 24. Moje nocne życie jest chyba nieudane.
Piątek – dzień ósmy
Pada śnieg. Ja uparcie ruszam na narty. Tym razem z Młodym. Do tej pory jeździliśmy osobno, bo on jednak jeździ dużo lepiej niż ja. Coś się zmieniło. Siedzenia na wyciągu są oblodzone. Zimno mi w tyłek. Chyba wrócę sie przebrać. Nie wiadomo dlaczego Młodego oblewa jakiś smar z wyciągu. Takie rzeczy trafiają sie zawsze jemu. W związku z całonocnymi opadami śniegu trasy są nie zratrakowane. Trochę niedobrze, ale w pewnym momencie trafiamy na stok zupełnie dziewiczy. W perspektywie widać skrawek błękitnego nieba. Jest szansa na słońce.
Zjeżdżamy jako pierwsi tym stokiem i zabawę mamy przednią. Robi się coraz słoneczniej i cieplej. Nie idę się przebrać. Wreszcie zjeżdżamy w maksymalnie dobrych warunkach. Na koniec dnia planujemy zakopywanie w śniegu naszego organizatora zwanego Czakiem Norisem. To ta postura i te wszechstronne uzdolnienia sportowe. Czak ma wypróbować swoje urządzenie do oddychania w razie zasypania przez lawinę. Umawiamy sie przy szalecie od fondue. W międzyczasie okazuje się, że Edward otrzymał nową ksywę. Zamiast wużetgie, nazwany został teżewe (jak szybka kolej francuska) – bardzo prostego powodu. Edward uwielbia zjeżdżać na tzw krechę, nie uwzględnia żadnych zakrętów. Wygląda imponująco, kiedy tak mknie niczym wiatr w swoim błyszczącym kasku, którego nigdy nie zapina.
Czak nie zdąża na ostatni wyciąg, ale jak to Czak rusza do nas w butach narciarskich i z nartami na ramieniu na piechotę pod górę.
Dostaje owacje. Następnie zakopujemy go pod śniegiem. Sprzęt działa. Czak uchodzi żywcem z tego doświadczenia.
Tak kończy się nasz ostatni dzień nartowania. Przed nami powrót do Polski.
Sobota – dzień dziewiąty
Pada śnieg. Obserwujemy to zjawisko z dziką satysfakcja. Po co ma być słońce, skoro wyjeżdżamy? Pakujemy sie do autokaru i ruszamy w drogę powrotną. Po drodze zahaczamy o Geanta w Albertville, żeby jakieś zakupy porobić. Mimo prośby organizatora, żeby nie kupować serów, a przynajmniej nie wieźć ich w autobusie, sporo osób te sery kupuje. I wiezie je przy sobie. Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja sie do smrodu. My tych serów nie czujemy. Noc upływa nam na błyskawicznym pokonaniu autostrad niemieckich. O świcie jesteśmy w Polsce. Ale to juz następny dzień.
Niedziela – dzień dziesiąty
Noc spędzona w pozycji siedzącej nie jest komfortem, ale w końcu nie o to chodziło. Młody spał na podłodze i dobrze, bo jego gabaryty przekraczają znacznie przeciętną. Śniadanie jedliśmy jakieś 220 km od Warszawy. Powrót do autokaru był traumatycznym przeżyciem. Przez noc sporo serów dojrzało. Smród objawił się w pełnym rozkwicie. Po jakichś 20 km przywykliśmy. Bez przeszkód powróciliśmy do Warszawy. Maść na twarzy Młodego zadziałała cuda, aczkolwiek konsekwencji nierównego posmarowania twarzy nie dało się ukryć.
Ale ogólnie było bardzo fajnie. Za rok też pojedziemy.


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home