czarodziejka i ....

poniedziałek, maja 22, 2006

Jeśli los podrzuca Ci cytrynę...

Ty z niej zrób lemoniadę :-) To takie powiedzenie a propos pojawiania się w naszym życiu różnych takich nie do przewidzenia. Tak jak w moim ostatnio. Jak co dzień, ok. godz. 6.30 wsiadłam w garażu piwnicznym do swojego autka, dojechałam do bramy i bupa.. Brama odmówiła współpracy, nawet ręczne manipulacje nic nie zmieniły. Potruchtałam więc (co nie było łatwe, bo był to dzień, kiedy postanowiłam zestroić się w obcasy) do kanciapki strażników, co by zasięgnąć języka. Otóż, brama się wzięła i popsuła. Na amen. Wróciłam więc (ciągle truchtem) do garażu, wycofałam samochód na miejsce, ale przedtem oczywiście zamówiłam taksówkę. Miała być za jakieś 25 minut. Ten czas wykorzystałam na powrót do domu i założenie płaszczyka oraz na dotarcie do pobliskiego bankomatu w celu pobrania kasy na tę że taksówkę. W dodatku (całkiem pechowo) byłam umówiona na wczesnoporanne spotkanie. Kiedy stanęłam sobie grzecznie pod blokiem oczekując na transport zobaczyłam sąsiada zza ściany (nie obserwowałam go zza ściany tylko on mieszka w mieszkaniu obok, tuż przez ścianę)jak szykował się do odjazdu. A szykował się do odjazdu, bo parkował pod gołym niebem i żadna brama garażu nie stanęła mu wbrew i na paskudę. Zagadnęłam więc sąsiada, gdzie pracuje...a kiedy się okazało, ze w centrum, wprosiłam się na pasażera. Odwołałam taryfę i ruszyłam sąsiadowym transportem. Po drodze okazało się, że sąsiad pracuje wprawdzie nie w centrum, a na Mokotowie i to dwie przecznice za moją pracą, ale w tej sytuacji nie wytykałam mu niedokładności geograficznej. W ten sposób trafiłam pod samo biuro. Z tego samego powodu (czytaj: braku samochodu) zostałam zaproszona na spacer połączony z podwózką metrem aż do placu Wilsona. W ten sposób los podarował mi dodatkowy czas, który mogłam spędzić z Bohunem. Może tylko niedobrze, ze spacer odpracowałam na wysokich obcasach, bo jest to obuw wybitnie niespacerowy, ale w niektórych okolicznościach taki drobny szczegół nie odgrywa najmniejszej roli. Spacer był cudny. Oczywiście, że w tym dniu, od samego rana miałam prawo być wściekła...foszyć się (uwaga: foszyć się = mieć focha = być obrażonym) na cały świat...od bramy począwszy. Tylko co by mi to dało???? Kompletnie nic! A tak, dzień, który zaczął się niespecjalnie zakończył się wyjątkowo specjalnie (jak wyjątkowo specjalne są wszystkie spotkania z Bohunem). No i jeszcze wzbogaciłam się o wiedzę, że mój sąsiad jest stolarzem:-)) Prawda, że taka wiedza bywa bezcenna? Los tez czasem kieruje mnie na zakupy...No to może niedokładnie tak...Zacznę inaczej: czasem umawiam się z moją Dorotką od salsy na babskie plociu-plociu. Umawiamy się dość przebiegle w centrach handlowych...no i tak sobie, zupełnie przypadkiem zaglądamy sobie do sklepów. No i nie wiem, czy to ja mam farta zakupowego, czy ona...Czy może obie w komplecie? Faktem jest, ze zawsze sobie zanabędziemy coś ładnego a przecenionego...(patrz buty!). Tym razem kupiłyśmy sobie (po raz drugi taki sam ciuch w naszej wspólnej akcji zakupowej) bluzeczko-sweterek w ślicznym kolorze koralowym. Więc oprócz bodźca towarzyskiego zawsze towarzyszy nam bodziec okazyjno-zakupowy. Ciągle potrzebuję klapek w kolorze niebieskim...takich na koturnie najlepiej, więc myślę, że powinnam znowu umówić się z Dorotką na plociowanie :-)