
Majówka miała swój ciąg dalszy. No bo i miejsce urokliwe i występuje tam jakieś dziwne przyciąganie międzyludzkie...No dobrze, nie tylko tam. Ale tam wróciliśmy jeszcze dwa razy. Raz na krótko, wiec bez kotów i drugi raz na dłużej no i z kotami. Deszcz odszedł w niepamięć, za to pojawiły się komary. Znienacka i w jakichś przemysłowych ilościach ...jakby. W domku jednak jest jakaś magiczna lampa, która odpędzała owady w nocy, w dzień powinny nas bronić teoretycznie Melka i Fraucia, ale jakoś nie przejawiały chęci wyłapywania komarów, chociaż zazwyczaj w domu robią to bardzo ochoczo.
Postanowiliśmy zwiedzić okolice i sprawdzić, czy zielony kampinoski szlak rowerowy nadaje się dla rowerów. Owszem, tuz po wyjściu z domku spotkaliśmy na szlaku rowerowym jeźdźców na koniach. Szlak trochę w związku z tym stargany, ale poza małymi wyjątkami się nadaje. Do pokonania go na rowerach. Obeszliśmy jakieś pół świata, albo troszkę więcej i zeszło nam na tej wyprawie chyba ze 6 godzin. W zasadzie pewnie byłoby więcej tych godzin, gdyby na końcówce spaceru nie przestał działać środek antykomarowy. Dopadła nas banda żądnych kontaktów najbardziej bezpośrednich komarów i musieliśmy znacznie przyspieszyć tempo powrotu na działkę. Penetracja okolic okazała się bardzo pouczająca i sprowokowała nas do postawienia kilku śmiałych teorii. Jedna to taka, że w miejscu pastwiska pojawia się czasem woda w sensie jeziora. Ponieważ pojawia sie nieregularnie to na wypadek wszelki zacumowana jest tam łódka. Solidny łańcuch i kłódka wskazują, że łódka musi stanowić łakomy kąsek dla okolicznych wioślarzy.

Mijaliśmy tez po drodze bardzo słabe (serio serio : tabliczka ostrzegała: "mostek słaby"), słabe i całkiem niesłabe mostki, a szlak kręcił przedziwnie i trzeba było sporo samozaparcia, żeby go nie zgubić.

My mieliśmy go nie za wiele. Wymieniając poglądy na temat otaczającej nas przyrody niebacznie straciliśmy go z oczu. Wyszliśmy na jakąś podrzędną drogę, po której śmigały samochody, ale oznakowań szlaku nie było. Wiec wróciliśmy po własnych śladach, no bo nie po szlaku chodzi się raczej słabo. Szlak został odnaleziony i tym razem jego śladem doszliśmy do tej samej podrzędnej drogi tyle , ze o 10 metrów dalej. No ale przygoda była! Zagubiliśmy sie w lesie, a potem własnymi siłami sie odnaleźliśmy.
Tymczasem koty oswajały się z naturą. Melka wymyśliła sobie, że po zmroku jej nie widać (niejako logicznie nawet), więc śmiało wychodziła na działkę i korzystając z ciemności udawała obce, jakieś dzikie nawet zwierzę. Fraucia nadal ignorowała psy i robiła to w coraz bezczelniejszy sposób:-) Wychodząc w ciągu dnia na krótszy spacer zostawiliśmy drzwi na taras otwarte, żeby kotom dostępu do natury nie zamykać. Ale kotów tak łatwo się nie oszuka. Stwierdziły, ze to jakiś podstąp i zaszyły sie na poddaszu, pod stertą ciuchów. Wyszły na taras dopiero po naszym powrocie.

Do ciekawostek, które udało nam się zaobserwować zaliczyć należy kury, a właściwie kurki japońskie, małe, kolorowe i wyglądające tak, jakby miały na sobie futrzane botki do kolan (czy kury maja kolana???). Nie pozwalały jednak Bohunowi na bliższe kontakty...A chciał im tylko zdjęcie zrobić...Jedna taka, co nas zupełnie nie interesowała (bo nie miała butów ani kolorów) wypruła jak sprinter i pogrzała kurcgalopkiem przez trawy...Dzikie kury jakieś czy co?

Czasem (kiedy nie penetrowaliśmy Kampinosu) odpoczywaliśmy i wtedy zajmowaliśmy się, zgodnie z planem, rozrywkami intelektualnymi. Udało nam sie rozwalić dwie krzyżówki z Vivy i muszę stwierdzić, że jesteśmy mistrzami w tym zajęciu. Rozwiązujemy je błyskawicznie, a nawet bez problemu lewą ręką (to ja). Jednak musimy mieć do tego zajęcia mocniejsze światło. Albowiem potrafiłam z hasła ptak nielot zrobić ptaka leona. No ..... zdarzył mi się tez orzeł maltański, ale chyba nie mam się czym chwalić. Odpoczynek był błogi, sielski i anielski , nawet koty sie zrelaksowały. Fraucia urządziła sobie na poddaszu solarium (to w nocy), bo w dzień zbezczelniała do tego stopnia, ze chodziła tygrysim krokiem po murku u podnóża płotu, za którym psy bardzo chciały z nią zadzierzgnąć jakąś bliższą więź.

Melka obserwowała poczynania Frauci z tarasu, schowana za filarkiem i cały czas sprawdzała, czy droga odwrotu (w razie ewentualnego niebezpieczeństwa , które mogło zagrozić Frauci) jest wolna. Wyszedł nam nawet z tego tytuł filmu....Przyczajony tygrys, ukryty słoń :-)
Ponieważ całkiem nieźle wychodzi nam szlajanie się w terenie w cudnych okolicznościach przyrody postanowiliśmy kontynuować i kultywować ten jakże piękny zwyczaj.
W najbliższy weekend szykuje sie wyprawa (tym razem może rowerowa a może perpedesowa) gdzieś w okolice zalewu. Ale to tylko rozgrzewka przed wakacjami nad morzem i niewykluczone, ze na dwóch kółkach.
I żeby nie pozostawiać niedomówień od razu wyjaśnię, że nie tylko badamy okoliczności przyrody. A oprócz rozrywek intelektualnych rozrywamy sie w inny sposób...np. Słuchamy razem muzyki , czy recytujemy poezję...ale to może postronnego czytelnika nudzić, wiec nie będę tymi szczegółami nikogo zasypywać.