wakacje na czterech kółkach cd
Dzień 1 – niedziela
Może jeszcze słów parę o pokoju, w którym zamieszkaliśmy (no muszę uzupełnić bo zostałam pozakomentarzowo napomniana, że lecę po łebkach).
Musi być dygresja: nie mogę bardzo dokładnie pisać, no...bo nie o wszystkim mogę pisać :-) A gdybym tak dokładnie chciała, to by mi wyszła powieść w odcinkach. Musiałabym napisać o czasie przedwyjazdowym, kiedy to zauważyłam flaka w swojej tylnej oponie, a Bohun dzielnie go zwalczył, o szaleństwie przedwyjazdowym....o znakach drogowych (jeden znany jako „hops, hops jak rącza łania”) ....itd, itd.
Ale o pokoju muszę, to fakt.
Pokój był. Duży był. Kiedy go rezerwowałam, to zadano mi pytanie, czy nie będzie nam przeszkadzało, że jest jedno wspólne łóżko. No cóż pomyślałam, że nie będzie. W nagrodę dostaliśmy dwie oddzielne leżanki i wiekową kanapę, która wygadała tak, jakby się miała rozpaść od samego siadania na niej. W związku z tym zagospodarowaliśmy kanapę, a leżanki służyły jako ławka kar (na szczęście, w czasie całego pobytu nikt na nich nie wylądował). Z braku szafy można było za to je wykorzystać do przechowywania ubrań. Na ścianie wisiało dzieło sztuki, które intrygowało nas aż do końca pobytu.
Z powodu postaci występujących na tymże dziele (bo to obraz był). Ja stawiałam na Obcych, Bohun miał nieco inną koncepcję, ale przyznać trzeba, ze dzieło to przyczyniło się do licznych prób analiz tegoż malunku. Na koniec zagadka została rozwiązana, ale o tym we właściwym czasie. Łazienka była. Duża była. Ale prysznic był baaardzo mały. A w umywalce nie było ciepłej wody (w każdym razie nie wtedy, kiedy jej Bohun potrzebował). No i drzwi. Też były. Ale jakoś niewłaściwie osadzone. W zasadzie trzeba było je solidnie podnosić ku górze, żeby chciały się otworzyć. Albo zamknąć. Nie bez solidnych efektów dźwiękowych.
Ale było 200 merów do morza, plaża z powodu braku ludzi prywatna, a kwatera też bardzo prywatna, bo byliśmy jedynymi gośćmi. Pogoda też była..Najczęściej słoneczna była. No i lodówka do naszej dyspozycji. Jako miejsce noclegowe godna polecenia.
No i znów powlokło mnie w dygresje. A miałam o dniu pierwszym pobytowym.
Podróż samochodem i próby wokalne podczas podróży okazały się nieludzko wyczerpujące. Potrzebowałam zdecydowanie więcej snu niż Bohun. Bohun wstał. Ja spałam. Bohun poszedł przywitać się z morzem i popstrykać mu fotek. Ja spałam. Bohun zbierał muszelki. W różnych rozmiarach. Ja spałam. Bohun wrócił do pokoju i zrobił efekty dźwiękowe drzwiami. Ja spałam. Bohun zrobił pyszne śniadanko. Wstyd się przyznać, ale ciągle spałam. Obudziły mnie dopiero muszelki włożone mi do ręki i hasło „śniadanko”. To się obudziłam. Ale przyznać muszę, że dawno nie miałam tak luksusowego budzenia w tak mało luksusowych warunkach. Warunki nieważne. Ludzie tak.
Pierwszego dnia ruszyliśmy szlakiem „Ku słońcu”. Znałam go już z poprzedniego pobytu i tak się jakoś spokojnie nim dotoczyliśmy prawie do Kołobrzegu. No bo my właśnie wypoczywaliśmy za Kołobrzegiem, a konkretnie w Mrzeżynie.
No i zastanawialiśmy się czy jechać zwiedzać kurort, czy już spokojnie wrócić sobie do domku. Zapadła decyzja, żeby wracać do domku. Ale chała! Spokojny powrót to nie był. Bardzo niespokojny. Świeża dętka, która zrobiła jakieś 46 km, odmówiła współpracy. Sprawdziliśmy autobusy. Chała. Znaczy nie było. Do domu 20 km...buuuu...Prowadziliśmy więc rowery pięknym szlakiem rowerowym, który wiódł przez las, nieopodal morza. Chyba poruszałam się mało energicznie, a może nie wyglądałam na kogoś, kto da radę prowadzić rower 20 km..... W każdym razie Bohun zabrał mi rower i prowadził oba. Oba narowiste. Oba z ostrymi pedałami. Łydki Bohuna nawiązały z tymi ostrymi bezpośredni kontakt. Nie będę opowiadała o mieścinie, nadmorskiej, która ciągnęła się kilometrami (stwarzając pozory, że już się kończy), ani o zmasowanym ataku dobrze zorganizowanych krwiopijców (o tym jeszcze będzie), ale w tejże mieścinie chciałam umrzeć i zostać na tamtejszym bruku. Bo mi się zrobił bąbel (zwany przez niektórych pęcherzem) pod stopą. Pogoda była upiornie cudna. Ale wszystko w życiu się kiedyś kończy, więc i my dotarliśmy do przystanku autobusowego. Okazało się, że mamy jeszcze czas na rybkę, więc poszliśmy się posilić. A przy okazji odkryliśmy super miejsce ze smażonymi rybkami. I to był chyba jedyny plus tego dnia. Jeszcze tylko moja podróż z rozdętkowanym rowerem autobusem (Bohun popruł na swojej maszynie), droga przez las z przystanku autobusowego...i dzień się skończył.
Bilans : 36,6 km rowerem, 13 km na piechotę (w tym niektórzy z nas z dwoma rowerami), 7 km autobusem (znowu niektórzy z nas na rowerze), jeden potężny bąbel pod stopą, opalona lewa strona prowadzącego rowery (kurcze fajne imię indiańskie: Prowadzący Rowery....prawie jak Tańczący z Wilkami), jedna dętka odmawiająca współpracy, dwie porcje smażonego dorsza, dwie podwójne porcje frytek i bliski kontakt z przyrodą. Najbliższy z jej krwiopijczymi przedstawicielami. Za to na miejscu, w nagrodę raczyliśmy się ptasim mleczkiem i pestkami z dyni. No taka była dieta na ten dzień. Niektórzy to jedli te pestki z zamkniętymi oczami. Ale jak się jest Prowadzącym Rowery, to ma się prawo do takiej konsumpcji.
Dzień 2 – poniedziałek
Próbowałam rano spać. Spałam w najlepsze mimo chrapania naszej gospodyni (pokój tuż obok) . Ojciec Rydzyk, który przeplatał się z tym chrapaniem i gromkie „amen” od czasu do czasu też mnie nie ruszyły. Ale najlepszym sposobem na poderwanie mnie z łóżka o wczesnej porze, był komunikat o tym, że nie ma mojego roweru. Skuteczny był to sposób. Roweru rzeczywiście nie było. Bohuna rower był uwiązany do poręczy i był, a mój z racji rozdętkowania przypięty nie był i go nie było. Więc poszliśmy na spacer poranny po plaży, skoro już nie spaliśmy. Po powrocie rower był. Jak się okazało, nasz gospodarz w trosce o nasze nieprzypięte dobro schował go do piwnicy. Jak wstał, to wyjął z piwnicy.
Mogliśmy ruszyć do Trzebiatowa z misją naprawczą. W Trzebiatowie jest sklep rowerowy, a w tym sklepie mechanik (!!!!). No to zostawiliśmy rower w dobrych rękach i poszliśmy narobić zapasów jedzeniowych (była lodówka, to i trzeba było ją czymś wypełnić). W czasie naszego pobytu w Trzebiatowie Bohun nawiązał bliższy kontakt z jednym bicyklistą gadułą (też przywiózł rower do mechanika) i z jedną sunią . Sunię nakarmił twarogiem i jajkiem, bicyklisty nie karmił. Może dlatego, że sunia była wychudzona, a bicyklysta prezentował sie raczej okazale.
Rower dostał nową oponę (dętkę też- siłą rzeczy). Stara była łysa jakby, na co nie zwróciłam uwagi. Jakoś nie zawracam sobie głowy szczegółami. A potem nastał normalny dzień. Tzn pojechaliśmy zwiedzać okolice.
W okolicach były niezłe lody na patyku. No to nie można było ich nie skonsumować. I dobrze, że skonsumowałam (Bohun jakby mniej), bo czekała mnie niezła próba wysiłkowa. Jakoś tak zagubiła nam się końcówka szlaku „Ku słońcu”, ale pokonywanego z odwrotnej strony. No i trafiliśmy na ogrodzenie. Na podwójne ogrodzenie. Bohun jakoś w mgnieniu oka pokonał to ogrodzenie i nie miałam innego wyjścia jak je też pokonać...Rowery bez problemu znalazły się po drugiej stronie, a ja miałam opory. Zachęcana przez Bohuna hasłem „hops hops, jak rącza łania” mamrotałam pod nosem „łania,...chyba na emeryturze”. Nie wiem jak, przy dużym udziale Bohuna, przegramoliłam się przez przeszkodę. Ale zostało jeszcze drugie ogrodzenie. W trakcie przekładania rowerów przez ogrodzenie pojawił się jakiś człowiek, który wyglądał, jakby chciał wyszarpać te rowery Bohunowi. Nie miał szans, jako, że był drobnej postury. Okazało się, że chciał Bohunowi pomóc...Ale nie bardzo też mógł wytłumaczyć, o co mu chodzi (sam posiadał swój rower), bo nie znamy niemieckiego. Zrozumieliśmy, ze chce z nami cuzamen, no to się zgodziliśmy. Ale on chciał cuzamen ku słońcu, a my już podążalismy od słońca. I tak nasze drogi się rozjechały... Jeszcze tylko placki ziemniaczane w Mrzezynie i już można było wrócić do domu. No nie, nie tylko „jeszcze tylko”..to było po 8 placków na głowę..Do dziś się zastanawiam, jak one mi się zmieściły...Zmieścić się zmieściły, ale w efekcie ich konsumpcji nasze żołądki zgłosiły potężne veto...
Z powodu postaci występujących na tymże dziele (bo to obraz był). Ja stawiałam na Obcych, Bohun miał nieco inną koncepcję, ale przyznać trzeba, ze dzieło to przyczyniło się do licznych prób analiz tegoż malunku. Na koniec zagadka została rozwiązana, ale o tym we właściwym czasie. Łazienka była. Duża była. Ale prysznic był baaardzo mały. A w umywalce nie było ciepłej wody (w każdym razie nie wtedy, kiedy jej Bohun potrzebował). No i drzwi. Też były. Ale jakoś niewłaściwie osadzone. W zasadzie trzeba było je solidnie podnosić ku górze, żeby chciały się otworzyć. Albo zamknąć. Nie bez solidnych efektów dźwiękowych.
Ale było 200 merów do morza, plaża z powodu braku ludzi prywatna, a kwatera też bardzo prywatna, bo byliśmy jedynymi gośćmi. Pogoda też była..Najczęściej słoneczna była. No i lodówka do naszej dyspozycji. Jako miejsce noclegowe godna polecenia.
No i znów powlokło mnie w dygresje. A miałam o dniu pierwszym pobytowym.
Podróż samochodem i próby wokalne podczas podróży okazały się nieludzko wyczerpujące. Potrzebowałam zdecydowanie więcej snu niż Bohun. Bohun wstał. Ja spałam. Bohun poszedł przywitać się z morzem i popstrykać mu fotek. Ja spałam. Bohun zbierał muszelki. W różnych rozmiarach. Ja spałam. Bohun wrócił do pokoju i zrobił efekty dźwiękowe drzwiami. Ja spałam. Bohun zrobił pyszne śniadanko. Wstyd się przyznać, ale ciągle spałam. Obudziły mnie dopiero muszelki włożone mi do ręki i hasło „śniadanko”. To się obudziłam. Ale przyznać muszę, że dawno nie miałam tak luksusowego budzenia w tak mało luksusowych warunkach. Warunki nieważne. Ludzie tak.
Pierwszego dnia ruszyliśmy szlakiem „Ku słońcu”. Znałam go już z poprzedniego pobytu i tak się jakoś spokojnie nim dotoczyliśmy prawie do Kołobrzegu. No bo my właśnie wypoczywaliśmy za Kołobrzegiem, a konkretnie w Mrzeżynie.
No i zastanawialiśmy się czy jechać zwiedzać kurort, czy już spokojnie wrócić sobie do domku. Zapadła decyzja, żeby wracać do domku. Ale chała! Spokojny powrót to nie był. Bardzo niespokojny. Świeża dętka, która zrobiła jakieś 46 km, odmówiła współpracy. Sprawdziliśmy autobusy. Chała. Znaczy nie było. Do domu 20 km...buuuu...Prowadziliśmy więc rowery pięknym szlakiem rowerowym, który wiódł przez las, nieopodal morza. Chyba poruszałam się mało energicznie, a może nie wyglądałam na kogoś, kto da radę prowadzić rower 20 km..... W każdym razie Bohun zabrał mi rower i prowadził oba. Oba narowiste. Oba z ostrymi pedałami. Łydki Bohuna nawiązały z tymi ostrymi bezpośredni kontakt. Nie będę opowiadała o mieścinie, nadmorskiej, która ciągnęła się kilometrami (stwarzając pozory, że już się kończy), ani o zmasowanym ataku dobrze zorganizowanych krwiopijców (o tym jeszcze będzie), ale w tejże mieścinie chciałam umrzeć i zostać na tamtejszym bruku. Bo mi się zrobił bąbel (zwany przez niektórych pęcherzem) pod stopą. Pogoda była upiornie cudna. Ale wszystko w życiu się kiedyś kończy, więc i my dotarliśmy do przystanku autobusowego. Okazało się, że mamy jeszcze czas na rybkę, więc poszliśmy się posilić. A przy okazji odkryliśmy super miejsce ze smażonymi rybkami. I to był chyba jedyny plus tego dnia. Jeszcze tylko moja podróż z rozdętkowanym rowerem autobusem (Bohun popruł na swojej maszynie), droga przez las z przystanku autobusowego...i dzień się skończył.
Bilans : 36,6 km rowerem, 13 km na piechotę (w tym niektórzy z nas z dwoma rowerami), 7 km autobusem (znowu niektórzy z nas na rowerze), jeden potężny bąbel pod stopą, opalona lewa strona prowadzącego rowery (kurcze fajne imię indiańskie: Prowadzący Rowery....prawie jak Tańczący z Wilkami), jedna dętka odmawiająca współpracy, dwie porcje smażonego dorsza, dwie podwójne porcje frytek i bliski kontakt z przyrodą. Najbliższy z jej krwiopijczymi przedstawicielami. Za to na miejscu, w nagrodę raczyliśmy się ptasim mleczkiem i pestkami z dyni. No taka była dieta na ten dzień. Niektórzy to jedli te pestki z zamkniętymi oczami. Ale jak się jest Prowadzącym Rowery, to ma się prawo do takiej konsumpcji.
Dzień 2 – poniedziałek
Próbowałam rano spać. Spałam w najlepsze mimo chrapania naszej gospodyni (pokój tuż obok) . Ojciec Rydzyk, który przeplatał się z tym chrapaniem i gromkie „amen” od czasu do czasu też mnie nie ruszyły. Ale najlepszym sposobem na poderwanie mnie z łóżka o wczesnej porze, był komunikat o tym, że nie ma mojego roweru. Skuteczny był to sposób. Roweru rzeczywiście nie było. Bohuna rower był uwiązany do poręczy i był, a mój z racji rozdętkowania przypięty nie był i go nie było. Więc poszliśmy na spacer poranny po plaży, skoro już nie spaliśmy. Po powrocie rower był. Jak się okazało, nasz gospodarz w trosce o nasze nieprzypięte dobro schował go do piwnicy. Jak wstał, to wyjął z piwnicy.
Mogliśmy ruszyć do Trzebiatowa z misją naprawczą. W Trzebiatowie jest sklep rowerowy, a w tym sklepie mechanik (!!!!). No to zostawiliśmy rower w dobrych rękach i poszliśmy narobić zapasów jedzeniowych (była lodówka, to i trzeba było ją czymś wypełnić). W czasie naszego pobytu w Trzebiatowie Bohun nawiązał bliższy kontakt z jednym bicyklistą gadułą (też przywiózł rower do mechanika) i z jedną sunią . Sunię nakarmił twarogiem i jajkiem, bicyklisty nie karmił. Może dlatego, że sunia była wychudzona, a bicyklysta prezentował sie raczej okazale.
Rower dostał nową oponę (dętkę też- siłą rzeczy). Stara była łysa jakby, na co nie zwróciłam uwagi. Jakoś nie zawracam sobie głowy szczegółami. A potem nastał normalny dzień. Tzn pojechaliśmy zwiedzać okolice.
W okolicach były niezłe lody na patyku. No to nie można było ich nie skonsumować. I dobrze, że skonsumowałam (Bohun jakby mniej), bo czekała mnie niezła próba wysiłkowa. Jakoś tak zagubiła nam się końcówka szlaku „Ku słońcu”, ale pokonywanego z odwrotnej strony. No i trafiliśmy na ogrodzenie. Na podwójne ogrodzenie. Bohun jakoś w mgnieniu oka pokonał to ogrodzenie i nie miałam innego wyjścia jak je też pokonać...Rowery bez problemu znalazły się po drugiej stronie, a ja miałam opory. Zachęcana przez Bohuna hasłem „hops hops, jak rącza łania” mamrotałam pod nosem „łania,...chyba na emeryturze”. Nie wiem jak, przy dużym udziale Bohuna, przegramoliłam się przez przeszkodę. Ale zostało jeszcze drugie ogrodzenie. W trakcie przekładania rowerów przez ogrodzenie pojawił się jakiś człowiek, który wyglądał, jakby chciał wyszarpać te rowery Bohunowi. Nie miał szans, jako, że był drobnej postury. Okazało się, że chciał Bohunowi pomóc...Ale nie bardzo też mógł wytłumaczyć, o co mu chodzi (sam posiadał swój rower), bo nie znamy niemieckiego. Zrozumieliśmy, ze chce z nami cuzamen, no to się zgodziliśmy. Ale on chciał cuzamen ku słońcu, a my już podążalismy od słońca. I tak nasze drogi się rozjechały... Jeszcze tylko placki ziemniaczane w Mrzezynie i już można było wrócić do domu. No nie, nie tylko „jeszcze tylko”..to było po 8 placków na głowę..Do dziś się zastanawiam, jak one mi się zmieściły...Zmieścić się zmieściły, ale w efekcie ich konsumpcji nasze żołądki zgłosiły potężne veto...


2 Comments:
Świetna lektura na rozpoczęcie dnia...jak policzyłam...2 dni w kupie opisane...zostało dni 12...czyli lekture mam zapewnioną do konca przyszłego tygodnia...juz się cieszę na czytanie..buziaczki:)
By
Anonimowy, at 6:52 AM
no tak :-) jest o czym pisać. Zwłaszcza, jeśli zejdą się dwie osoby, którym się dzieje:-)))pozdrowionka
By
Anna Czarodziejka, at 7:36 AM
Prześlij komentarz
<< Home