o tym, jak przestałam być właścicielką ciężarówki...
Nagle, znienacka...gdzieś tak po czterech latach przestałam być właścicielką (albo leasingobiorcą - cokolwiek to oznacza) ciężarówki. Ciężarówki, bo dawno dawno temu, przez wstawienie kratki z tyłu samochodu można było ówże samochód przerobić łatwiutko z osobówki w ciężarówkę....No i wtedy, dla jednoosobowego przedsiębiorcy, jakim byłam od lat paru, oszczędności z tytułu uciężarowienia osobówki sięgały jakichś 22% wartości samochodu....Ale znowu się niepotrzebnie skłaniam ku dygresjom...
Oczywiście nie po raz pierwszy okazuję się być gapą do kwadratu...albo nawet do sześcianu, jeśli chodzi o sprawy techniczne, urzędowe i tego typu...Samochód wyleasingowałam sobie 4 lata temu, równo w wigilię Bożego Narodzenia. Więc tak mi jakoś w głowie utkwiło, że właścicielką jedyną i samorządną mojego autka zostanę w okolicach 23 grudnia. Postanowiłam więc odnowić stosunki (excusez le mot) z panem od ubezpieczeń. No bo skoro już ma być mój ten pojazd to i ubezpieczyć go należy. Abstrahuję od tego, że kwota jaką mi podał, wbiła mnie w ziemię...Gorsze było to, że uświadomił mi, że od momentu, kiedy dostałam fakturę za ostatnią ratę (sprawdziłam...a jakże!) czyli od 15 grudnia roku aktualnie nam sie kończącego, nie mam ŻADNEGO ubezpieczenia...Dobrze, że żyłam w błogiej nieświadomości....ale od wczoraj strach ściskał moje członki...zwłaszcza, ze pogoda mokra i wypadkogenna bardzo dziś nastała.
Żeby nie trzymać nikogo w niepotrzebnym napięciu powiem, że po raz kolejny zadziałało szczęście głupiego (no wiecie, głupi ma zawsze szczęście). Udało mi się przerejestrować i ubezpieczyć moje cudko. Jeszcze tylko jestem umówiona na odciężarowienie (na piątek) i bedę mogła mówić o szczęśliwym zakończeniu tej całej historii. Nie wspomnę o tym, że przy próbie wyjęcia tablic rejestracyjnych : z przodu - zbryzgałam sobie twarz rzadkim błotkiem , a z tyłu – zdemontowałam wiecej niż należało (i to bezpowrotnie), ale jak na koszt poniesiony na skutek mojego gapiostwa, to naprawdę niewiele...Ku mojej radości udało sie zachować stare numery rejestracyjne, więc zupełnie spokojnie mogę potwierdzić, że po raz kolejny udało mi się wyjść obronną ręką z mojej niefrasobliwości zyciowej. Mój Anioł Stróż to ma rece pełne roboty....ale mam nadzieję, że cieszę się jego specjalnymi względami ...no z powodu koneksji anielskich i wielkiej przyjaźni z rodzinką Anielską :-)
No i tu następne skojarzenie: muzyka i śpiewy...niekoniecznie anielskie. Ostatnio byłam zaproszona na koncert polskiego chóru gospel. No jak gospel, to wiadomo, że związek z kościołem musi być.Nie ma przeproś. Wprawdzie to kosciół Zielonoświątkowców, ale zawsze. Już po raz drugi mam okazję widzieć na żywo ten chór w akcji i bardzo dumna jestem z tego, że śpiewa tam moja koleżanka. No nawet niech sobie chwalą Pana, skoro robią to tak dynamicznie i radośnie, to jestem ich gorącą fanką.
Tym razem było sporo kolęd i zachęta do wspólnego śpiewania. Mnie tam długo nie trzeba namawiać, śpiewałam i gibałam się równo z chórem. Tyle tylko, że w samym środku koncertu wyszedł na scenę ichniejszy pastor i zaczął przemawiać. Tak samo jak i inni jemu podobni pasterze trzódki. Nie przepadam za takimi wystąpieniami...żeby jeszcze śpiewał albo się gibał, ale nie...przemawiał i upajał się własnym głosem (wierzących i przeżywajacych czytaczy bloga bardzo przepraszam, nie mam zamiaru obrażać ich uczuć religijnych, niezależnie od wyznania). Moja koleżanka forumka zaczęła przydrzemywać, a ja wpadłam w nastrój , który dosyć często zdarza mi się w sytuacjach, kiedy należy zachować powagę... Przypomniały mi się wszystkie imprezy podlewane alkoholem i kulminacje owych imprez, kiedy wyciagało się jakąś ofiarę (najbardziej omroczoną procentami) na środek i skandowało się zbiorcze życzenie « zdej-mij maj-tki » po wielokroć, w nadziei, że omroczenie wybranego delikwenta osiagnęło taki stopień, że życzenie publicznosci nie zostanie zrealizowane ....Wstyd się przyznać, ale skandowanie owo dosyć mocno utkwiło mi w pamięci. Na szczęście udało mi się nie wyartykułowac go na głos. I pastor spokojnie dowyprzemawiał się do końca.
Z nowości-starości pragnę poinfomować, że wróciłam do mojego basenowego aqua aerobiku. Nadal jest śmiesznie, bo do wyposażenia ćwiczących oprócz pasa przepuklinowo-wypornościowego i makaroników do ujeżdżania, dołączono rękawiczki - żabie łapki...Szkoda, że Państwo tego nie widzą...:-)


2 Comments:
Oj, Aniu, jak na kobietę cięzko pracującą, znajdujesz jeszcze czas na przyjemności duchowe, mnie takowego ostatnio brakuje, cieszę się, że choc Ty go masz i nie musisz zajmowac sie tylko swoim nie-ciężarowym autkiem....buziaczki :-)
By
Anonimowy, at 6:33 AM
z tą ciężką pracą to przesada :-) Kiedy się robi coś, co się lubi, praca staje się przyjemnością :-)
By
Anna Czarodziejka, at 8:03 AM
Prześlij komentarz
<< Home