troszkę wspominkowo....
Zdaje się, że moje stosunki z nowym francuskim pracodawcą układają się nad wyraz poprawie. Zdaje się też, że będzie często tu cytowany, albowiem z pochodzenia jest Polakiem i stara się bardzo mówić językiem przodków. Wczoraj zadzwonił i umówiliśmy się na podpisanie umowy o pracę w Krakowie (tam jest moja nowa firma zarejestrowana. Bardzo chętnie przejadę się do Krakowa, bo bardzo lubię i Kraków i jeździć. Ale usłyszałam „to weźcie samolot, albo pociąg, ja wam zapłacę” No to weźmiemy...może pociąg? Nie będziemy narażać nowego pracodawcy na nadmierne koszty. A może weźmiemy samochód? To Tatkę po drodze odwiedzimy?
Tak sobie jakoś przy okazji wspomniałam moją pierwszą pracę, która tak naprawdę zaczęła moje życie zawodowe. Też była związana z Francuzami, no generalnie z obywatelami frankojęzycznymi, bo Belgów tez obsługiwaliśmy. Przypomniałam sobie nie tylko ze względu na koneksje francusko-belgijskie, ale ze względu na typa, który pracował u nas jako prawnik. Koszmarny, wzrostu siedzącego psa, z łysiną przyozdobioną resztkami włosków. Pan prawnik był prawdopodobnie bardzo przyzwyczajony do niewolniczej roli kobiet w swoim otoczeniu i zwykł rzucać rubasznie w przestrzeń „no to co? Napijemy się kawki pani Aniu?” Co oznaczało ni mniej, ni więcej tylko to, że mam pędzić do kuchni i ową kawkę mu szykować...nawet jeśli sama nie zamierzałam jej pić. A dodać należy, że nie byłam jego asystentką, tylko koleżanką z pracy. Ja tam ugodowa jestem i dość szybko spowodowałam, że zaczął sobie sam tę kawkę szykować. A był on zwolennikiem kawy parzonej po polsku, czyli z fusami (a musiała zawierać duuużo fusów).
Pierwszego dnia zrobiłam mu tę kawkę z jednej łyżeczki kawy. Przełknął ja z godnością, nic nie mówiąc. Drugiego dnia zaparzyłam mu kawkę z pół łyżeczki kawy...A trzeciego zrobił ją sobie sam...
Kiedyś rzucił się do okna, żeby o coś jeszcze spytać szefa...I nie zauważył, że okno było zamknięte. Przywalił tym łysym czerepem aż zadzwoniło...nawet trochę się szyba stłukła...po czym podsunął mi ten czerep po same oczy pytając z rozpaczą: „czy ja krwawię Pani Aniu? Czy ja krwawię?” Nie krwawił, nie miał nawet najmniejszego zadrapania....I dobrze, bo źle mu nie życzyłam, mimo, że charakter miał równie mało ciekawy jak wygląd...
A teraz wszystko wskazuje na to, że będę pracowała tylko z asystentką. Ale kawkę będę sobie szykowała sama:-)


3 Comments:
A ten pies siedzący....to był mały kurdupelek...czy też może jaki brytan wielki?.....buziaczki :-)
By
Anonimowy, at 10:27 AM
sięgał mi pod pachę:-) łysy łeb mi podtykał pod oczy bez ugięcia kolan:-)))
By
Anna Czarodziejka, at 11:23 AM
No to Ci współczuję...a nie miałaś ochoty...na ten łysy łeb....napluć? :-) buziaczki
By
Anonimowy, at 11:33 AM
Prześlij komentarz
<< Home