czarodziejka i ....

sobota, stycznia 06, 2007

sylwester w Łajoming

Mimo parorotnych przymiarek (planowanych rok w rok) coby wreszcie w Sylwestra posiedzieć w domowych pieleszach, z flaszką dobrego wina i jakąś arcyciekawą książką, a Nowy Rok przywitać bezkacowo, znów jakieś licho mnie podkusiło, żeby pobawić się poza domem. Tym razem padło na Łajoming (miejsowość w okolicach Warszawy zwana przez niektórych Wołominem). Bo tam właśnie nasza foremkowa koleżanka organizowała domowego Sylwestra. No i miało być trochę osób bliżej mi znanych lub nieznanych. Zobowiązałam się pobrać naszych krakowskich gości z dworca i dostarczyc ich na miejsce. Z opisu wiedziałam (z natury nie znałam), o tym, że żeński gość bedzie miał mysie ogonki, a męski...będzie z tym żeńskim. Męski zresztą o wdzięcznym nicku Osiołek. Stałam na Centralnym i powtarzałam « niebieski kwiat i kolce » tfuuu « mysie ogonki i ośle uszy » »mysie ogonki i ośle uszy ».... Pewnie tylko dzieki temu udało nam się odnaleźć bezbłędnie (wyznaczenie spotkania w środku hali głównej dworca centralnego zawsze działa) i dotrzeć spokojnie do Łajoming. Gdzie powoli rozpoczynały się przedimprezowe przygotowania. Ponieważ zobowiązałam się do przygotowania sałatki, musiałam wrócić do domu, rzeczoną sałatkę przygotować i jakoś się przebrać czy przyozdobić i twarz sobie zrobić. W zaciszu domowego ogniska dopadło mnie lenistwo. I jakoś zupełnie opuścił mnie nastrój sylwestrowy... Jakaś aspołeczna jestem czy atowarzyska, czy co... Jednakowoż obiecałam i jechać trzeba było. Właściwie to dosyć rzadko się znietrzeźwiam, ale nigdy nie wiadomo, czy akurat to rzadko nie wypadnie w danym momencie, wiec zabrałam swoje łóżko składane wraz z pościelą, żeby w razie co mieć gdzie znietrzeźwione członki (bez kłopotu dla gospodyni) złożyć. Mam wtedy alternatywę: albo pić i spać, albo autem wracać. To nie był mój dzień, ani mój wieczór...Mam nadzieję, że to tylko chwilowy odpływ mocy, sterydy, którymi znowu muszę się paść, albo jakies inne bliżej nie zdiagnozowane przyczyny, a nie starość...Tańczyć mi sie nie chciało, organizm wykazywał podziwu godny opór przed omroczeniem alkoholowym...Tak, tak, mimo wypicia flaszki wina czułam się jakbym wypiła flaszkę oranżady. Wiec juz koło 23 postanowiłam skończyć z pobieraniem procentów. Pogadałam sobie z moją dawno niewidzianą kumpelką forumką (poprzedniego sylwestra prześmiałyśmy az do bólu mieśni brzucha), właściwie z paroma forumkami, podjadłam troszkę, pokręciłam sie po parkiecie i już od północy narastał we mnie wewnętrzny imperatyw, żeby wracać do domu. Bezczelnie skorzystałam z pretekstu, jakim był bolacy kregosłup forumki Broni (Bronia wybacz!) i ruszyłam w droge powrotną do domu (Bronię w charakterze alibi zabierając ze sobą). Miałam tylko nadzieję, że winna flaszka się ze mnie ulotniła...Widocznie jednak nie wyglądałam podejrzanie, bo udało mi się spokojnie przejechac obok 3 patroli policyjnych (szaleństwo jakieś – była dopiero 2 nad ranem). Potem już starałam się losu nie kusić i do domu dotarłam opłotkami. Mam nadzieję, ze forumostwo wybaczy mi mój wybitnie nie rozrywkowy nastrój....Jakie to szczęście, ze następny sylwek za rok...

3 Comments:

  • Aniu - bardzo milo bylo Cie poznac u pana Michala i rownie milo czyta sie Ciebie - a tak wogole gdzie chodzisz na lyzwy? kaaem77

    By Anonymous Anonimowy, at 11:46 AM  

  • dziękuję za miły komentarz:-) jeśli chodzę , to na Stegny, na duży tor, aczkolwiek ostatnio za każdym razem, kiedy miałam jechać, padał deszcz...więc czekam na lepsza pogodę. Buziaki

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 12:05 PM  

  • To pewnikiem długo jeszcze poczekacie na lepszą pogodę i jazdę na łyżwach :-)zdaje się, że zamiast łyżew zafundujecie sobie plażowanie... bo lato tuż, tuż... :-)

    By Anonymous Anonimowy, at 8:15 AM  

Prześlij komentarz

<< Home