
No bo przyjechała Miśka z Płocka i w związku z tym należało to wydarzenie uczcić jakąś kulturą. Dla równowagi, bo poprzedni jej przyjazd uczciłyśmy zakupami w outlecie w Piasecznie.
Więc mąż Miśki zapewnił nam tę szalenie wysublimowana kulturę w postaci spektaklu teatralnego . A była to sztuka Gombrowicza niejakiego. Że nie lubię Gombrowicza, to wiedziałam, ale teraz się przekonałam jak bardzo …. Bardzo dobra rola Zapasiewicza, a za resztą trudno mi było nadążyć. Dorotce od salsy i jej mężowi też, za to Miśka i jej mąż byli wniebowzięci. Sztuka miała swoje dobre strony. Zmiana dekoracji następowała w kompletnych ciemnościach i w tychże antraktach pozwalałam sobie na małą drzemkę. Bardzo się pilnowałam, żeby nie chrapnąć…zresztą po zmianie dekoracji tak waliło światłem po oczach, że stawałam na równe nogi…No to nie jest precyzyjne określenie… Może siadałam na równe siedzenie? Za to potem mieliśmy ucztę kulinarną przygotowaną przez męża Miśki z Płocka (gwoli wyjaśnienia mąż jest z Warszawy) i ta uczta pozwoliła zatrzeć niemiłe uczucie niedospania w teatrze.
Następnego dnia podziwialiśmy magnolie w ogrodzie botanicznym i ¾ Warszawy też.
Nie przypuszczałam, że kierunek na Konstancin bywa aż tak zapchany.
Potem, w ramach rekompensaty mieliśmy skorzystać z kultury lżejszego kalibru i część nas optowała za Hortonem Ktosiem, a część z nas za komedią Woody Allena. No i Allen wygrał. Niestety. Mówię niestety, bo bardzo podobały mi się jego poprzednie filmy. A ten …Nawet koło komedii nie leżał...Ech deprecha maksymalna i przygnębienie i zakończenie bez happy endu.
Ponieważ między kolacyjką po Gombrowiczu, a magnoliami miałam małe nocne rendez-vous to w kinie znów podsypiałam. Jak się okazało, bez szkody dla zrozumienia i poprawnego odbioru filmu….
No cóż. Tak to jest, jak się kulturę i kulturkę uprawia grupowo. Zawsze ktoś jest niezadowolony. Tym razem padło na mnie.
0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home