czarodziejka i ....

czwartek, listopada 29, 2007

sławię niniejszym uczciwiwość mieszkańców Brodnicy...

A czemu? A było to tak: z powodu corocznej firmowej imprezy, składającej się z części oficjalnej tzn. prezentacji podsumowania mijającego roku i planów na najbliższy rok i części mniej oficjalniej czyli tańców od wieczora do rana w pobliżu bardzo suto zastawionych stołów, no więc właśnie z tego powodu pojechałam sobie do Kwidzyna. A do Kwidzyna się jeździ przez Brodnicę (co nie jest bez znaczenia w obliczu późniejszych wydarzeń). W tejże Brodnicy, na stacji Shella konkretnie, chcieliśmy sobie zjeść śniadanie (ruszyliśmy z Warszawy z koleżanką i kolegą o 6 rano). Śniadanie było takie sobie, więc poprzestaliśmy na zanabyciu napitków i ruszyliśmy w dalszą, ponadstukilometrową trasę. Po dotarciu na miejsce wpadłam w wir pracy, powtórzyłam sobie kilka razy prezentację, która, ku mojemu ogromnemu stresowi, miała być przedstawiona po angielsku (całe szczęście, że była to tylko jedna strona). Sama część oficjalna, której starałam się być czynnym uczestnikiem (mało skutecznie, gdyż zwyczajowo zapadałam w stan uśpienia - no cóż, po prostu tak mam) trwała sobie w najlepsze, kiedy to koleżanka z pracy siedząca z tyłu popukała mnie w ramię. "Ania" powiedziała scenicznym szeptem "dzwoń pod ten numer, zostawiłaś portfel w Brodnicy". Ta wiadomość postawiła mnie natychmiast na nogi i wywlokła poza salę konferencyjną. Zadzwoniłam i dowiedziałam się, że na stacji Shella w Brodnicy zostawiłam na parapecie portfel (dowód osobisty, prawo jazdy, trzy karty płatnicze, bilon, egipski krzyżyk Ankh oraz wizytówki rozmaite takoż karty zniżkowe na coś tam i coś tam). Poprosiłam pana ze stacji o przechowanie portfela do dnia następnego, kiedy to będę wracała do Warszawy. Co tak naprawdę się stało? Rzeczywiście, poszukując kluczyków do samochodu w mojej przepastnej torebeczce , wysypałam zawartość na parapet...Czemu akurat zostawiłam portfel? Nie mam pojęcia... Na szczęście miałam w nim własną wizytówkę. Niestety, telefon komórkowy na czas prezentacji zostawiłam w biurowym pokoju, więc po próbie skontaktowania się ze mną, pan ze stacji zadzwonił do Warszawy, do biura, gdzie nas nie było, bo byliśmy w Kwidzynie. Ale na szczęście mamy wspólną centralę telefoniczną z zaprzyjaźnioną firmą, gdzie pracuje chłopak koleżanki, która popukała mnie w ramię (gdzieś na początku tego posta). Więc ten chłopak dzwonił uparcie do mojej koleżanki, która też wyciszyła telefon na czas prezentacji. Chłopak uparty był i powtórzył akcję dzwonienia 25 razy. Co w końcu zaskutkowało odebraniem wieści. A ja nawet nie zdążyłam się zdenerwować, bo nie miałam pojęcia, że zostawiłam byłam portfel na tej stacji w Brodnicy. Natomiast do końca prezentacji byłam najbardziej czynnym jej słuchaczem. Potem już były tańce przeplatane jedzeniem, nocleg w przepięknym miejscu, ale zimnym z powodu zapowietrzonego kaloryfera i droga powrotna do Warszawy, przez Brodnicę rzecz jasna. Wyraziłam załodze stacji swoje najgłębsze wyrazy wdzięczności, zatankowałam najlepszą benzynę i sprezentowałam czekolady zanabyte na stacji (jakoś alkoholu nie miałam śmiałości). Od tamtej pory opowiadam wszem i wobec o niebywałej wprost uczciwości pracowników stacji Shell w Brodnicy. W zasadzie niezłym podsumowaniem tej historii był mój powrót do Warszawy, gdzie okazało się, że nie zamknęłam mieszkania. Ale ponieważ zamieszkują ze mną dwie drapieżno-obronne bestie i wierzę w uczciwość ludzi nie tylko w Brodnicy, moje mieszkanie zastałam w stanie nienaruszonym.