czarodziejka i ....

piątek, października 12, 2007

do Langeais i z powrotem...

Dzień pierwszy - niedziela Słowo się rzekło, a laptop u płota, czy jakoś tak…znaczy się u mnie słowo droższe od pieniędzy, a skoro obiecałam, że wkrótce napiszę , to piszę, póki pamiętam. Przed wyjazdem byłam jednym wielkim stresem: no bo to i kraj obcy, a droga dojazdu skomplikowana, pracować miałam we francuskiej centrali mojej firmy, no i oczywiście pewności nie miałam, czy oni mnie tam zrozumieją, a co gorsza…czy ja zrozumiem ich.... Przygotowałam się nader starannie, na pogodę wczesnojesienną i wyposażona w cudnej urody błękitny płaszczyk z lekkiej wełenki ruszyłam na Okęcie. Byłam lekko zestresowana, ale raczej nie lotem, bo latać lubię, tylko kolejnymi etapami podróży. Lądowanie w Paryżu było przewidziane na 18.30, o 19.34 miałam pociąg z dworca na lotnisku do Saint Pierre des Corps, gdzie miałam przesiąść się w jakieś lokalne 5-minutowe jeździdełko, a na finalnym dworcu w Tours odebrać mnie miała szefowa i dostarczyć do hotelu u celu podróży czyli w Langeais. Prawda, że ładnie wygląda? No tak…teoretycznie, a ja nie miałam najmniejszego pojęcia, jak rozległe może być lotnisko Karola Degola w Paryżu. Po zajęciu miejsca w samolocie zerkałam nerwowo na zegarek i niestety zapeszyłam. Wystartowaliśmy z 15-minutowym opóźnieniem bo jakiś ktoś nie zdążył (obrzuciłam go klątwami na 3 pokolenia do przodu). Lądowanie a i owszem z opóźnieniem, potem nerwowy marszobieg do taśmy z bagażami….i bagaży nie ma, a taśma stoi. Pamiętałam niektórych ludzi z samolotu i zakładając , że mówią po polsku zaczęłam rozpytywać, gdzie tu dworzec kolejowy Karola Degola. Miałam sporo szczęścia, bo zanim bagaże przyjechały ja już miałam wytypowanego przewodnika, który także z tegoż samego dworca podążał pociągiem dalej. A czas leciał, no to i my polecieliśmy i dobrze, że to biegactwo poranne trenuję, bo udało mi się bez zadyszki dopaść bardzo szybki pociąg (Francuzi nazywają go TGV, wymawiają teżewe, co można w dowolnym tłumaczeniu zrozumieć jako Taki Żwawy Wyścigowy). Cztery minuty przed odjazdem. Ciemno już było, to nic nie widziałam (z tej szybkości), ale uszy mi przytkało, więc pewnie szybki był…We Francji ciepło było…nawet bardzo, więc mój błękitny płaszczyk powodował siódme poty…albo i dziesiąte. W każdym razie do hotelu dotarłam, naumiano mnie kodu do wejścia (bo to taki pensjonacik był, a nie typowy hotel z recepcją i innymi wygodami). W starym budynku no i nazwany został wdzięcznie „Księżna Anna” i jak ta księżna zimny był jak nie wiadomo co, co stanowiło potężny kontrast z temperaturą zewnętrzną. Szefowa zawiozła mnie jeszcze pod fabrykę, żebym wiedziała, jak tam rano dotrzeć. Bo to zaledwie niecałe dwa kilometry od hotelu, więc zadeklarowałam, że przyjdę samotrzeć bo lubię chodzić. Wzięłam gorący prysznic, założyłam polar i spodnie od dresu, przygotowałam sobie strój do biegania i poszłam spać. A rano był już dzień drugi czyli poniedziałek Jak zadzwonił budzik, to sobie pomyślałam, że nie wiem, gdzie mam biegać, więc poszłam z powrotem spać, zwłaszcza, że na dworze panowały kompletne ciemności (o 7 rano). Potem się ogaciłam i poszłam na śniadanko. Francuzi nazywają je małym (petit dejeuner), ale przesadzają. Moim zdaniem ono ci było bardzo małe. Trochę pieczywka (pompowane bagietki), dwie mikroskopijne kosteczki masła (z czego jedna słona), winny kieliszek soku, i pół literatki marmelady ze śliwek. W drugim dniu mojego pobytu pojawiła się miseczka jogurtu.. No i wspaniałomyślnie i bogato do wyboru albo herbata, albo kawa albo czekolada. Pokrzepiona tym posiłkiem, lekka na duszy i żołądku, zarzuciłam laptoka na ramię i ruszyłam do fabryki. Wiśta wio łatwo powiedzieć…2 km to może i były, ale pod górę. A laptok ważył więcej niż mi się wydawało. Honorowo dotarłam do biura, ale miejscowym Francuzom musiałam się jawić jako szaleniec ze wschodu. Zziajana, zapocona (kapało mi z włosów- trochę po drodze osuszyłam chusteczkami do nosa) i z zadyszką. Na szczęście dano mi do dyspozycji samodzielny pokój, to sobie okna otworzyłam i ochłonęłam. A na wtorkową drogę do pracy umówiłam się na podwózkę z jedną taką Aurorą. Powrót z biura był dużo przyjemniejszy, bo droga wiodła w dół. Zaproszono mnie też do stołówki pracowniczej (super wybór i dużo smaczności), więc głód mnie w dół do hotelu nie pędził, tylko grawitacja. Ciepło było na jakieś 20 stopni, więc otworzywszy w moim lodówkopodobnym pokoju okno prawie na oścież poszłam zwiedzać. Z aparatem. W krótkim rękawku. A po drodze spotkałam kota, ale widocznie miałam kiepski akcent, bo nie dał mi się zbliżyć i trzymał się niestety na dystans…jak ja szłam, to on za mną, a jak stawałam, to i on się zatrzymywał…Dlatego musicie mi uwierzyć na słowo, że ta biało-ruda plamka na środku ścieżki to kot. Zobaczyłam to i owo, uwieczniłam, znalazłam teren do biegactwa i wróciłam do pokoju, gdzie chłód wpakował mnie pod kołdrę i zmusił do pozostania mnie tam aż do rana. A rano już był dzień trzeci, czyli wtorek. Wstałam o 7 czyli głęboką nocą, na szczęście teren sportowy był oświetlony, więc w przybliżeniu wiedziałam, gdzie śmigam. Potem oczywiście prysznic i malusieńkie śniadanko i już mogłam ruszyć (w charakterze damy a nie zapoconego straszydła) do biura. W drodze powrotnej znów spacer z górki na pazurki, znów zmiana wystroju, otwarcie okien w pokoju (było uparcie zamykane podczas sprzątania) i znów wyprawa turystyczna z aparatem. Właściwie to była jeszcze jedna niedogodność w pokoju…jakoś mało sprawny odpływ spod prysznica…No cóż, nie jest tak trudno stać na krawędziach baseniku odpływowego…wystarczy lekki wysiłek. O mały włos zdążyłabym zwiedzić zamek w Langeais (jeden z wielu /Francuzi nie znają dokładnej liczby/ zamków nad Loarą). Było niestety za późno, więc zamiast zamku zwiedziłam tereny nad Loarą. No i znowu piwniczna izba (chodzi o temperaturę, a nie o wystrój) w hotelu i gimnastyka umysłowa, co na siebie włożyć następnego ranka…Temperatura powyżej 20 stopni, a moja garderoba wczesnojesienna…Ale kobieta kreatywną jest i Francuzi nie zobaczyli mnie dwa razy w tym samym odzieniu. Płaszczyk cudnie komponował się z błękitem ścian w pokoju. Mogłam się jeszcze nim przykryć w nocy, ale pled + narzuta jakoś wystarczały. Dzień czwarty czyli środa Była całkiem podobny do poprzednich, ale z małą różnicą. Nie zdążyłam zwiedzić zamku, bo nie mogłam sforsować drzwi wejściowych do pensjonatu, kiedy już wróciłam z pracy. Pukałam, stukałam, dzwoniłam, prosiłam, kodu użyłam wielokrotnie i….nic. Ale był tam jakiś numer telefonu podany w razie gdyby co i go użyłam. Spowodowałam przybycie Francuzki z marsem na czole. „No i jak to nie może pani wejść…niech pani pokaże” zażądała z marsem na czole…Matko! Strach było pomyśleć, co by się stało, gdyby jakimś cudem drzwi w jej obecności się otworzyły!!! Drżącą ręką wystukałam kod i ……….na szczęście drzwi się nie otworzyły. Francuzka udała się gdzieś kurcgalopkiem i otworzyła od środka nieszczęsne drzwi zamknięte na dwie zasuwy…Pani od dyżuru śniadaniowo-biurowego wychodząc po pracy z hotelu, w jakimś amoku zamknęła go dokładnie na 4 spusty… Ale tradycyjnie poszłam pozwiedzać i pofotografować i nazachwycać się kwietnością Langeais. Może dzięki temu, że miasto na wodzie stoi (takiej masy jeziorek, oczek wodnych, kanałów, śluz i innych cudów, takoż mosteczków nigdzie indziej nie widziałam) to kwiatów i roślinności wszelakiej była wielka obfitość. Ciekawostką Langeais są komórki albo inne pomieszczenia zbudowane wprost w skale. Kiedy w czwartek jechałam z szefową francuską na kolację do Tours to po drodze widziałam całkiem solidne domy wpuszczone częściowo w skały…Niesamowity widok. A Francuzi na ludzi zamieszkujących takie lokum mówią „troglodyci” :-) Co mnie ubawiło setnie. Ale o czwartku następnym razem.

8 Comments:

  • Piękną miałaś wycieczkę, jeżeli tak mozna nazwać Twój słuzbowy wyjazd :-) zdjęcia wyszły Ci cudowne, ogladając i czytając czułam się jakbym tam była z Tobą :-) Proszę o ciąg dalszy...

    By Blogger Juli, at 6:55 AM  

  • ciąg dalszy nastąpi.... :-)

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 8:45 AM  

  • łomatko - jakie piękne zdjęcia, miejsca, bajkowe i zaczarowane...
    dlaczego na tej naszej mazowieckiej patelni mieszkam????
    ja chce być trogldytą i mieć dom w skale!!!!
    całus,

    By Anonymous Anonimowy, at 8:41 AM  

  • Mieszkanie na patelni mazowieckiej nie jest takie złe...:-) A klimat krainy deszczowców nie całkiem mi odpowiada, niestety ...Żałuję, ale do dobrego zdrowia potrzebuję suchego klimatu...buziaki

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 10:04 AM  

  • Bardzo bardzo bardzo długa relacja :D

    By Anonymous Anonimowy, at 6:11 PM  

  • a to jeszcze nie koniec :-) no trudno...nie da się ukryć, że jestem gadułą :-)

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 8:32 PM  

  • jeessssssuuuuuuuuuuuu, jak w tej Francji pieknie!!!!! :)

    By Blogger Liliana Chwistek, at 9:51 AM  

  • nie da się ukryć...a domeczki jakie śliczne, nie ma porównania z naszymi polskimi "wynalazkami" obłożonymi potłuczoną porcelaną :-)

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 1:03 PM  

Prześlij komentarz

<< Home