To nie jest tak, że w moim życiu się nic nie dzieje, więc nie mam o czym pisać…Wprost przeciwnie, dzieje się tak dużo, że nie mam czasu ogarnąć tego myślami, a co mówić dopiero o formie pisemnej. Poza tym mój obecny pracodawca wyposażył mnie w całkiem niezłego laptoka i czuję przesyt…netu, komputera i obcowania z nim (z laptokiem a nie z pracodawcą).
Jednak, ponieważ się troszkę uspokoiło (i odpuściłam sobie dziś rowerowanie) postanowiłam nadgonić zaległości. Dziś najświeższe wieści a następne będą coraz starsze.
A to tak, dla urozmaicenia :-)
Dziś padło na koty…No bo jest co pisać: i o moich własnych i o obcych.
No to najpierw o obcych (goście mają pierwszeństwo). Otóż …pewnego pięknego wieczoru, kiedy już dotarłam do domu po ponad 4-godzinnej podróży z Kwidzyna (w 30-stopniowym upale- średnio miłe doznania) i zrekompensowałam sobie zewnętrzny upał wewnętrznym chłodzeniem przy pomocy pół litra piwa (niektórzy twierdzą, że to cytroneta) gingers limon prosto z lodówki, więc kiedy się tak już schłodziłam i pozostawałam w stanie błogości spowodowanej wyżej wymienioną cytronetą i pracą domowego wiatraka…odebrałam telefon od starego Młodego. Znalazł on kota pod swoim blokiem, a kot był przepiękny ale w stanie szoku. Opcje były dwie: albo kot miał bliskie spotkanie z samochodem, albo ćwiczył prawo grawitacji. Obie opcje wymagały interwencji weta i w związku z tym kosza na kota i podwózki samochodowej. No i klops, bo z powodu spożycia cytronety zawierającej alkohol nie mogłam wziąć udziału w akcji ratunkowej. Jednak zaangażowałam exa przypominając mu lokalizację całodobowej pomocy weterynaryjnej (całkiem w pobliżu starego Młodego). Obiecałam tez partycypację w kosztach i pomoc w organizacji znalezienia starego bądź nowego właściciela kota. Partycypacja była wysoce wskazana, albowiem gdyż ponieważ koszty obadania kota przy pomocy profesjonalnych sprzętów zamknęły się kwotą 250 zł polskich. A to jeszcze nie był koniec. Wg przypuszczeń weta kobiety kot zaliczył lot. Pewnie z balkonu, więc został roboczo nazwany Lotnikiem. Żeński wet zasugerował zostawienie kota w szpitalu, coby go jeszcze poobserwować. Było to prawie jedyne wyjście, bo stary Młody (jak się okazało) z kotami z powodu alergii przebywać nie może, a u mnie Lotnik miałby stres z powodu moich kocich panienek.
Zasługujecie na finał tej opowieści. Okazało się, ze jedna taka właścicielka kotów, zamieszkująca na siódmym (sic!) piętrze, zostawiła mieszkanie i koty pod opieką babci. Zdaje się, że kotów było więcej niż jedna sztuka, więc babcia się pogubiła i nie zauważyła braku jednego. Kiedy już kocia właścicielka wróciła do domu zauważyła, że stan stada się nie zgadza i pobiegła na dół szukać brakującego egzemplarza. Na szczęście (dla wszystkich zainteresowanych) w bloku tym mieszkała również kobieta-szpieg, która bacznie wszystko obserwowała przez okno i poinformowała kocią właścicielkę, że jeden taki młody z jedną taka młodą i jednym takim dużo starszym zapakowali kota w kosz i wywieźli. Kocia pańcia od razu skojarzyła, że w pobliżu jest całodobowa klinika zwierzęca i tam pojechała szukać Lotnika. No i sprawa się szczęśliwie zakończyła, wet kobieta dała namiary na starego Młodego, szczęśliwa kocia właścicielka rozliczyła się z Młodym, a na koniec okazało się, że Lotnik naprawdę nazywa się Lukas :-) zainteresowani wiedzą, o co chodzi, a niezainteresowani pewnie się domyślą imienia starego Młodego :-)
Dobra, teraz przygoda nr 2. Otóż, leżałam sobie w stanie lekkiego przyśnięcia na swojej kanapie, głową w kierunku balkonu (uchylonego leciutko) i byłam zmuszona otworzyć oczy, bo coś fukało i syczało. Fraucia to była, a często się zdarza, że takim właśnie językiem rozmawia z Melką. Otworzyłam więc oko (drugie odmówiło współpracy) i zaobserwowałam, że Fraucia fuka na Fraucię….W moim stanie półprzytomności jakoś nie wzbudziło to mojego zdziwienia, tylko pomyślałam sobie, że widocznie Fraucia (szara w paski ) fuka na Melkę (czarna), tylko mnie się coś pomyliło….W tym momencie wyszła spod kanapy Melka…i dołączyła do Frauci wydając z siebie odgłosy odstraszające wroga. Jak się okazało, jeden taki kot w paski postanowił odwiedzić moje kocie panienki. Co nie spotkało się ani ze zrozumieniem, ani z przyjaznym przyjęciem ze strony Frauci i Melki. Wizyta była możliwa, bo przecież mieszkamy na pierwszym piętrze…a koty latają nie tylko w dół, ale czasem i w górę.
Trzecie przygoda jest jednocześnie rozwiązaniem pewnej zagadki nurtującej mnie od pewnego czasu. Otóż…koty czasem karcą swoich właścicieli. Bo coś tam im się nie podoba…nieobecność państwa w domu, niesmaczna karma czy coś innego bliżej niesprecyzowanego. Kary są różne. Kiedyś stary Młody znalazł kociego odchoda koło swojego obuwia (dobrze, że nie w …), a ja często znajduję zbaboszony obrus na stole. Co stanowi karę bezczelną bo KOT WIE, ŻE NIE WOLNO MU NA STÓŁ!!!. Na stole mam dwa obrusy, jeden większy, pod spodem, drugi mniejszy na wierzchu (dzięki temu mniejszemu koty nie zaciągają pazurami tego większego). No i często ten mniejszy jest zbaboszony, czyli pognieciony i zwinięty w pęceł. Ostatnio młody Młody przebywał u mnie za dnia ucząc się do egzaminu i postanowił sprawdzić stan koctwa… Jednego nie udało się zlokalizować…Była to Melka, która uparcie odmawiała wydania z siebie odgłosu umożliwiającego Młodemu umiejscowienie kociny. W końcu litościwie wysunęła łepek ze zrolowanego obrusa, w który była szczelnie owinięta. Jak się tak solidnie owinęła ? Tego nie wie nikt. Po co? W końcu marne to schowanie: w centralnym punkcie kuchni i na środku stołu w dodatku….Niezbadane są drogi kociego rozumowania… I tym refleksyjnym spostrzeżeniem pozwolę sobie zakończyć koci odcinek bloga…
2 Comments:
Wszystko dobre co się dobrze kończy :-)A swoją drogą, to Fraucia i Mela jakieś nieużyte, one najważniejsze i łapa żadnego innego kota nie ma prawa wstępu w Twoje progi :-)Juli
By
Anonimowy, at 2:41 PM
czasem bronią terenu, a czasem zawijają się w obrus na stole :-)
By
Anna Czarodziejka, at 9:01 AM
Prześlij komentarz
<< Home