czarodziejka i ....

niedziela, kwietnia 22, 2007

pracuję w stadzie baranów

I już wyjaśniam tytułową zagadkę. Na 6 osób zatrudnionych w centrali mojej nowej firmy (no coś w rodzaju centrali) 3 są urodzone tego samego dnia, co ja, a jedna dzień później:-) (chociaż nie tego samego roku). A ponieważ jestem spod znaku Barana, no to skojarzenie nasuwa się samo. Praca na razie wygląda interesująco. Stanowisko mam nowe, więc muszę trochę inwencji twórczej włożyć w to, żeby je stworzyć i żeby zaczęło funkcjonować i w dodatku, żeby przyzwyczaić do tego funkcjonowania ludzi.... Podróże wymienione w streszczeniu wiążą się z lokalizacją jednostek należących do grupy... Jeszcze tylko w Rumunii nie byłam:-) Pracę zaczęłam pechowo, bo od spotkania rekrutacyjnego (ostatni czwartek marca) do świąt gnębiła mnie jakaś zaraza. Temperatura mi skakała, zwłaszcza wieczorem i byłam tak sponiewierana tą zarazą, że mi chyba na głowę padła, bo chciałam zrezygnować z pracy, byle się tylko wreszcie położyc. Na szczęście zaraza poszła precz i od świąt czuję się wyśmienicie. Więc nawet dojazdy w czasowym wymiarze 2 godzin dziennie nie są mnie w stanie ruszyć. No ale komórki mózgowe ruszać trzeba, więc skorzystałam z faktu, że w miejscu, gdzie pracuję, lektor udziela lekcji angielskiego i zaczęłam się uczyć. Nie fizycznie na razie, tylko zgłosiłam chęć udziału. Bo angielski niezbędny jednak w pracy mi jest.

Będzie kocia dygresja. Melka spadła z balkonu i fakt ten jednak godzien jest odnotowania, bo spadek zakończył się nietypowo. Zazwyczaj jak spada (spokojnie – 1 piętro) to pozostaje w miejscu spadunku drąc koncertowo pysk (pyszczek tu żadną miarą nie pasuje). Tym razem jednak miała konkurencję w postaci: dwóch szczekajacych psów (jeden basem, jeden falsetem), piszczących, krzyczących i płaczacych dzieci (w różnym wieku) i turkoczących po płytkach chodnikowych plastikowych rowerków i innych samojezdnych wynalazków. Spadunek zauważyłam w momenie sypania chrupków kocich do miseczki. Ten dźwiek wywabiał zazwyczaj Melkę z najdalszych zakamarków mieszkania i zawsze dopadała do miski pierwsza kotłujac po drodze Fraucię. Tym razem przy misce pojawiła się pojedyncza Fraucia. Wyszłam więc na zewnątrz i wołajac Melę obeszłam okolice, gdzie mogła spaść. A spaść mogła z dwóch balkonów i oba były czynne, czyli otwarte. Po jakichś 10 metrach na moje wołanie zaczeły odpowiadać kocie miauki... w brzmieniu bardzo spanikowane. Bardzo użyteczne okazały sie podwórkowe dzieci (te mówiące, bo tych niemówiących też jest cała gromada, ale do celów poszukiwawczo-wywiadowczych były kompletnie bezużyteczne). Dzieci te poinformowały mnie, że na balkonie parterowym schował się czarny kotek. Bingo! Ale czarny kotek był w dużym stresie i oprócz wydawania z siebie panicznych dźwieków nie był w stanie podjąć żadnych innych czynności czyli podejść (podskoczyć) w pobliże moich rąk. Na szczęście balkon był od strony lasu, a nie podwórka, wiec przynajmniej koci stres był połowiczny. Dzieci okazały się być użytecznymi i wskazały mi właścicielkę balkonu, która z dzieciem przebywała na podwórku. Tym razem kolejny lot Melki zakończył się pozytywnie, ale ja zastanawiam się tylko , ile czasu potrzebuje 4-letnia kotka, żeby zrozumieć, że sztuka chodzenia po barierce balkonu jest poza jej możliwościami? I tym retorycznym pytaniem pozwolę sobie zakończyć dzisiejszy przekaz.

No i jeszcze wyjaśnienie: zdjęcie widoczne poniżej jest zapowiedzą opowieści o nartach w Alpach:-)

1 Comments:

  • Ty zajmujesz się Baranami:) a tu Melkę trzeba na dokształt zapisać, na kurs wspinaczki wysokobalkonowej... Cmoki...

    By Anonymous Anonimowy, at 2:36 PM  

Prześlij komentarz

<< Home