czarodziejka i ....

czwartek, maja 03, 2007

nie ma jak w Lwowi...

Udało mi się ostatnio zaliczyć słynne miasto Lwów w dwudniowej podróży służbowej. Zanim wzięłam się do pisanie tego tekstu, musiałam trochę dojść do siebie, bo szczerze muszę się przyznać, że po raz pierwszy tak bardzo chciało mi się wrócić do Polski z zagranicznych wojaży. Początek (czyli wylot z Okęcia) był całkiem normalny, oprócz tego, że wzięłam ostatni bilet w klasie ekonomicznej, a dla mojej koleżanki została niestety business class. Piszę niestety, bo business class w samolociku na jakieś +- 40 osób to oddzielona granatową zasłonką przednia część samolotu, gdzie stewardesy dopieszczają w sposób bardziej intensywny pasażerów. Na miarę możliwości, bo lot trwa 50 minut. Jakiś batonik się pojawia do posiłku i serwetka z materiału. Ogólnie śmiesznie i trochę chyba sztucznie, ale skoro Lotowi się to opłaca i ludzie chcą korzystać z takich „wygód” to ja się nie wtrącam. Lotnisko we Lwowie wyglądało normalnie, oprócz tego, że było puste dosyć. W trakcie lądowania stewardesa rozdawała jakieś papierki, które zlekceważyłam, jak się później okazało, niesłusznie. Schody dotoczone do samolotu budziły moje obawy, czy aby wytrzymają tę czterdziestkę pasażerów, ale jakoś dały radę. Wsadzono nas zwyczajowo do autobusu, który spokojnie pomknął przez płytę lotniska. Po drodze mogłam podziwiać piękny (ze względów architektoniczno-historycznych) budynek, który wyglądem przypominał stary, ale dosyć wysoki budynek stacji kolejowej. Z napisem Lwów w języku ukraińskim. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zatrzymaliśmy się właśnie przed tym budynkiem i to on, a właściwie jego część okazała się być halą przylotów. Hala …to chyba zbyt szumne określenie, było to pomieszczenie przypominające rozmiarem i wystrojem poczekalnię na dworcu kolejowym. Do tegoż pomieszczenia wpuszczał nas jakiś funkcjonariusz w czapce z dosyć obszernym denkiem. Dnem można powiedzieć. Jak już nas wszystkich wpuścił do „hali przylotów” to nas zamknął od środka na klucz…spektakularnie. Zrobiło mi się jakoś tak…klaustrofobicznie. Potem oczekiwaliśmy w ogonku do sita przeróżnych urzędników celnych. Po drodze okazało się, że ten zlekceważony świstek, to dokument niezbędny do wypełnienia. Taki na wjazd i na wyjazd. Dane z paszportu, cel podróży, nazwisko osoby opiekuna na Ukrainie …i w zasadzie to, co w paszporcie jest. Pierwsze sitko przeszłam z komentarzem, że nie wpisałam adresu osoby-opiekuna, drugie jakoś mnie puściło po odpytaniu z danych z paszportu, trzecie sitko zionące procentami wypytywało mnie o rzeczy osób trzecich ( w sensie cudzych, czyli nie własnych).. i inne takie : a pieniądze ma ? ma. A ukraińskie? Nie, polskie ma. A ile? 100 zł. A karty kredytowe ma? Ma! Usatysfakcjonowane sitko puściło mnie przez bramkę, ale to nie był koniec tego toru przeszkód. W trakcie oczekiwania przed kolejnymi etapami sitka moja koleżanka martwiła się o bagaż, który pewnie tam biedny jeździł i jeździł w kółko po taśmie do odbioru bagaży. Jak już przeszłyśmy przez bramkę do wykrywania metalu okazało się, że nie ma żadnej taśmy…Odbiór bagażu odbywał się na zasadzie pobierania z kupy zwalonej w kolejnym pomieszczeniu „hali przylotów”. Jeszcze na koniec musiałyśmy wykupić obowiązkowe ubezpieczenie za jakieś 20 hrywien i już mogłyśmy ruszyć w miasto. Koleżanka Ukrainka wynegocjowała nam najtańszą taksówkę (trzydrzwiową! A co!) i ruszyliśmy w stylu „jak zdobywano dziki zachód”. W centrum Lwowa dominującą nawierzchnia jest kostka brukowa (Lwów - 850 tys. mieszkańców) bez jakichkolwiek oznaczeń. Samochody jadą „na hura” sprawiając wrażenie, że spotkają się zaraz w jakiejś gigantycznej stłuczce. Ludzie wchodzą pod koła, samochody parkują na środku ulicy, albo byle gdzie…Ale chyba w tym szaleństwie jest metoda, bo nie słyszałam ani jednego klaksonu, nie było korków, ani stłuczek…Po prostu wariacka masa samochodów przemieszcza się pozornie bez żadnego ładu i składu…ale…jakże skutecznie. Hotel miałyśmy w stylu rokoko+baroko+późny Gierek (to już meble w pokojach na wysoki połysk), ale za to w jednym apartamencie hotelowym zmieściłyby się ze cztery „kurniki” francuskie, no biorąc pod uwagę wysokość pomieszczeń… to osiem.

Udało nam się służbowe różne załatwić, Lwów nocą zobaczyć i z trwogą w sercu ruszyć w drogę powrotną. „Hala odlotów” miała o połowę mniejszy rozmiar niż ta od przylotów i bałyśmy się, że w tym ścisku, jaki tam panował nie usłyszymy komunikatu o odlocie. Wygłaszanego ustnie, jako, że wszelka technika komputerowa tudzież mechaniczna jest na tym lotnisku obca. Na szczęście gromkie „liudzi do Warszawy” dotarło do nas i udało nam się zapakować do samolotu i wrócić do kochanego kraju. Zdawanie bagażu polegało na podaniu bagażu przez otwór w ścianie jakiemuś Jurze czy innemu Wasylowi. Systemem z ręki do ręki… Tak się tylko zastanawiam… Mówi się, że są obawy, czy zdążymy się ucywilizować do Euro 2012…A Ukraina? A Lwów? Tam jest dopiero potrzebny cud…

2 Comments:

  • Fakt...tam potrzeba nie jednego cudu....Zdobyłaś doświadczenie bo ponoć podróże kształcą i nikt Ci nie odbierze tego, co zobaczyłać...buziaki :-)

    By Anonymous Anonimowy, at 2:42 PM  

  • doświadczenie super...zresztą nie tylko to, ale obawy, czy ONI zdążą i tak pozostają :-)

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 9:02 AM  

Prześlij komentarz

<< Home