
Właściwie to nie wiem od czego zacząć
:-) Rozleniwiło mnie zwyczajne życie. Zero stresów w pracy, udany urlop, a ileż można pisać o problemach drogowych? No wszyscy wiedzą, że Warszawa jest remontowana w wielu miejscach i powrót do domu bywa wyzwaniem trudnym, może i irytującym ale znanym wszystkim doskonale.
O niektórych bardziej prywatnych nie bardzo chce mi się pisać, właściwie po to, żeby nie zapeszyć, a po drugie, żeby zostawić coś tylko dla siebie…no i może troszkę dla rodziny.
No dobrze, zacznę od skrótu wakacyjnego. Pojechałam znów do mojego ukochanego Mrzeżyna, w doborowym towarzystwie czyli z Phi i jej dzieciami.
Tydzień wspólnego pobytu nie mógł obejść się bez przygód i córeczka Phi złamała sobie rękę….ze szkodą dla siebie, bo dziewczę owo musiało być w poprzednim wcieleniu syrenką i miało w zwyczaju moczyć się dzień cały w falach Bałtyku. Gips był niewątpliwie lekką przeszkodą w tych praktykach moczenia, ale nie do końca:-)
Po tygodniu zostałam sama, w zasadzie bez pogody, którą to pogodę Phi zapakowała niechcący do swojego bagażu…Ale i tak było świetnie, czyli bardzo spokojnie, w miarę ciepło i wypoczynkowo. Przeczytałam parę książek, wszystkie gazety kolorowe, jakie dało się zakupić w promieniu 25 km, z uporem maniaka skubałam słonecznika (przemnożonego przez co najmniej 15 sztuk) i oglądałam wszystko, co się dało obejrzeć na dvd.
Po powrocie moja spokojna egzystencja trwała, no może została nieco ożywiona potwierdzeniem daty wyjazdu do centrali firmy, do Francji…i różnymi drobnymi przypadkami życiowymi jak ten, który doprowadził do zakończenia normalnego funkcjonowania telewizora.
Otóż pewnego pięknego dnia odbiornik TV po użyciu pilota zamienił światełko czerwone standby’a na zielone, ale nie towarzyszyło temu zjawisku nic: ani obraz, ani dźwięk, ani szum…Dokładne oględziny okolic telewizora wykazały dokładnie, że winowajcami są domowe futrzaki (która? Nie wiem!) które zwaliły z półki nad telewizorem potężnych rozmiarów świecę dekoracyjną (żeby nie snuć jakichś podtekstów) oraz słownik polsko-łaciński. Odbiornik zapewne przyjął na swój tył uderzenie tychże przedmiotów z godnością, ale postanowił zaprotestować głuchym milczeniem….i wymownym brakiem obrazu.
Wrócił więc do łask telewizor, który wyprowadził się ze starym Młodym, o rozmiarze ekranu równym pocztówce…Jak donoszą najświeższe serwisy informacyjne, podczas mojej nieobecności, w domu pojawił się telewizor przejęty od Mamci (jednak moje wielokrotne zniechęcanie do wywozu TV na działkę poskutkowały- czy to była manipulacja?).
A ja siedzę sobie we francuskiej siedzibie firmy w Langeais i kończę mój roboczy tydzień. Za niedługo ruszam do miasta o nazwie Tours, żeby z niego, rankiem ruszyć do Paryża. Paryż będzie ostatnim prywatnym etapem mojej służbowej podróży.
No dobra, wracam do zasadniczego wątku, bo mnie dygresje zawlokły na manowce.
A mikro-telewizor chyba wróci do Młodego:-)
A w czasie mojej nieobecności wakacyjnej pochorowała mi się kicia. Konia z rzędem temu, kto by odgadł która…Ślady choroby (krew niestety) były widoczne, ale na pierwszy rzut oka trudno było określić, która z panienek ma kłopoty. Okazało się, że Fraucia, bo dała mi parę sygnałów, które oznaczały, że to jednak ona ma problemy. Na wszelki wypadek zapakowałam obie panny (kto nie ma kotów, ten nie wie, jaka to sztuka wpakować dwa dorosłe koty do jednej wiklinowej klatki) do podróżnej klatki, używając sposobu, czyli grawitacji. Po prostu klatkę ustawiłam drzwiczkami do góry i pomagając grawitacji ręką wcisnęłam dwie kicie do jednego więzienia.
Wizyta skończyła się zdiagnozowaniem stanu zapalnego kocich dróg moczowych i koniecznością dawania zastrzyków każdego wieczoru.
Kicia okazała się pacjentką nad podziw cierpliwą i spokojną, do lekarza byłą transportowana na rękach, bez klatki, a na miejscu, w klinice nawiązywała nader przyjazne stosunki z psami.
Chyba czasy się zmieniają, bo psy są wychowywane z kotami i okazują sobie w czasie spotkań umiarkowane zainteresowanie w miejsce szalejącej wrogości…
Dobra…koty mamy z głowy…No nie, jeszcze rozwiązanie zagadki baboszonego obrusa. Otóż po powrocie do domu zastawałam na stole kuchennym bałagan spowodowany przez zawinięty w nieregularny pęceł jeden z dwóch obrusów…(jeden, bo na stole leżą dwa: obrus i serweta). Młody Młody, który w czasie mojej nieobecności dogląda koctwa, złapał winowajczynię na gorącym uczynku….Wprawdzie zdjęcie jest poruszone, ale kolor sierści nie pozostawia żadnych wątpliwości.
Od tamtej pory nie używam obrusów podczas mojej nieobecności w domu.
Z nowości, które zaistniały w moim życiu wspomnieć chyba należy o porannym bieganiu…Tak sobie (za namową Jednego Takiego Dużego) zaczęłam biegać…Najpierw nad morzem, potem nad Wisłą…Kurcze, całe życie byłam przeciwna tym praktykom głosząc wszem i wobec, że gdyby Pan Bóg życzył sobie, żebym biegała, dałby mi cztery nogi a nie dwie…Ale dałam się przekonać i nie żałuję….
Zrobiło mi się trochę dużo dzisiejszego tekstu, a że pobyt we Francji zasługuje na odrębnego bloga dziś pokażę tylko fotki.




4 Comments:
Strasznie dużo wiadomości w tym kawałku, pewnie chciałaś nadrobić :-)Ale cieszę się, że napisałaś, bo lubię czytać Ciebie... buziaki :-)
By
Juli, at 6:50 AM
dzięki Juli:-)dobrze się składa, bo ja lubię pisać:-)
By
Anna Czarodziejka, at 8:58 AM
czyli jesteśmy zgodne :-) ciekawa jestem tylko jak długo będę czekać na następny kawałek :-)
By
Juli, at 12:13 PM
un peu jak mawiają Francuzi, czyli troszeczkę :-)
By
Anna Czarodziejka, at 9:31 PM
Prześlij komentarz
<< Home