
Czas teraz napisać o podróżowaniu. Trochę tego było, zwłaszcza w maju…kiedy to ruszyłam w podróże 7-go, a skończyłam jakoś tak z końcem maja. Wprawdzie wracałam na weekendy do domu, ale generalnie ten czas zapamiętałam jako nieustającą podróż. Byłam już po raz 3 w Szekesfehervar/Węgry (hihihi- czytaj Sejkeszfehervar- uczyłam się poprawnej wymowy przez miesiąc w międzyczasie używając roboczo Szekes), czas jakiś spędziłam w Gliwicach, 2 dni w Tomiszoarze (Rumunia), no a Kętrzyna i Kwidzyna nawet nie liczę. Chociaż Kętrzyn był bardzo charakterystyczny ze względu na przygodę, która przytrafiła mi się tam 13-go czerwca. Otóż jechałam sobie właśnie z Kętrzyna do Kwidzyna…No nie, muszę troszeczkę cofnąć się w czasie. Otóż jechałam sobie kiedy indziej i gdzie indziej, a konkretnie do apteki. I zaparkowałam na za wysokim chyba chodniku, bo jak z niego zjeżdżałam (tyłem zjeżdżałam) to coś mi chrupsnęło z przodu. Taka poprzeczka, która wydawała mi się mało ważna…pół jej zostawiłam na tym cholernym chodniczku.
Na szczęście zostało mi drugie pół, które uczepione było spodu samochodu z lewego przodu, a środkiem było urwane. Nie wiem, czy na szczęście, bo plątało się to owo cóś ruchem wahadłowym w przód i w tył.. Gorzej, kiedy w tył, bo mi się wkręcało w przednie lewe koło. Wtedy musiałam wysiadać, jakoś wciskać te resztki poprzeczki (nie wiem w co) i jakoś wystarczało do następnego razu. Ale dokuczało mi od czasu do czasu i dokuczyło właśnie w drodze do Kętrzyna. Po raz kolejny próbowałam to owo coś osadzić w pozycji dla tego czegoś właściwej czyli poprzecznej, ze skutkiem , jak się okazało, krótkotrwałym. Kiedy już odjeżdżałam z Kętrzyna, bardzo mocno skręciłam w prawo i jakoś tak się stało, ze lewe koło przydeptało resztki tego czegoś, które się urwało definitywnie. Co mnie ucieszyło, bo pomyślałam, że mi się nie będzie więcej plątać wokół lewego koła. Ruszyłam sobie niemal z wizgiem opon, za Kętrzynem przyśpieszyłam, ale coś mi zaczęło szumieć i syczeć z lewego przodu. Zjechałam na pobocze w wielkim przerażeniu, bo myślałam, że opona odmówiła posłuszeństwa. Przy oględzinach lewej przedniej opony okazało się, do czego była ta poprzeczka potrzebna…Mocowała błotnik. Ten ów rzeczony błotnik zwisał smętnie kładąc się na oponie w postaci dosyć ażurowej, bo poprzecieranej kontaktem bezpośrednim z kołem i oponą. Zaczęłam ten ażur odczepiać, bo takie poszarpane coś nie dość, że nie było mi potrzebne, to jeszcze szurało po oponie…Część mi się udało odczepić, ale część oparła się moim zabiegom i słownej perswazji (perswazji cytować nie będę, bo była niecenzuralna…dosyć). Stałam sobie w błękitnej spódniczce i białej bluzeczce (a raczki miałam upie…brudzone po łokcie). Wzbudziłam chyba litość, ale nie w śmigających obok samochodach, ale we właścicielce posesji, przy której się zatrzymałam…A może zdenerwował ją pies, który zdenerwował się moją obecnością? I głośno to niezadowolenie objawiał? Motywy nieważne, bo w rezultacie mąż tej właścicielki uciął pięknym nożem ogrodniczym całą ażurową kombinację…A ja także na szczęście miałam w samochodzie mokre chusteczki. Które nie do końca załatwiły problem brudnych rak i paznokci. Musiałam poświęcić szczoteczkę do zębów (to już przy wieczornej toalecie) ....Hmmmm czeka mnie wizyta w warsztacie samochodowym…pewnie tania nie będzie. Ale w końcu sama sobie to zafundowałam…Eeech coś musi być jednak w tym trzynastym…
Inne podróże były też pechowe…troszkę, chociaż w innym sensie. Otóż Prezes, korzystając z okazji, że jeden taki Jim (takie pokrętne imię nosi nasz francuski dyrektor) jechał do Timiszoary samochodem, oddelegował mnie znienacka w podróż służbową w towarzystwie tegoż Jima. Jak się później okazało, podróż ta była jednym z bardziej traumatycznych przeżyć, które przytrafiły mi się w ostatnim czasie. Aby ruszyć w poniedziałkowy poranek w podróż służbową z Jimem musiałam w niedzielny wieczór pojawić się w Gliwicach (tam podróż owa miała swój początek). Podróż była długa, chłodna i głodna. Samochód był z klimą, klima ustawiona na 21 stopni i siała jakimiś alergenami. Dosyć subtelne sygnały o moim dyskomforcie dawane Jimowi były widocznie za bardzo subtelne. Na szczęście, nauczona smutnym doświadczeniem (przedział pociągu, którym jechałam pewnego upalnego poranka na Śląsk, miał ustawiona temperaturę na minimum …no jakieś 18 stopni tak na moje oko, więc ratowałam się sweterkiem, który miałam w walizce, a i tak kiedy wysiadłam na dworcu miałam siny nos i skostniałe wszystkie członki, a trzęsąc się z zimna w sweterku budziłam ogólną sensację wśród ludzi maksymalnie z powodu upału rozebranych- to pisałam ja, mistrzyni dygresji) miałam ze sobą mój szczęśliwy sweterek, bez którego nigdzie się nie ruszam. Jeśli myślicie, że po drodze nastąpił jakiś posiłek, który mógłby mnie jakoś rozgrzać, to się mylicie. Nie nastąpił. Jim jest zwolennikiem kanapek na zimno serwowanych na stacjach benzynowych. Nie ma tu żadnego znaczenia, że kanapki (2 postoje, dwie kanapki) te mi zafundował. Nie trzepnęło go to po kieszeni. Z ulgą powitałam Timiszoarę i dobry hotel, w którym się zatrzymaliśmy. Liczyłam na pyszne hotelowe śniadanko. Ale się przeliczyłam. Umówiliśmy się z Jimem na śniadanie o godzinie 7.15 czasu polskiego a 8.15 czasu rumuńskiego . Z powodu zmęczenia, głodu i przemrożenia ustawiłam sobie czas rumuński w służbowej komórce a czas polski zostawiłam w prywatnej…W obu ustawiłam budzik. Na 6.30 czasu polskiego czyli 7.30 czasu rumuńskiego. Już o 6.35 czasu polskiego a 7.35 czasu rumuńskiego zadzwonił terrorysta Jim pytając, czemu do cholery nie ma mnie jeszcze na śniadaniu. Czemu? O matko i córko…coś musiałam pokręcić…Więc migiem-śmigiem wyszykowałam się do wyjścia malując się i ubierając w tempie rekordowym. Z powodu poczucia winy ze śniadania zrezygnowałam. Jednak, kiedy jechałam windą w dół dostrzegłam jakąś nieprawidłowość w tej sytuacji. I kiedy dotarłam do samochodu Jima podzieliłam się z nim swoimi spostrzeżeniami. Oczywiście pokręciły mu się czasy….Na szczęście w samochodzie miał na widocznym miejscu zegarek, który wyraźnie wskazywał, że zbliża się siódma czasu polskiego….Giął się (w miarę możliwości) w przeprosinach i obiecał mi żywnościową rekompensatę. Ja zaś, nie chcąc, żeby się giął za bardzo, powiedziałam, że jak od czasu do czasu nie zjem śniadania to nic się nie stanie…W sensie pewnych nadmiarów mojej figury tam i tu…Na miejscu zajęliśmy się każde z nas swoją robotą , a w porze obiadowej miałam pecha rozmawiać z Prezesem…Więc na gest zaproszenia ze strony Jima machnęłam ręką, że rozmowy przerwać nie mogę. Obiad przepadł…Ostatnia szansa na jedzenie pojawiła się, kiedy Jimowi przyniesiono dwie kanapki. Jaki miłosierny, że podzielił się ze mną tym skarbem…Ale kiedy już zostało mi mniej niż ćwierć kanapki do konsumpcji wpadła jedna taka rumuńska koleżanka pytając, gdzie jest zamówiona przez nią kanapka? W moim żołądku już była, a częściowo w paszczy…Jim mnie poczęstował cudzą kanapką….Potem okazało się, że rumuńscy ludzie pytali go, czy nie trzeba by mi zapewnić jakiegoś żarełka, na co Jim im powiedział, że nie, bo jestem na diecie :-)
Postanowiłam sobie więc po pracy ruszyć w miasto z fotoaparatem i zjeść coś wreszcie przy okazji. Ale natura stanęła w poprzek moim planom zsyłając na Timiszorę gwałtowną burzę. Więc musiałam sobie odpuścić i zwiedzanie i fotografowanie i jedzenie... Nazajutrz zjadłam wreszcie porządne śniadanie i cieszyłam się, że już wracam do Warszawy (tym razem drogą lotniczą). Ale jeszcze tak szybko to nie nastąpiło…najpierw w wielkim stresie przebijaliśmy się z taksówkarzem przez korek (z charakteru iście warszawski), potem w hali odlotów (taka troszkę podobna do tej we Lwowie) obserwowałam z wielkim niepokojem jak zapokładowywują się i odlatują kolejne samoloty (a mój do Budapesztu jakoś nie chciał) …potem była pyszna kanapka na gorąco w samolocie, potem lotnisko w Budapeszcie, gdzie wreszcie przestałam się obawiać, ze nie wrócę nigdy do domu…i dom. Były też chmury przecudnej urody, które pozwoliłam sobie uwiecznić :-)
Podróże samochodowe też bywają ciekawe pod warunkiem, że nie jeździ się z Jimem. A mieliśmy taki grupowy wyjazd do Szekesfehervar,
nawet troszkę połączony ze zwiedzaniem tegoż miasteczka.
Z ciekawszych rzeczy, które przydarzyły nam się po drodze był mandat otrzymany przez naszego kolegę za nieznaczne przekroczenie prędkości na drodze szybkiego ruchu…Ciekawe o tyle, że kolega (na zmianę z koleżanką) gnał tyle, ile fabryka dała i powodów prawdziwych do mandatu było o wiele więcej…a ten trafił mu się pięć minut przed dotarciem do celu podróży…Hm, w dodatku miał pecha trafić na węgierskiego policjanta władającego angielskim…(pewnie akurat ten jeden, co to włada, miał właśnie wtedy tam dyżur).
Natomiast w drodze powrotnej mieliśmy zjeść po stronie czeskiej coś regionalnego w czeskiej knajpie. Skończyło się na pizzerii, albowiem czeski Cieszyn wyglądał na dość opustoszały…i jedyna czynna knajpa była właśnie pizzerią. Zjedliśmy więc prawdziwie czeską pizzę i spokojnie wróciliśmy do domu (ja akurat nie do swojego domu, tylko do Tatkowego domu, bo musiałam zostać na parę dni w Gliwicach) - ale to już zupełnie inna historia.
Etykiety: pamiętnik
2 Comments:
Tak sugestywnie opisałaś swoją podróż, że czytając czułam się jakbym tam z Tobą była :-)
By
Juli, at 8:38 AM
no to cieszę się bardzo :-)
By
Anna Czarodziejka, at 3:49 PM
Prześlij komentarz
<< Home