Dzień piaty czyli czwartek (tak dla odmiany).
Zupełnie normalny był to dzień (to jeśli chodzi o pracę), ale zakończył się kolacją z francuską szefową w uroczej knajpce w Tours. Chciało mi się już bardzo do domu, zaczęłam myśleć po francusku, a koleżankę, która zadzwoniła do mnie w sprawie służbowej z Polski, sztucznie przytrzymywałam przy telefonie. Cieszyłam się bardzo, że powrót do Polski jest już tuż tuż. Teraz mi się przypomniało, że w środę chciałam sobie sprawić wieczór francuski. W tym celu zanabyłam ser pleśniowy President (takoż dostępny w Polsce) i małą butelkę różowego wina. Liczyłam na otwarcie tego wina przez odkręcenie butelki (tak jakoś sobie założyłam, że butelka będzie odkręcana)…ale chała!. Butelka okazała się być perfidnie zakorkowana i to korkiem z jakiejś masy zupełnie nie korkowej, co uniemożliwiło mi odetkanie ww wina metodą wepchnięcia korka do środka …przy pomocy buteleczki z lakierem do paznokci. Na znak protestu sera też nie skonsumowałam. Butelka wraz z serem wylądowała w walizce, co nie było zupełnie bez znaczenia w toku akcji, która dopiero nastąpi.
Po powrocie do hotelu zniechęcona atmosferą permanentnego chłodu pakowanie tobołka odłożyłam na dzień następny, czyli na
Dzień szósty (piątek) – dzień wyjazdu z Langeais.
Dzień oczywiście rozpoczęłam pakowaniem walizy i refleksją na temat zasadności przywiezienia do Francji błękitnego płaszczyka z wełenki…. Zdaje się, że miała zadać polskiego szyku na francuskiej prowincji. Zamysł się nie powiódł albowiem gdyż ponieważ temperaturze nie udało się spaść poniżej 18 stopni w ciągu dnia. W nocy płaszczyka nie używam (no chyba, że w tym wyjątkowym przypadku dodatkowego okrycia nakołdrowego…. Walizka miała jeden taki dinks w postaci dodatkowego suwaka, który pozwolił zwiększyć objętość walizki. Płaszczyk zaplanowałam nosić na sobie, albo na ręcznie. Rano, w części jadalnej pensjonatu o dziwo, zamiast panienki, która serwowała zazwyczaj bardzo malutkie śniadanko, pojawił się nastolatek w okularach, który wydawał się być zagubiony w miejscu i czasie. Więc razem z trzema Francuzami zrobiliśmy sobie śniadaniowy selfserwis i było też fajnie. Nastolatek nie przeszkadzał.
Po pracy znów znalazłam się w Tours, tym razem w celu zanocowania (pociąg do Paryża startował w sobotni poranek).

Tours widziałam dnia poprzedniego, z okien samochodu francuskiej szefowej, a teraz miałam okazję uwiecznić je na fotkach.

Cieszyłam się z noclegu w hotelu Ibis, gdzie woda spływała w normalnym trybie, a ciepłota pokoju była wreszcie normalna, co najmniej tak bardzo jak z możliwości zwiedzenia Paryża w dniu następnym.
Czyli w dzień siódmy (a to już sobota).
Rano mogłam po raz pierwszy użyć płaszczyka, bo troszkę kropiło…Ale Paryż, gdzie byłam 2 godziny później przywitał mnie cudownie słonecznym porankiem…. Na stacji kolejowej postanowiłam znaleźć przechowalnię bagażu, żeby pozbyć się toboła na kółkach (w którym finalnie wylądował błękitny płaszczyk). Przechowalnia jednak nie przyjmowała laptoków …, a laptok na tobole na kółkach był bardziej wygodny niż na ramieniu. Więc ruszyłam w stronę lotniska Karola Degola licząc na możliwości przechowawcze…Owszem, były, po wypełnieniu sterty formularzy i zapłaceniu co najmniej 25 euro. Zrezygnowałam i wybrałam opcję zwiedzania Paryża z tobołem na kółkach. Przygoda!
W międzyczasie wysłałam smsa do mojej francuskiej koleżanki, co mogłabym zobaczyć w Paryżu…Dostałam wskazówkę, że koniecznie muzeum d’orsee.

No i fajnie …wtoczyłam się z godnością (na jaką pozwalał mi tobół na kółkach) do muzeum. Już przy wejściu (a właściwie tuż przed) zaczepił mnie portier (rasy nie do końca białej)…że raczej z tobołem to niekoniecznie…Urzekła go jednak moja historia…że wracam do Warszawy z dalekiego Langeais, że koleżanka powiedziała mi, że absolutnie MUSZĘ to właśnie muzeum zwiedzić no i różne takie tam zmiękczające serce…Wtedy spytał tylko, co zawiera tobół…Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że głównie ubrania…Inny portier tejże samej rasy, tylko bardziej ciemnego odcienia czerni prześwietlił mi tobół…a na koniec orzekł „dobrze, dobrze”. Podlizałam się natychmiast, że świetnie mówi po polsku, no to w odpowiedzi usłyszałam, że ma w rodzinie Polaka…Nie dopytywałam o to, jak bliskie pokrewieństwo go łączy z tymże Polakiem, tylko ruszyłam z ramieniem solidnie obciążonym laptokiem w głąb muzeum (tobół wolno było mi zostawić w szatni).

Żałowałam, że obciążenie ramienia nie pozwala mi zwiedzić wszystkiego…i opuściłam gościnne muzeum. Ruszyłam na piechotę wzdłuż Sekwany ciągnąc za sobą tobół na kółeczkach. Wyglądać musiałam pociesznie, bo dzierżyłam w dłoni aparat i pstrykałam jak szalony Japończyk.

Dzień był cudny i cieszyłam się, że błękitny płaszczyk dało się upchnąć w walizce.
Potem już tylko specjalne metro na lotnisko, bezcłowe zakupy na lotnisku i powrót do Polski, gdzie zostałam przywitana różami przez Jednego Takiego Wysokiego.
Było naprawdę cudnie, ale wolę zdecydowanie miejsce, gdzie mówi się na okrągło po polsku, gdzie w październiku o 7 rano nie panuje na dworze głęboka noc, i gdzie mam blisko siebie najbliższych….
Z niusów: ostatni weekend spędziłam na dwudniowym warsztacie tai chi, gdzie zmęczenie po ćwiczeniach sobotnich było tak potężne, że wieczorem zasnęłam na komórce (w trakcie ustawiana budzika na dzień następny). I to by było tym razem na tyle….
3 Comments:
Czy ja mogłabym ten płaszczyk? no, obejrzeć, popatrzeć na niego? Dzięki za ciąg dalszy... buziaki :-)
By
Juli, at 6:24 PM
Cześć Anka!
Nie czytałem Twojego bloga, bo strasznie długi, ale fajnie że Cię spotkałem. Pozdrawiam
Włodek
By
Anonimowy, at 2:20 AM
No to się cieszę:-) Znam jednego Włodka, jeszcze z czasów szkolnych. Czy Ty jesteś tym właśnie Włodkiem? :-)
By
Anna Czarodziejka, at 7:49 AM
Prześlij komentarz
<< Home