Łyżwy...
no tak...skończyła się saga rowerowa, rozpoczął czas łyżew. Bardzo mi się spodobał ten sposób spędzania wolnego czasu. Są pewne analogie z rowerem: ruch na świeżym powietrzu, słuchanie trójki w trakcie i tylko trasa jakby mniej urozmaicona. Wczoraj byłam po raz kolejny na Stegnach. W godzinach popołudniowych, w tygodniu, jest niewiele ludzi, więc można pozwolić sobie na ewolucje niemozliwe do wykonania np. na Torwarze. Próbowałam wczoraj: jeździć tyłem (z sukcesem), zmieniać kierunek jazdy z do przodu na do tyłu (sukces połowiczny- czasem ten manewr kończył się jazdą w kierunku nie do końca przewidzianym przeze mnie) i próbowałam również podnieść się po upadku przymanewrowym (sukces odniesiony po trzeciej próbie). Musiałam wyglądać rozkosznie, bo przy tych różnych, nieudanych próbach manewrowych smiałam się sama z siebie. Odmroziłam sobie odwłok (wczoraj był jeden stopień mrozu), ale poza tym czułam się świetnie. Odtajałam dopiero w ciepłej kąpieli, w domu. Zamierzam jednak kontynuować te wypady, bo nie wyobrażam sobie życia w bezruchu. A Święta już tuż tuż. A Mamacia trwa w królewskim fochu. Udaje się z nia prowadzić całkiem normalne rozmowy telefoniczne, ale na próbę propozycji spotkania przedświatecznego usłyszałam, że nie ma takiej potrzeby. I że święta spędzi sama...Przecież ja to wiem, a z domu, spod skrzydełek mamusinych wyprowadziłąm się wieki temu...więc chyba nie jest to sytuacja nienormalna...


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home