święta, święta i po świętach :-)
Święta rozpoczęły się dla nas rankiem 24 grudnia, kiedy ruszyliśmy ja i Młodzi w Beskid Śląski. Mieliśmy tam dojechać w porze obiadowej i pewnie tak by się stało, gdyby nie wypadek, który zdarzył się na drodze katowickiej. Wypadek o tyle skomplikowany (o ile wiem ofiar w ludziach nie było), że zatarasował drogę i trzeba było czekać aż służby drogowe rozplączą węzeł składający się z trzech obtłuczonych ciężarówek. Zadzwoniłam więc do Tatki, ze możemy mieć opóźnienie rozpoczynając od słów „mamy właśnie wypadek”, no i szybko dokończyłam zdanie „przed sobą”, bo zdałam sobie sprawę jak to zabrzmiało. Obiad został dla nas zarezerwowany i dotarliśmy szczęśliwie. Święta były nad wyraz udane. Bo to wiadomo...ludzie tworzą święta, a nie konkretne miejsce. Chociaż miejsce było konkretne... W górach, a ściślej w Beskidzie Śląskim. A ludzie to ja, moi młodzi, Sister i Tatko z Kasieńką -Ci ostatni - inicjatorzy tego wyjazdu. Z racji wysokiej temperatury i jajek serwowanych nam na szwedzkie śniadanie święta te bardziej nam się kojarzyły z Wielkanocą niż Bożym Narodzeniem, ale i tak było fajnie. Jedzenia tyle, ze nie można było przejeść (próby wynoszenia jedzenia ze stołówki w celu późniejszej konsumpcji były raczej chybione- bo nikt nie był w stanie tego dojeść).
Wyspałam się (nie tylko ja) za wszystkie czasy, chociaż grzanie było tak podkręcone, że okna otwieraliśmy na oścież (kurki kaloryfera stanowiły ekspozycję stałą - nie do ruszenia). No i udało nam się zdreptać na piechotę całe otoczenie możliwe do zdreptania. W wyższych partiach gór nawet śnieg leżał, więc nastrój świąt bożonarodzeniowych został podtrzymany. Wieczorami zabawialiśmy się bardzo kulturalnie rozwiązując rebusy. A z rebusami było tak: przed wyjazdem uprzedziłam Tatkę, że biorę ze sobą rebusy, no taką grę, na wypadek, gdyby padało i trzeba było coś ze sobą rodzinnie zrobić. A Tatko mi odparł, że on bierze też rebusy, ale one są jeszcze zakorkowane. No i od tej pory każdy alkohol konsumowany przez nas zwany był rebusem. No więc rozwiązaliśmy skutecznie wiele rebusów bardziej i mniej skomplikowanych, a ostatniego dnia przed wyjazdem nawet trochę ich przemyciliśmy z Czech. Wiem, że z Czech, bo Tatko spytał pani w sklepie, gdzie właściwie jesteśmy. No to zanabyliśmy trochę rebusów wspierając czeską gospodarkę polskimi złotówkami. Jakoś tak się stało, że za granicę udaliśmy się na piechotę. Bo zaparkowaliśmy przed kantorem, który był niestety zamknięty (ale widniało w pobliżu hasełko właśnie o tym, ze kupując za złotówki w Czechach wzbogacamy gospodarkę Czech). No to nie mieliśmy innego wyjścia, jak wzbogacić:-) Dokonaliśmy tego maszerując na piechotę, z torbami i plecakiem. Wyglądaliśmy w drodze powrotnej, jak grupa przemytnicza pod przywództwem rudej Kachy, co zresztą zostało uwiecznione na zdjęciach. Na zdjęciach tez zostaliśmy uwiecznieni wcześniej, z prezentami, które przyniósł nam święty Mikołaj. Radości było sporo, zwłaszcza kiedy Młodzi ubrali się w prezenciki... (tzn. bokserki z Mikołajem naciągnięte na spodnie). Oprócz tego dostali również i inne fajne prezenciki, jak my wszyscy zresztą, bo wszyscy byliśmy grzeczni i Mikołaj do nas przyszedł:-) Udało nam się też zaliczyć te prawdziwe rebusy no i ogólnie było bardzo wesoło...Więc myślę, że takie święta to ja chętnie powtórzę...Święta bez zakupów, stania w kolejkach, stania przy garach i zlewozmywaku...Święta po prostu radosne i piękne wzbogacone rozrywką intelektualną (rebusy) i z dużą dozą ryzyka (przemyt) :-)


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home