czarodziejka i ....

poniedziałek, lipca 11, 2005

a klapek...

nadal nie ma... hmmm muszę sprawdzić w jeszcze jednym miejscu. Jak nie będzie to trudno...i tak Młody uważa, że mam za dużo butów. Weekend spędziłam w sposób wspaniały. Najpierw w piątek nieoczekiwane wagary z pracy, potem szybki telefon do Dorotki, no i spotkanie zorganizowane ad hoc, oczywiście pod pozorem zanabycia niebieskich klapków. Nasz ulubiony karfur nadawał się do tego jak ulał. Klapki prawie były, tylko zabrakło im pół numeru do pełni szczęścia (mojego). No nie mogą mi przecież palce wychodzić przodem (nie wyobrażam sobie wychodzenia palców tyłem....no ale tak mi się powiedziało), bo to nieeleganckie i mało praktyczne. Nie ustaję w poszukiwaniach. Co do naszych grzeszków kulinarnych to tym razem było bez grzechu, bo Dorotka wypatrzyła chłodnik no i tenże skonsumowałyśmy. Więc naładowana pozytywnie bezgrzesznym spotkaniem postanowiłam uczcić koniec tygodnia przejażdżką na rowerze. Miało być króciutko, wyszło 30 km, ale pogoda jest tak piękna, a wieczór tak długi, że szkoda by było nie skorzystać. W dodatku wszędzie kwitną lipy i zapach jest po prostu oszałamiający. W sobotę zaś postanowiłam przetrzeć szlak do Ryni, nad wodę. Korzystam z jakiegoś poradnika wydanego przez Gazetę Wyborczą, ale raczej stanowi on utrudnienie, a nie pozwala odnaleźć właściwej drogi. Ale powiem tak: do Ryni dotarłam, nawet +- pamiętam drogę, więc pewnie następnym razem zabiorę kostium i ręcznik i poplażuję. Powrót był piękny, acz droga biegła głównie piaszczystymi wertepami, na szczęście to tereny leśne, więc przynajmniej słońce nie dokuczało. No i 50 km zrobiło się nie wiadomo kiedy. Nawet przymierzałyśmy się z Dorotką do tego plażowania w niedzielę, ale w końcu okazało się, że ma ona czas ograniczony, więc wybrałyśmy Powsin. Było naprawdę gorąco, na szczęście ruch na rowerze prowokuje ruch powietrza, więc jazda była dużo przyjemniejsza niż np. pozostawanie w bezruchu. Jazdy było jakieś 70 km, ale poszło nam naprawdę lekko...kudy tam ścieżkom miejskim do takiego piaszczysto-wykrotowego Kampinosu!!!! Po naszej trasie kampinoskiej wszystkie jazdy miejskie to po prostu mięta z bóbrem (że pozwolę sobie zacytować Chmielewską). Mamy tylko takie spostrzeżenia, ze kobiałki rowerzystki są jakieś takie estetyczne i dbające o swój wygląd. W przeciwieństwie do panów rowerzystów, którym wiszące nad paskiem brzuszki nie przeszkadzają i nie widzą konieczności, żeby to zjawisko maskować. Jedzie taki w samych galotkach i wygląda tak, jakby uważał się co najmniej za Adonisa. Luster nie mają czy co? I po co narażać innych na widok brzucha wylewającego się z za ciasnych, krótkich spodenek z paskiem przerzynającym ten brzuszek na pół...brrrrrrr. A ja zaczynam rozważać opcję jeżdżenia na bosaka...ze względów estetycznych. Mało, że mam dłonie w stosunku reszty ręki mało opalone (no w rękawiczkach się jeździ) to jeszcze stopy mam opalone w sandały...Co wygląda przedziwnie. Miałam wczoraj tyle pałeru, ze postanowiłam wrócić promem, chociaż wał nam rozkopali przeciwpowodziowy (a droga z promu przechodzi przez wał) i jest to upierdliwe przekopywanie się przez górę piachu. No prawda, że przez moment, ale nawet piachu z sandałów nie można wysypać, bo krążą tam komarze komanda, które tylko czekają na jednostki wytrząchające piasek z obuwia.Więc tak sobie myślę, że nie koniecznie trzeba się wybierać gdzieś daleko, żeby aktywnie wypoczywać...Wystarczy rower, trochę słońca, piachu i wykrotów i wypoczynek robi się aktywny jak nie wiadomo co....