czarodziejka i ....

poniedziałek, lipca 04, 2005

może byś tak Damian wpadł popedałować?


rowerowe szaleństwo
posted by WER To słowa mojej ulubionej piosenki Lecha Janerki, którą bardzo lubię, bo o rowerze jest no i pedałowaniu. A powinnam napisać o moich (i nie tylko dokonaniach) na tym właśnie polu. W sumie, w czasie weekendu zrobiłam 120 km...no 30 w sobotę i resztę w niedzielę. A zaczęło się niewinnie, bo Mamcia wyjechała bawić się w króla i królową do Poznania i przekazawszy mi klucze do działki poprosiła o podlanie moich , podkreślam, moich iglaków , bo własnymi dłońmi je wsadziłam do ziemi. No wiem, zarzekałam się, że nie jestem dżdżownicą i nie będę dłubać się w ziemi, ale zostałam wzięta podstępem...no i musiałam się bidulkami zaopiekować. Pierwotny pomysł był cudny. Miałyśmy sobie z Dorotką na ploty nocne pojechać na działkę, rankiem śniadanie na tarasie i podlewanie iglaczków, a potem spokojny powrót do Warszawy. No ale tak się złożyło, że ja akurat kończyłam moją dietę kopenhaską (sobota, niedziela - dwa ostatnie dni) i nie mogłabym upajać się przy plotach jakimś ulubionym trunkiem. Dlatego też Dorotka rzuciła pomysł, żebyśmy powtórzyły nasz wyczyn sprzed roku, tym razem na spokojnie i z przystankami i pokonały część zielonego szlaku kampinoskiego rowerowo. Co niemniejszym uczyniłyśmy. Moje czerwone sandały zakupione specjalnie w celu rowerowania (miałam dosyć „opalonych” skarpetek) przeszły ten szlak bojowy, nie powiem, że bez bólu...Bo Kampinos troszkę wysechł, no i miał trochę miejsc, których rowery pokonać nie chciały. Nawet bardziej rower Dorotki niż mój, bo cięższy i opony węższe...Więc chciał nie chciał, musiałyśmy pokonywać te kawałki Kampinosu piechotą, no a sandały mają to do siebie, ze przepuszczają piasek. Piasek w butach – nieprzyjemna rzecz...No i brudna. Ja, rasowa turystka, przygotowałam się solidnie do wyprawy, nasmarowawszy uprzednio odsłonięte członki mojego ciała kremem z filtrem 12. Nie wiem, czy skuteczny, bo oparzeń nie mam. Wiem, że cudnie się do niego piasek przykleja, więc po pierwszym odcinku wyglądałam jak dziecko ganiające po brudnym podwórku cały dzień. Może to ten piasek uchronił mnie przed poparzeniami słonecznymi? Tego się nie dowiem. Poza tym w piach wbijały nas plecaki. No bo ja, ze względu na dietę miałam w swoim plecaku : pudełko z sałatą (sałata z odrobiną oleju i przyprawami), pudełko z kurczakiem do sałaty, marchewkę tartą w słoiczku i dwa jajka na twardo no i 1,5 litra wody. Jedzenie utłukło się na korzeniach kampinoskich doskonale, z sałaty wyciekł mi sos (do plecaka i na plecy), jajka nie wymagały obtłukiwania przed obieraniem, a w marcheweczce utoczyła się kulka. My tez utłukłyśmy się doskonale. Na szczęście założyłyśmy powrót pekaesem i no i przerwy na jedzenie (dieta wymaga, aby lunch spożywany był o 13). Był spożywany troszkę później, jako, że nie miałam ochoty na konsumpcję w towarzystwie komarów. Udało się go spożyć w mieścinie o wdzięcznej nazwie Leoncin (ulubiona wymowa Lełoncin), pod sklepem spożywczym, w centralnym miejscu trawniczka, pod parasolem należącym do sklepu. Dorotka ma dar przyciągania ludzi, więc zaprzyjaźniło się z nią dwóch miejscowych chłopaków (tak po pięćdziesiątce, myślę), no i jak zwykle stanowiłyśmy niezły widok: ja gmerająca w pudełku z utłuczoną do wszystkich soków sałatą i Dorotka skubiąca coś zielonego (też sałata, ale w listkach) z rzodkiewką i chyba pomidorem. Potem już było luksusowo, końcówka drogi mało uczęszczanym asfaltem (szlak, który powiódł do lasu został przez nas wyniośle zlekceważony), asfalt znałyśmy i wiedziałyśmy, że doprowadzi nas do celu, nie utłucze i nie wciągnie w ruchome piaski. Dzień był śliczny, szlak wiódł w większości przez las, gdzie słonko delikatnie przezierało przez liście a wiaterek owiewał nasze upocone czółka. Nagrodą było dotarcie do Piasków Duchownych i działki Mamci. Oczywiście pomyliłam kod przy wejściu i miałam przyjemność składać wyjaśnienia przed patrolem interwencyjnym. Chłopaki jak zwykle przyjechały piorunem.... Poleżakowałyśmy sobie na tarasie, Dorotka wypiła kawę z ekspresu....no i było malinowo...Potem to już dojechała Mamcia, więc podlałam szybko zaprzyjaźnione iglaczki (no to hasło jest, bo one się mają tak płożyć po ziemi....cokolwiek to oznacza, więc nie wiem, jak je nazwać...może płożaczki?) no i pomknęłyśmy do pekaesu a nim do Warszawy. I już był koniec wycieczki i koniec cudnego dnia. No i jeszcze może to, ze miałyśmy przez cały dzień rękawiczki rowerowe na dłoniach...więc mamy dłonie dużo jaśniejsze niż resztę rąk....