blog narciany
No cóż,
Tak wciągnęła mnie moja e:story, ze nie piszę nic o tym, co się właściwie u mnie dzieje. A działo się, bo przez 8 dni byłam w podróży i we Francji na nartach. No tak...oczywiście zaczęłam pechowo, bo nie wzięłam kijków do nart (a na co komu kijki? Prawda?) W zasadzie, to ponieważ jestem samoukiem, to te kijki mi tylko przeszkadzały, więc może to podświadomość zadziałała? Ale poprosiłam o pomoc kolegę, który następnego dnia ruszał samolotem i dostał zadanie pobrania kijków ode mnie z domu. W ten sposób problem udało mi się załatwić niemal od ręki. Potem już tylko 34 godziny jazdy autokarem (a mnie wydawało się , że 26 godzin 2 lata temu do Val Thorens to było dużo!) i znaleźliśmy się we Francji. Nie obyło się bez przygód (bez nich życie byłoby naprawdę mdłe) a to dzięki niemieckiej policji drogowej, której nie spodobał się nasz 15 letni autokar. Z ręką na sercu mogę potwierdzić, że najzwyczajniej w świecie się czepiali (dodali nam ze 3 godziny podróży), najpierw sprawdzając przez godzinę paszporty, a potem (no bo nie dało się równolegle) stan techniczny naszego wehikułu. Było i czołganie się pod autokarem w wykonaniu niemieckiego speca od diagnostyki i sprawdzanie na stanowisku w stacji diagnostycznej. Po raz kolejny udało im się dokopać Polaczkom, którzy nie wiadomo czemu pchali się na narty do Francji zamiast do Austrii.... Oczywiście wszystko było OK, ale chyba wygląd naszego autokaru spowodował, że przetrzymano nas na granicy ze Szwajcarią, ale potem już było z górki (i to nadspodziewanie często). Do wyjazdu na narty byliśmy rzetelnie przygotowani, bo oprócz nart i kijków (hihihihihi) zaopatrzeni byliśmy także w zapasy jedzenia na 6 dni. Zamieszkałam w pomieszczeniu 5-osobowym w apartamentowcu, który śmiało można było nazwać psychodelicznym ze względu na korytarze, które były pochyłe, a także, na system wind zaczynających i kończących się w dziwnych miejscach (żeby dotrzeć do naszego apartamentu 1497 musieliśmy jechać 2 windami i pokonać pod górę 2 korytarze), już nie będę wspominała o tym, że numery apartamentów dublowały się, bo w zasadzie były to dwa połączone apartamentowce, ale nikt nie wiedział, gdzie się kończą a gdzie zaczynają.
Sam apartament (no szumne słowo, ale chyba w języku polskim nie ma odpowiedniego określenia) składał się z dwóch pomieszczeń, gdzie można było spać i z łazienkoubikaji wetkniętej niejako pośrodku, zbudowanej z jednego plastikowego elementu, a zwanej przez nas batyskafem.
Pogoda nas dopieściła, już na terenie Niemiec przywitało nas lato...więc kiedy policja niemiecka opóźniała naszą podróż my zalegaliśmy na ławeczkach i grzaliśmy się w słońcu (krótki rękawek! Naprawdę). Alpy, oprócz tego, że powitały nas śniegiem, powitały nas również słoneczną pogodą i myślę, że było to ok 20 stopni, bo rozbierało nas znowu do krótkiego rękawka (niektórzy tak jeździli, ja się nie odważyłam ze względu na swoją upadkowość). Było po prostu cudnie i malinowo. Myślę, że ktoś, kto tam nie był, nie jest w stanie wyobrazić sobie tych wszystkich tras, wyciągów i tysiąca możliwości przemieszczania się z jednego miejsca w drugie. Wyjeździłam się pod korek (codziennie od 10 do 17 z przerwą na spotkanie w knajpie na stoku w środku dnia), po raz pierwszy w życiu skorzystałam z nauk instruktora (goprowiec ze Szczyrku), który udzielił mi wielu cennych wskazówek. Zaczęłam także używać kijków do nart, co w moim przypadku było naprawdę dużym postępem. Dobrze, że Polaków było tam mało, bo instruktor pokrzykiwał za mną „tyłek! tyłek!!!”, co oznaczało oczywiście, że za bardzo go wypinam i powinnam go gdzieś schować (gdzie, to już mi nie powiedział!). Weszło mi to w nawyk, bo jak już jeździłam po lekcji sama, to też się instruowałam : Tyłek! Tyłek! pochyl się do przodu, kolana do stoku i takie tam. Więc podsumowując : teorię i praktykę mam już zaliczoną i jestem pewna, że na następnym wyjeździe będę sobie śmigała jak stara, tylko coś muszę najpierw z tyłkiem zrobić:-) Pobyt minął nam w tempie ekspressowym, jeszcze tylko zaliczyliśmy po drodze (to już tradycja) imprezkę w knajpie na stoku (na wys. 2000 m) a mieszkaliśmy na 1800 m.
No nie powiem, było śmiesznie, bo zawsze jest śmiesznie, jak grupa nawalonych narciarzy po ciemku wraca do swojego miejsca zamieszkania...ale tak się akurat złożyło, że knajpa leżała przy mojej ulubionej trasie, którą wracałam do domu. Mogłam ją zrobić i po ciemku i z zamkniętymi oczami, ale oczy na wszelki wypadek miałam otwarte. Na wszelki też wypadek przemieszczałam się pługiem, bo tak było i wygodniej i stabilniej. Wróciłam do pokoju 15 minut przed swoimi współspaczami, którzy wybitnie przewyższali mnie umiejętnościami narciarskimi, ale trasy nie znali. No i jakoś tak nam przeleciało migiem i już trzeba było wracać. Tym razem udało się nam to zrobić w 30 godzin, co było wyczynem nie lada, biorąc pod uwagę mgłę, która zalegała od Niemiec aż po Polskę. A potem to już była Niedziela Wielkanocna i na drogach pustki, więc spokojnie dotarliśmy do Warszawy.
Mam dwa siniaki i opaloną paszczę a także umiejętności narciane wsparte autorytetem specjalisty, więc wyjazd mogę uznać za w pełni udany :-)


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home