moja e-story • I •
Jak to się wszystko zaczęło? Dziś już właściwie sama nie pamiętam, albo pamiętam, ale trudno mi określić moment, w którym postanowiłam przenieść się ze strefy marzeń i czasami pobożnych życzeń do prawdziwego świata. Historia jest pewnie banalna dla postronnego obserwatora, a dla mnie jest …trudno określić czym jest dla mnie. Po upływie ponad czterech lat wydawała się tworem mojej wyobraźni, ale po przeczytaniu tego, co zachowałam szczęśliwie na piśmie wiem, że tak nie jest. Historia ta jest na pewno dowodem, że warto realizować swoje pragnienia i najskrytsze marzenia i jest też jak zwykle o tym, że nic nie jest takie, jakie wydaje się z pozoru i na pierwszy rzut oka.
Zaczęło się to wszystko…no na pewno wiele lat temu, kiedy to byłam młodą mężatką i spodziewałam się swojego drugiego dziecka. Wtedy po raz pierwszy Go spotkałam, a właściwie zobaczyłam. Teraz wydaje mi się, ze było to na innej planecie, albo w innym życiu, ale wspomnienie tego momentu jest zupełnie świeże.
Od tamtej pory utwierdzałam się w przekonaniu, ze jest to facet, który powinien być moim facetem, ale nasze życia toczyły się równolegle. On miał swoją rodzinę , ja swoją, rodziły nam się dzieci, mijaliśmy się często, czasem też widywaliśmy się na gruncie towarzyskim. Zaprzyjaźniłam się z jego żoną, która jest naprawdę fantastycznym człowiekiem, więc wiele przemawiało za tym, że pozostanie On na zawsze jedynie w sferze marzeń. Zaprzyjaźniliśmy się rodzinnie, sporo czasu spędziliśmy razem, a ja snułam marzenia o Nim, o nas o wielkim uczuciu, które powinno nas połączyć. Zadurzyłam się w nim jak pensjonarka. Wtedy było to całkiem niewinne, nigdy i za żadna cenę nie przyznałabym się nikomu, co do niego czułam. Los nas rozdzielił, On wyprowadził się z rodziną do innego miasta…więc sprawa wydawała się definitywnie zamknięta. Ja jednak nadal marzyłam, mając coś swojego, tajemnego i słodkiego w moim, coraz bardziej najeżonym kłopotami życiu małżeńskim. W jakiś sposób złapaliśmy kontakt telefoniczny i prowadziliśmy długie (acz nadal niewinne rozmowy) z telefonów służbowych. Potem zmieniłam pracę kontakt się urwał. Ja jednak nie mogłam Go zapomnieć. Wydawał się stworzony dla mnie, uważałam go za idealnego męża i ojca i wiedziałam, że nie ma szans na to, żebyśmy kiedykolwiek byli razem. Wspominałam, jak podczas wspólnego, rodzinnego wypadu nad jeziora obserwowałam sierpniowe niebo i jak zaciskając kciuki powtarzałam cichutko obserwując spadające gwiazdy „chcę , żeby był mój”. Zajmował wiele miejsca w moich myślach i nawet nie podejrzewał, co do niego czuję. Nie potrafiłam zapomnieć, więc zadzwoniłam któregoś styczniowego dnia do jego pracy (nadal zachowałam TEN numer telefonu. Okazało się, że telefon jest już nieaktualny, ale On wyjątkowo pojawił się w tamtym miejscu i podniósł słuchawkę. To był dobry moment, bo mieliśmy obydwoje dostęp do Internetu, dlatego mogliśmy spokojnie pisać do siebie. Treści były początkowo niewinne, jako, że prędzej dałabym się posiekać na kawałki niż przyznałabym się do tego, co nadal do niego czułam. I pewnie by tak pozostało, gdyby nie to, że czułam się nieszczęśliwa w swoim małżeństwie i byłam na prostej drodze do rozwodu. Chciałam mu opowiadać i opowiadałam o swoim życiu…a On odpisywał mi tak, jak tego oczekiwałam….
Od: Ja
Wysłano : 20 marca 200
Do : On
Temat: Niedzielny spacer
Wyobraź sobie, że w niedzielę rano nie mogłam spać, więc już przed siódmą rano wyciągnęłam (nie bez oporów – w końcu był to dla suni środek nocy) Niuśkę na spacer. Miał być to spacer wiosenny, ale zaczął padać śnieg.- takie grube, miękkie płatki. Było pusto i tak cicho, ze słychać było ten padający śnieg. Czułam się tak, jakbym była jedynym człowiekiem na ziemi. Wokół było pięknie i bajkowo. Śnieg przykrył całą brzydotę i biel działała na mnie kojąco. I pomyślałam sobie, że dla takich momentów warto żyć. Że jesteśmy zapędzeni, zagonieni i często po prostu źli na siebie i innych, a czasem warto zatrzymać się na chwilę, żeby zobaczyć jaki świat jest piękny. Spacer nie był długi, ale mnie tak wyciszył, że nabrałam dystansu do tego co robię i co nazywam kłopotami. Jakoś to wszystko nagle zmalało. Dlatego tez zwolniłam tempo i zamiast prasować wybrałam się do kina na „Szósty zmysł”. Sama. Michał nie lubi takich filmów. Zresztą po prostu chciałam być sama. Film bardzo mi się spodobał, z Bruce’m Willis’em w roli bardzo spokojnej i wyciszonej, z zaskakującym zakończeniem. Po tej niedzieli uświadomiłam sobie, że powinnam częściej łamać ,ustalone w końcu przez samą siebie, zasady, bo zmiany przynoszą naprawdę dużo radości.
Z naprawdę wiosennym uśmiechem
Km
Cdn.
*wszelkie podobieństwo do osób czy zdarzeń występujących w tej historii jest zupełnie przypadkowe.


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home