git-dziewczyna na lodzie....
No tak...Troszkę zarzuciłam pisanie, ale to tak nie do końca z mojej winy. Nie chcę mówić, że nic dobrego się nie działo, no nie, ale jakoś tak same przeszkody i dołki. Zresztą to chyba jakieś niekorzystne wpływy z kosmosu, bo nie tylko mnie się źle działo. Jakoś tak wokół też.
Sister na amen skraszował samochód (bez szkód na ciele i umyśle), Dorotka (ta od salsy) najpierw straciła szybę do samochodu, a jak ją już odzyskała, to wpadła w poślizg i autko ku jej rozpaczy wylądowało w warsztacie. Mój zaprzyjaźniony Krakus stracił zawartość twardego dysku (i nie korzystał z komputera li tylko, co by grać w jakieś gry, ale zarabiał zawartością tego twardziela na życie.)
U mnie...no zgodnie z prawem Murphy’ego, co tylko mogło się nie powieść, to się nie powiodło.. Więc o czym tu pisać?
No może o tym, że wypadami na lodowisko poprawiałam sobie samopoczucie. Miałam chociaż przez moment przekonanie, że coś dobrego dla siebie robię i że zdrowo i że ogólnie pozytywnie. Czytałam ostatnio dosyć ciekawy artykuł o tym, że chęć do szybkości (osiąganej własnymi siłami) wiąże się z chęcią przezwyciężenia grawitacji no i w konsekwencji jest realizacją marzeń sennych o lataniu. Po prostu mam ochotę latać...W końcu uwielbiam też jeździć na nartach (mimo, że nie do końca umiem), no i rower, na którym osiągałam coraz lepsze rezultaty (jeśli chodzi o prędkość). Tak więc na pewno chęć jeżdżenia na łyżwach jest tez potwierdzeniem tej teorii. Jednak, jak się okazało, nie wolno zapominać o grawitacji, o czym dosyć boleśnie przekonałam się w ostatnią sobotę. Jedna malutka metalowa podkładka zagubiona przez kogoś na lodzie leżała akurat na torze mojego ślizgu. No i w efekcie skontaktowałam się z lodem najpierw lewym kolanem, potem żeberkami a na koniec lewą stroną twarzy. Zaprzyjaźniłam się z panią pielęgniarką i zyskałam drugie lewe kolano (tuż pod tym właściwym). Twarz zareagowała maleńkim wylewem w kąciku lewego oka, co absolutnie upodobniło mnie do git-człowieka, albo, jak kto woli git-dziewczyny. Jednak twardo pozostałam do końca swojej zmiany lodowej, bo nie po to tłukłam się 20 km w sobotę, żeby tak od razu wracać. Żadnych innych efektów ubocznych nie zaobserwowałam...ani na ciele ani na umyśle.. Tylko tak teraz się zastanawiam jak moje przypadki/wypadki rowerowo-łyżwowe mają się do powiedzenia, że sport to zdrowie?
A tak mi dobrze zrobił wypad na lodowisko!!!! Albowiem środowisko tamtejsze jest absolutnie wolne od alergenów, a ja musiałam odstawić wszelkie antyalergiczne, żeby przejść testy....no też związane z alergią. Męczę się okrutnie dręczona: katarem, zapychającym się w nocy nosem, kichawką i swędziawką. Nie wiem, jak czuje się narkoman na odwyku, ale wydaje mi się, ze można tu zaobserwować pewne analogie. Ale już niedługo, bo tylko do czwartku, no a testy być może wskażą na co powinnam się zaszczepić czy znieczulić przed sezonem, żeby w miarę normalnie egzystować.
W pracy roboty do wypęku, no i może dobrze, bo jak się pracuje, to się nie pamięta...o tym, że coś swędzi...
Aaaaa miało być jeszcze o pokrewieństwie dusz...To jest ten element pozytywny, którego mogę się uczepić...Mamy coś takiego z Dorotką, parę razy zdążyło nam się wysłać do siebie maila w tym samym momencie (dokładnie!!!!) że nie wspomnę o podobnych treściach w mailu zawartych. Teraz nam też różne takie przypadki niedobre przydarzają (niemalże równocześnie), jednocześnie też wzięłyśmy się za przegląd generalny swoich ciałek (nie umawiając się wcale ani nie inspirując). Zgodnie z teorią Ani z Zielonego Wzgórza należymy do grupy osób znających Józefa....Kto nie czytał (no w końcu to już jest ramota literacka) to nie wie, że jest to określenie na ludzi, którzy rozumieją się bez słów, lubią no i ogólnie odczuwają wyżej już wspomniane pokrewieństwo dusz. A Ania z Zielonego Wzgórza nazywała ich ludźmi, którzy znają Józefa.
No to serdecznie i szczerze pozdrawiam wszystkich tych, którzy znają Józefa.....


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home