czarodziejka i ....

piątek, marca 04, 2005

bardzo długie zaręczyny...

Tytuł dzisiejszego bloga to tytuł filmu, na którym byłam wczoraj z Dorotką, niezastąpioną towarzyszką wypadów do kina na babskie (i nie tylko!) filmy no i na plociu-plociu (to jej określenie) przy czymś smacznym i obrzydliwie kalorycznym. Zaniedbałam pisanie bloga (no tempo spadło do jednego na miesiąc) bo po pierwsze, jak już pisałam, trwam w półśnie zimowym nic mi się nie chce i pewnie nie przyciągam niczego, co warte by było uwiecznienia w blogu, a po drugie pracuję wyjątkowo dużo, więc musiałabym chyba pisać o pracy, a nie jest to temat fascynujący. Zresztą ...może i inne tematy też nie, ale umawiam się ze sobą, że o pracy pisać nie będę, choć nie ukrywam, że bardzo ją lubię i sprawia mi ogromną przyjemność to, co robię. Życie wyrywa mnie z mojego letargu zimowego dosyć regularnie, zmuszając do działań, których dobrowolnie, za żadną cenę bym nie podjęła. A to spółdzielnia mieszkaniowa (jedno wielkie oszustwo i złodziejstwo) zmusza mnie do prowadzenia kilometrowej korespondencji, a to samochód, któremu ciągle cos tam szwankuje (no nie groźnie, ale nie do zlekceważenia), a to wreszcie mój własny organizm dając mi sygnały, których zlekceważyć nie mogę. W ten sposób życie popycha mnie do aktywności, na którą wcale nie mam ochoty. A samochód ostatnio psuł się w sposób biegunowo różny....Najpierw wysiadł mu klakson (którego i tak prawie nie używam, ale użyłam, a przynajmniej próbowałam w momencie kiedy pewna ciężarówka zmieniała pas jazdy nie zauważając mojej obecności), a kiedy dostał już nowy klakson zaczął go nadużywać wyjąc zupełnie bez powodu. Przez dwa dni zamykałam go po prostu na klucz, a w końcu, kiedy musiałam lecieć do piwnicy garażowej o 5 rano (no.... wył tylko na mrozie, w ciepełku nie szalał do tego poranka) postanowiłam go uzdrowić. No i proszę, okazało się, ze alarm był wg określenia pana z warsztatu nadwrażliwy:-) – bardzo techniczne określenie. Ale znowu uciekłam w dygresje, a chciałam o filmie. Więc (wiem, że od więc się nie zaczyna, ale lubię łamać konwencje) wybrałyśmy się z Dorotką na film o miłości szykując chusteczki do osuszania łez. A tu chała...Gdybym chciała wybrać się na film wojenny, to bym się wybrała (albo i nie, bo wojennych filmów nie cierpię). A tu wojna (pierwsza światowa) i to pokazana w sposób bardzo realistyczny...wstrętne, obślizgłe, obłocone okopy w strugach deszczu, makabryczne sceny wybuchów, trupów, krwi...Może to dziecinne, ale po prostu zasłaniałyśmy oczy, bo nie można było na to patrzeć. Pominąwszy sceny wojenne film jest przecudnej urody i zawiera wszystko, co tak bardzo lubię. Historię niemal kryminalną z dobrym zakończeniem, piękne widoki, i mnóstwo uczucia....I to nie tylko tego między kobietą i mężczyzną, ale też tego rodzinnego, bezwarunkowego....O czym jest właściwie ten film? O potędze miłości, wiary i znowu o tym, że nic nie jest takie, jak się z pozoru wydaje. O tym także, że warto sprawdzać w życiu to, co się wybuduje we własnej (albo cudzej) głowie....i o tym, że nigdy nie powinno się tracić nadziei. A że obraz ten zawiera także okrutne i brutalne sceny? W końcu takie jest życie, taka jest wojna i tacy są ludzie....