kończę e:story
Witajcie i od razu gnę się w ukłonach przeprosinowych. Pewnie, że nie jest to żadne wytłumaczenie, ale problemy pracowe połączone ze zdrowotnymi (a jedne mają wyraźny wpływ na drugie) spowodowały, ze zamilkłam. Podjęłam jednak szereg czynności reanimacyjnych i wracam może nieco słabsza, ale na pewno zdrowa. No i pełna energii, bez której nie powstałby ani kawałek bloga. Chciałam zakomunikować też, że kończę moją e:story. Tzn, mogłabym jeszcze nakręcać Was piękną, miłosną historią, ale zaczęłam ją pisać w jednym celu. Żeby dowieść tego, w co wierzę: że wiele budujemy w swojej głowie i że musimy sprawdzać te budowle, że musimy realizować swoje najbardziej dziwaczne marzenia i pragnienia.. Najwyżej okażą się one niewarte realizacji, ale tego się nigdy nie dowiemy, jeśli nie spróbujemy. Gdyby nie ta cała e:story pewnie do dnia dzisiejszego żyłabym w jakimś dziwnym zauroczeniu człowiekiem, którego tak naprawdę nie było. No był, ale w mojej głowie, w moich wyobrażeniach i w mojej pamięci. No więc (a wiem, że od „wiec” się zdania nie zaczyna) nasze maile krążyły sobie regularnie, potem (mimo mojego autyzmu telefonicznego) dołączyły rozmowy telefoniczne, w których tak naprawdę pojawiły się elementy, które powinny wzbudzić moją czujność. Ale uczucie kwitło, serce kwiczało z radości, kto by tam słuchał wtedy głosu rozsądku? Byliśmy sobie potrzebni nawzajem. Jak się okazało ja jemu, bo rozstał się ze swoją przyjaciółką (a tak! Ten wzór cnót męskich, o którym bałam się na początku myśleć, bałam się – bo rodzina, bo żona, która znałam i lubiłam; miał przez wiele lat przyjaciółkę, którą bzykał w godzinach pracy i po), mnie, bo rozpoczynałam nowe życie i potrzebowałam potwierdzenia, że mogę jeszcze kochać i być kochana. Była tam po drodze moja pierwsza Piwniczna, były rozmowy przez komórę Sistera, były wyznania, obietnice i szał ciał na odległość. I znów gdzieś tam mignęło czerwone światełko, że fizyczność, która wyłaziła z tych naszych kontaktów raczej przerażała mnie swoją brutalnością i zaskakującymi pomysłami. Ale wierzyłam, ze jak dwoje ludzi coś do siebie czuje, to się wszystko wygładzi. Wreszcie spotkaliśmy się tete a tete, ….no i okazało się, że mój luby jest strzępem człowieka , że jest jednym wielkim stresem, nieszczęśliwym i chorym, w dodatku z pokręconą psychiką. W szczegóły wchodzić nie będę, ale w tym momencie już wiedziałam, że po mojej wielkiej miłości. I tak się też stało. Kiedy dziś wracam do czasów, kiedy się to wszystko zaczęło, czuję jeszcze motylki w brzuchu. Ale nie chcę pamiętać zakończenia. Bo nie było wcale romantyczne, tylko prozaiczne i życiowe w bezwzględny sposób. Warto było to przeżyć, bo było to prawdziwe z obu stron, piękne i jakieś czarodziejskie; i trzeba było to sprawdzić w życiu, żeby nie odejść kiedyś w przekonaniu, że mogło się przeżyć coś pięknego, że puściło się luzem taką cudną miłość. Od tamtej pory zawsze sprawdzam do końca to, co mi się wydaje, a także bardzo dystansuję się do swoich wyobrażeń. Nieraz okazuje się, ze człowiek piękny duchem i słowem pisanym jest kimś mało wartościowym w rzeczywistości.
I to by było na tyle (jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski) jeśli chodzi o moją e:story.


2 Comments:
Czarodziejko
wróć do estory... czar prysł
każdy chce zatrzyamać piękno
ale skoro rzeczywistośc okazała się zupełnie inna to moze napiszesz dlaczego? fakty: miał wieloletnią kochankę i był nędzarzem psychicznym... wszystko jasne ale czytając krok po kroku, minuta po minucie rozwój wypadków w zakończeniu ma się wrażenie nagłego zapadnięcia się w przepaść...
a może tak własnie było...
ale źle ulokowane uczucie to jeszcze nie jest sięgnięcie dna..
By
Anonimowy, at 10:04 AM
Wiem, że tak to może wyglądać ...no i tak też było w istocie. A uczucie nie było źle ulokowane tylko nie wytrzymało konfrontacji z rzeczywistością :-) Można sobie opowiadać różne rzeczy w mailach, obiecywać przez telefon...ale w najbliższej bliskości nie da się gadaniem pokryć (excusez le mot)faktów :-)
Wiem, że fizycznie nie odpowiadał własnej żonie (to wiem z bezpośredniego źródła) i że na pewno pasował swojej wieloletniej przyjaciółce.
Skomentuję tylko, ze to może i fajny facet, ale nie dla mnie...
By
Anna Czarodziejka, at 12:59 PM
Prześlij komentarz
<< Home