
Dostałam zaproszenie na świętowanie 10-lecia mazurskiego oddziału naszej firmy.
Fajnie i fajnie oprócz tego, że świętowanie odbyło się w sobotę, a powrót do domu wypadł w niedzielę. Pekaesem. 5 godzin. I oprócz jeszcze tego, że czwartek i piątek też spędziłam służbowo poza Warszawą. I oprócz tego, że akurat w sobotę się ochłodziło. A ja miałam spodnie, które kończyły się w połowie łydek. A świętowanie odbyło się w większej części na wodzie. I wiatr zrywał łupież z głowy... Ale co to dla prawdziwego wilka morskiego! Ale ja nie chcę być morskim wilkiem. W takich sytuacjach wolę być kotkiem domowym umieszczonym za piecem, bądź w pobliżu czynnego kaloryfera.

Zaskakujące jest to, że ciągle pamiętam nazwy tych wszystkich sznurków i szmat. I że wiem, do czego służy ster.

A między wodą a wodą był obiad. Na lądzie.

A na drugą część wodnej przygody zaokrętowaliśmy się na Tałty (taka trochę większa jednostka).

I były tańce. I disco polo. I kanał Giżycki.

Ale fajnie było wrócić do domu :-) I do jazdy na rowerze. Bo ciepło i sucho.
ps. Malutkie brzydkie kaczątka były. Też fajne
2 Comments:
Dobrze, że za balast nie musiałaś "robić" :-)
By
Juli, at 10:29 AM
nie śmieliby mi tego zrobić :-)
By
Anna Czarodziejka, at 9:55 PM
Prześlij komentarz
<< Home