poćwiczyć czasem...
w klubie to ja lubię. Mam już nawet ulubione dni i instruktorów płci obojga. Jednakowoż środa była wybitnie pechowa (mimo, że zazwyczaj jest sympatyczna ćwiczebnie).
Nie przyszła instruktorka od sztang, czyli od czegoś, co nazywa się magic bar. W zamian zaproponowano nam pilates. No skoro już tam byłam, przyobrana w strój ćwiczebny, to czemu nie. Aczkolwiek ten pilates mało dynamiczny się okazał. A słownictwo używane przez skądinąd przemiłą instruktorkę, na poziomie starszaków. Były i łopatki schowane do kieszonek i brzuszki zapinane na dziesiątą albo trzecią dziurkę a także sznury samochodzików przejeżdżające pod pleckami...To był dla mnie ciężki dzień, więc, jak już się ułożyłam na macie i usłyszałam ciepły i subtelny głos pani instruktorki, to odpłynęłam w sen (potrafię to robić w 3 sekundy). Może dlatego odpłynęłam, że miałam skojarzenie z leżakowaniem po obiedzie, przepraszam, po obiadku?
Na szczęście jakoś się ocknęłam i w lustrze zauważyłam, że wszystkie współuczestniczki pilatesu mają nogi zadarte figurowo do góry a tylko ja leżałam na wznak....Więc szybko też zadarłam. Ale bez satysfakcji. Postanowiłam przeczekać do następnych zajęć z polska zwanych spalaniem tłuszczyku i się okazało, że znowu skucha...już druga w tym dniu. Wpadła do sali taka mała z głosem kaprala, puściła na cały regulator muzykę, w dodatku, mimo, ze miała mikrofon zachowywała się tak, jakby go nie miała...W dodatku kazała robić nogami co innego, a rękami co innego...wymiękłam po 15 minutach.
Za to czwartek był udany z racji pobieranych nauk w dziedzinie pstrykactwa. Więc parę fotek z tej okazji wrzucam.


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home