czarodziejka i ....

poniedziałek, lipca 07, 2008

ekspresowy weekend

A czemu ekspresowy? Bo przeleciał nie wiadomo kiedy. Sobota upłynęła pod znakiem roweru. Ponieważ ciągle jeżdżę sama i sama, postanowiłam podczepić się pod jakąś grupę. Na jednym takim portalu pracowo-biznesowym są różne grupy tematyczne, jest też i grupa rowerzystów. Padło hasło Kampinos - trochę go znam, to postanowiłam podłączyć się tę konkretną wycieczkę. Wprawdzie pogoda była niewyraźna, ale opady miały być tylko przelotne, więc podjęłam decyzję, że jadę. Na wszelki wypadek wzięłam ze sobą mapę Kampinosu. NA miejscu zbiórki okazało się, że nikt nic nie wie, bo pomysł wyprawy był wariacki- na zasadzie "eeeeeeeeeeeee jakoś to będzie". Obiecałam więc, że grupę pociągnę kampinoskim szlakiem rowerowym do pierwszego pieszego szlaku, a potem to już będzie spontanicznie przez las. No cóż...w skrócie wyglądało to tak: piaszczystość, mokrość, błotność i brudność. Deszcz był...przeleciał oczywiście, ale w dużej ilości i wprawdzie próbowaliśmy schronić się pod daszkiem, który chronił mapę Kampinosu (gdzieś na szlaku) ale słaba była to ochrona... Potem okazało się, że deszcz wyprodukował niezliczone masy błota z igliwiem, które pryskało raźno spod kół. A piasek kampinoski ma te właściwości, że żadna ilość wody nie jest w stanie go utwardzić. I było i piaszczysto i błotnisto. Powrót do cywilizacji też ja pilotowałam, bo Kampinos troszkę przylega do miejsca, gdzie jako dziecię nieletnie mieszkałam i okolice są mi znane. Bilans tym razem: 4 nowo poznani maniacy rowerowi ( 3 męskie i jedna żeńska jednostki), 85 km drogi, z czego większość w Kampinosie, 8 ostatnich kilometrów powrotnych do domu pod wiatr, oraz tak ze 3 kg błota oblepiającego rower i mnie takoż. Po powrocie miałam siłę tylko na nalanie wody do wanny i wpełźnięcie do niej. Potem film mi się urwał. Na godzinę. Potem musiałam opuścić wannę, żeby uzupełnić zapasy żywności. Mniejsza o mnie, ale kocie żarełko się skończyło, więc nie miałam wyjścia. Rower doczyściłam wczoraj wstawiając go do wanny i traktując obficie prysznicem. Pozostało mi go tylko nasmarować. No cóż, zdaje się, że w życiu nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. A czas niedzielny poświęciłam na sprawdzenie jak się tańczy przy orkiestrze na żywo. W Warszawie ruszyła stara nowa tradycja tańczenia na tzw dechach, tak jak to drzewiej bywało. Nawet uczyli kroków polki i czegoś tam jeszcze. Ja tylko patrzyłam, bo tańce były w parach, a ja wybrałam się bez pary. Za to ze starym Młodym i jego żoną. Oni też nie tańczyli tylko patrzyli i fotki pstrykali. Niedzielę zakończyliśmy nad Wisłą, konkretnie na plaży, konkretnie w La Playa- jedynym warszawskim plażowisku. I było ciepło i sympatycznie i znienacka całkiem weekend się skończył.............. Widok z La Playa na drugi brzeg Wisły i już.

2 Comments:

  • ps. Fotka pierwsza nie przeze mnie robiona...Taka zdolna to ja nie jestem, żeby sobie samej...

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 8:50 AM  

  • Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    By Anonymous Anonimowy, at 8:54 AM  

Prześlij komentarz

<< Home