czarodziejka i ....

niedziela, lipca 13, 2008

dziwne przygody za przyczyną płynącej wody....

Ostatni tydzień był dziwnie rozminięty z moimi planami. W zasadzie, od poniedziałku aż do środy moje plany załamywały się gwałtownie, a w ich miejsce wdzierała się brutalnie rzeczywistość. Więc już koło czwartku (poranną porą) miałam nadzieję, że wreszcie moje życie wskoczy na właściwe tory. Ale gdzież tam... Jak już się komplikować, to w wymiarze całotygodniowym. W czwartek rano zadzwonił do mnie Kuzyn ze Śląska, że jest właśnie w Warszawie i czeka na pogotowie. Na pierwszy rzut ucha wydało się to co najmniej dziwne, ale już po paru wyjaśnieniach okazało się, że, kuzyn spływa łodziami po Wiśle wraz z całą gromadą maniaków wodnych, tj drużyną wodniacką. A aktualnie zatrzymali się w Warszawie i w czasie wykonywania hop-siupów porannych (jak ktoś był kiedyś harcerzem, albo wodnym harcerzem to powinien pamiętać, że każdy dzień rozpoczyna się tzw. rozruchem porannym). Trzeci hop-siup okazał się dla kuzyna pechowy i spowodował chrups w kolanie, który z kolei spowodował zawezwanie karetki i mobilizacji pomocy rodziny warszawskiej w mojej skromnej postaci. Tak więc czwartkowe kółko fotograficzne odbyło się tym razem bez mojego uczestnictwa, bo ja zbierałam kolejno: ze szpitala (po jakichś 8 godzinach szpitalnej tułaczki) Kuzyna z wielkim gipsem (ważył tak na oko z 15 kg- gips, nie kuzyn), a potem stertę tobołków z przystani nadwiślanej. W skład tobołków wchodził plecak, ważący tak na oko z 50kg, gitara, krzesełko składane, jakiś bliżej niezidentyfikowany tobołek, wiaderko po farbie, dwa pojemniki wodoszczelne i mniejszy plecak. Jakoś udało mi się to wszystko upakować w moje malutkie jeździdełko i Kuzyna jakoś do domu przywiozłam. Koty początkowo potraktowały go nieufnie, ale ponieważ ostrzegał je o swoim nadejściu ciągnięciem gipsu po podłodze i stukaniem, przestały się niepokoić. Kuzyn w postaci zagipsowanej na pewno przez dłuższy czas nie będzie się kwalifikował do roli zwiadowcy. Ekipa ratunkowa ze Śląska w postaci Drugiego Kuzyna (inna odnoga rodziny śląskiej) i Narzeczonej Kuzyna ruszyła do Warszawy w piątkowe popołudnie. Z powodu burzy, ciemności i skomplikowanej topografii mojego miejsca odległego zamieszkania brygada ratunkowa przybyła głęboką nocą, czyli gdzieś tak koło 23, zahaczając o Marki, przedmieścia Białegostoku i Kobyłkę. Potem uprawialiśmy życie rodzinne i nocne Polaków rozmowy aż do 3 nad ranem, mimo że zagipsowany Kuzyn dawał nam znaki ziewaniem i pozornym zapadaniem w sen, ze czas już iść spać. Nie powiem, czym i jak poczęstowałam gości, bo bloga czyta Kasieńka, zwana przez Młodych Panną Dziadka. W międzyczasie odwiedził nas jeden i drugi Młody, a ten młodszy przyprowadził suniasię na nocleg, bo sam wyprawiał się na nocne imprezowanie. Suniasia jest istotnym elementem tej opowieści. Zasnęła na fotelu i tak było, jakby jej wcale nie było. Jednakowoż była i skorzystała z chwili nieuwagi pobierania łózka turystycznego z komórki korytarzowej dla Drugiego Kuzyna i poszła sobie gdzieś. Czego nigdy, przenigdy do tej pory nie robiła. Przyznam się szczerze, że sprawdziłam tylko stan koctwa, które korzysta z każdej okazji, żeby wymknąć się z mieszkania. Koctwo było. Więc poszliśmy spać. Rano, czyli o 9 okazało się, że suniasi nie ma. I im bardziej jej szukaliśmy w mieszkaniu tym bardziej jej nie było. Wpadłam w panikę, bo stanowi ona przykład zwierzątka trwożliwego i płochego i nigdy się nie oddala od właściciela, nawet tak tymczasowego jak ja. Ale się oddaliła. Na szczęście odnalazła się w 5 minut tuż pod blokiem, ale i tak młody Młody powiedział, że nie nadaję się nawet do opieki nad rybką. Co z żalem i skruchą muszę przyznać. Potem już było śniadanie i pakowanie zagipsowanego Kuzyna wraz z jego całym majdanem do samochodu. Po spakowaniu wszystkiego okazało się, że została gitara. Miała ona jechać z zagipsowanym Kuzynem na tylnym siedzeniu. Zaproponowałam więc, żeby uwolnić ją z pokrowca, żeby Kuzyn z gipsem mógł pograć Drugiemu Kuzynowi i Narzeczonej na gitarze w czasie podróży na Śląsk. Wniosek mój został odrzucony. Przynajmniej w pierwszej fazie podróży. Jak było dalej, nie wiem... W każdym razie moje życie wróciło do normalności. Prawie normalnej, bo wakacyjnej. * wszystkie zdjęcia są autorstwa zagipsowanego Kuzyna, ale mam nadzieję, że nie będzie się domagał tantiem z tytułu praw autorskich...

2 Comments:

Prześlij komentarz

<< Home