czarodziejka i ....

piątek, grudnia 19, 2008

cofać się zaczynam czyli mulabanda i do przodu

Obiecałam, to dotrzymuję. Może jeszcze tytuł wyjaśnię: cofam się w czasie, a mulabanda to takie wdzięczne określenie w terminologii jogicznej czegoś, czego niewtajemniczonym wyjaśniać nie będę, a do przodu, bo zgromadzona na wyjeździe energia pozwoliła nam na powrót do rzeczywistości i sprawne odnalezienie się w niej. Dziś będzie o naszej bardzo krótkiej wyprawie (mojej i Dorotkowej) do Wierchomli w celu zaliczenia warsztatów jogi hormonalnej. To taki nasz pomysł na hormony: zapanować nad nimi zanim one zapanują nad nami. No i miejsce bliskie naszemu sercu- tuż tuż za naszą ukochaną Piwniczną Kosarzyska. Jako znany eksplorator i tropiciel przygody postanowiłam jechać zupełnie inną trasa niż dotychczas. Tzn przez Kielce i takie tam rożne małe mieścinki. Decyzja głupia nie była (jeśli chodzi o zwiedzanie nieznanych okolic) a trochę bardziej głupia, jeśli chodzi o czas podróży. Powiem tylko, że opcja dłuższą trasą (przez Kraków), z korkiem przed wjazdem do Krakowa i ciemnościami po drodze, czasowo okazała się krótsza. No i tyle tytułem dygresji. Czas wspólnie spędzony był dla Dorotki i mnie bezcenny. Albowiem przez rożne perturbacje życia codziennego nasze kontakty ograniczały się do mailowych, a o spokojnym pogadaniu nad kawą czy herbatą nie miałyśmy co marzyć. Oczywiście nasze zaangażowanie w dyskusję spowodowało wielokrotne zbaczanie z trasy. Ale ile to przy tym radości było... Nawet udało nam się promem samochodowym przeprawić po drodze. A pogoda łaskawa była i sucha i mimo, ze śnieg wcześniej mocno zalegał (zaledwie tydzień wcześniej) to droga ścieliła nam się sucha. Rozczarowanie głębokie (i odrazę też głęboką) wzbudził w nas KOREK w Nowym Sączu. Nie tak miało być, nie tak...Nie po to się człowiek wyrywa ze stolicy zakorkowanej do granic możliwości, żeby w korek gdziekolwiek wpadać. W każdym razie dojechałyśmy, poznałyśmy bardzo fajne wielbicielki jogi (nie tylko hormonalnej) i cieszyłyśmy się otoczeniem lekko przysypanym śniegiem. Nawet narciarze tam byli. Pobyt możemy uznać za udany, mimo , że krótki. Taka pigułka zrelaksowania i oderwania się od wszystkich i wszystkiego. I miałyśmy okazję pogadać z naszą ukochaną Anią Barmanką, która właśnie do Wierchomli się z pracą przeniosła. Było bardzo pozytywnie, pogodnie i nawet zniżkę dostałyśmy na rożne takie kosmetyczno-relaksujące, z których skwapliwie skorzystałyśmy. Wracałyśmy więc pogodne, wypoczęte, wygładzone i nakremowane tu i tam i pogodzone z hormonami. Co było w zasadzie celem naszego wyjazdu. a Wiechomla zimą wygląda mniej więcej tak i tak i troszkę tak a owce wierchomlańskie wyglądają tak a tak czasem zdobi się chałupy :-)

2 Comments:

  • Jednym słowem, przyjemnie i z pożytkiem zaliczyłaś wypad, no i oczywiście w miłym towarzystwie :-)

    By Blogger Juli, at 6:00 PM  

  • jak już gdzieś wypadam, to to zawsze przyjemne jest:-)

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 10:02 PM  

Prześlij komentarz

<< Home