czarodziejka i ....

wtorek, grudnia 16, 2008

już nie zima, ale wiecej niż jesień...

No i w końcu normalne to jest. Bo grudzień w pełnym rozkwicie, a i święta już prawie prawie. Parę razy przymierzałam się, żeby tu coś zostawić, ale jakoś zabrakło...no nie czasu, tylko jakoś tak, no czarne chmury się zbierały, tak mniej więcej od września. To się nie ma ochoty pisać, chociaż zaległości już mam spore. A teraz przynajmniej sytuacja jest jasna: znów jestem miedzy jedną a drugą pracą. Ale chciałam ku pamięci wrzucić tu scenkę drogową, no może dwie. Ta pierwsza to z wczorajszego wieczoru. Pozwoliłam włączyć się do ruchu takiemu jednemu z napędem na 4 koła. I ku mojemu zdziwieniu zamiast tradycyjnego mignięcia świateł w podziękowaniu dostałam uśmiechniętą buźkę, która zrobiona była z czerwonych światełek, w górnej części tylnej szyby, tam, gdzie czasem pojawia się czerwony, świetlny pasek, kiedy ktoś hamuje. Nastroiło mnie to pociesznie i śmiesznie i już resztę drogi uśmiechałam się do siebie i do tej uśmiechniętej mordki. A druga scenka była magiczna. Jechałam sobie w okolicach przed Sierpcem i tak sobie jechałam mocno szybko...No bo ograniczeń nie było, to sobie pomykałam. I nagle, stopniowo zaczęło się ściemniać. A było to dopołudnie, takie raczej normalne, jesienne, umiarkowanie zachmurzone. A to ciemne wyglądało tak, jakby jakaś nawałnica ciężka szła. Ze zdziwienia nogę z gazu zdjęłam i jakoś tak zwolniłam. I chyba dobrze, bo tuż przede mną, ze stacji benzynowej po lewej stronie drogi wyprysnął samochód, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, czy coś (JA!!!!!) jedzie, czy nie. Wystarczyło mocne hamowanie i skończyło się bezkolizyjnie. A niebo wróciło do normy. A gdybym nie zwolniła, to...no może nic by się nie stało, teraz już się nie dowiem. A ostatnio odwiedziłam z męską Młodzieżą cioteczkę z Radomia. I nie da się ukryć, że ta część rodziny (w sensie radomskiej) poczucie humoru ma ogromne. Posypały się opowieści z cyklu "będąc młodą bibliotekarką".Jedna z nich jest warta uwiecznienia. Otóż pewnego razu pojawiła się pewna pani prosząc o literaturę na temat rasizmu. No cóż, cioteczka przejęła się bardzo i przytargała wyszperane pozycje. Pańcia rzuciła okiem i skrytykowała: a co mi tu pani przyniosła? Ja psa mam i nie wiem, jakiej rasy on jest....No i tyle. w najbliższym czasie powrzucam troszkę wspominkowych. A dziś wspomnienie jesiennych Łazienek...Na odczarowanie szarości i dnia krótkości... No dobrze...ponieważ trafiła mi się (nam się...mnie i Dorotce) wyprawa bardzo króciutka do Wierchomli ( o której pewnie wkrótce) to pozwalam sobie zamieścić świeżą fotografię, ze zima w Beskidzie Sądeckim już jest...To ta na początku dzisiejszego tekstu. PS. ten zieloniutki kawałek z prawej strony zdjecia to Dorotka :-)

2 Comments:

  • Jak zwykle, dowcipnie (nie mylić z badaniem ;-) i z humorem... Ty byś nie przeżyła gdybyś nie zaplątała się w jakoweś przygody w czasie jazdy:-)
    A zdjątka ładniusie...

    By Blogger Juli, at 6:32 PM  

  • Oj ..bardzo dziękuję :-) za pochwałę zdjęć...Jakoś tak po prostu muszę pstrykać...Uzależniona jestem:-)

    By Blogger Anna Czarodziejka, at 10:28 PM  

Prześlij komentarz

<< Home